71
Naszła mnie taka kmina. Abstrahując od tematów wojny, co będzie po śmierci Putina? Ruskie kurwy posiadają największy arsenał jądrowy na świecie. Przyjmując nawet, że 3/4 z tego to złom, to mamy co najmniej kilkadziesiąt do kilkuset działających rakiet. Mieliśmy do tej pory 2 sytuacje, przynajmniej teoretycznie, gdzie zagrożenie nuklearne było naprawdę duże. Pomijając wszelakie kryzysy typu kubański, mówię raczej o starych latach Stalina, kiedy paranoja wjechała mu na pełnej kurwie. I przy zmianie ustrojowej po upadku komuchów, podczas walk o władzę. Te dwie sytuacje, przynajmniej moim zdaniem, były najbardziej groźne, pod względem tego, że ktoś pojebany mógł dostać w łapy atom. Teraz, kiedy Putin pierdolnie, a ma już 70 lat, więc to jest kwestia dekady, może dwóch, będziemy mieć problem, kto przejmie te schedę. Nie ma ani następcy, ani potencjalnego rozwiązania. Najprawdopodobniej wojsko, FSB, oligarchowie i inne frakcje będą się napierdalać o schedę. Ruskie to tak naprawdę zbiór wielu państw i nacji w jednym tworze. Mur beton, że część z nich będzie próbowała ogłosić niepodległość czy autonomię, wykorzystując sytuację, że władza centralna pierdolnęła. Dajmy na ten przykład Czeczenia czy Białoruś. Na wielu z nich znajdują się arsenały nuklearne. Jak zareaguje Zachód na kwestie ewentualnej możliwości przejęcia, przez nazwijmy to „lokalnych wataszków”, bab atomowych? Ja wiem, że system działania nuklearnego jest centralny, dobrze zabezpieczony i tak dalej, i tak dalej. No ale w momencie, kiedy nie latają ci kule nad głową, a wojsko nie chce rozpierdolić, ruskie wojsko nie chce rozjebać miast, rozkręcenie i skręcenie takiej baby atomowej (specjalnie „baby”) jest trudne, ale nie niemożliwe. Nawet użycie małych ładunków w lokalnych sporach jest kurewskim światowym kryzysem. Zastanawiam się, czy ktoś z was kiedyś myślał nad tym tematem? Nie wiem, czy to post na poczekalnię, dział pytań, czy do pedałów z działu wojna. Ale na tyle zainteresował mnie ten temat, że stwierdziłem, że zaproszę do dyskusji
0.0691819190979