20
Tym razem mam dla Was historię z gatunku „nie róbcie tego w domu, ale jak już zrobicie, to chociaż napiszcie post”.

Rok temu kumpel–bursztynowy świr podarował mi… bursztyn. Surowy. Taki, co wygląda jak kamień, ale niby jest drogocenny, magiczny i w ogóle.
No i oczywiście mój mózg podpowiedział: „Zalej to spirytusem, co ma pójść nie tak?”

Więc zalałem. 500 ml spirytusu + bursztyn.
Plan miałem… a potem oczywiście zapomniałem, co tam miało powstać. Życie.
Bursztynello
Słoik przeleżał rok.
Ostatnio znalazłem go przypadkiem i stwierdziłem:
Dobra trzeba coś z tym zrobić.

Kilogram skórek z cytryn.
Dużych. Cytrynowych. Normalnych.
(Może żeby udawać, że to jednak będzie limoncello.)

Po dwóch tygodniach maceracji połączyłem to z wodą i cukrem, zrobiło się niby-limoncello… więc pora na test organoleptyczny!

Kropelka.
Na język.

I…

Smak?
Zero limoncello.
Za to sporo żywicznej nuty, jakbym zaciągnął się wiórkami z sosny albo oblizał bursztynowy naszyjnik po babci.
Czy to dobrze?
Nie wiem.
Czy to mocne?
Tak.

Czy będzie lepiej za kilka miesięcy?
Może. Może nie. Może powstaje elfi eliksir młodości - jeszcze się okaże.

Podsumowując:
Eksperyment trwa.
Butelka dojrzewa.
A ja udaję, że wiem, co robię.
Bursztynello
0.063840866088867