12
Ten wpis będzie inny niż dotychczasowe, bardziej… Osobisty. Będzie długie w chuj (powiedziałbym nawet, że za długie), mnóstwo wspomnień, trochę ckliwości. Myślcie o tym jak o pijanej spowiedzi, tylko na trzeźwo. Pewnie zarobię za to w chuj wypierdalajek, ale jebać, czasami trzeba coś zrzucić z wątroby.

Przejdźmy do rzeczy. Kiedy byłem młodszy, sąsiadowałem z kuzynami od strony matki. Zawsze do nich chodziłem w odwiedziny po szkole, w weekendy, takie tam. Pamiętam to dziś – mały domek, zapach papierosów w powietrzu bo ciotka była nałogową palaczką. Aż trochę się dziwie, że żaden z nas nie zaczął palić. Gadaliśmy, żartowaliśmy, czasami się napierdalaliśmy – nie dlatego, że się o coś pokłóciliśmy, po prostu robiliśmy to dla zabawy. Telewizję oglądaliśmy, w piłkę graliśmy. O dziwo z jednym z nich czasami grałem w szachy, ale nigdy nie byłem w stanie wygrać. Ale co ważniejsze, mieli też komputer, a co za tym idzie, grali w gry. Dzięki tej dwójce poznałem wiele wspaniałych gier, które wspominam z radością – Call of Juarez, Need for Speed: Most Wanted, Far Cry 2, Max Payne, Fallout: New Vegas, Mafia, Crysis, Just Cause, no i wiele innych tytułów, z czego nazw niektórych niestety nie pamiętam. Oczywiście, w tamtych czasach nie stać wszystkich było na wszystkie gry, nowe albo stare, więc wypływało się na głębiny, zwłaszcza jak było się nieletnim (swoją drogą, fascynuje mnie to, że dawniej piraciło się, bo dla wielu nie było innej możliwości, a teraz piraci się głównie dlatego, żeby pazerne pizdy nie dostały hajsu za paździerz). Jednak poza nimi była jedna gra, która wywarła na mnie największe wrażenie. Gra, do której wracam po latach dosyć często, pomimo tego, że ma już na karku ponad 20 lat. Tą grą jest Grand Theft Auto: San Andreas.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
GTA San Andreas zostało wydane 26 października 2004 roku na PS2 (jeśli chodzi o premierę na PC/XBOX, to trzeba było czekać ponad 7 miesięcy). Powiedzieć, że ta gra odniosła sukces to jakby nie powiedzieć nic – jest to najlepiej sprzedająca się gra na PS2 w historii (ponad 17 milionów sprzedanych kopii na samą platformę, a w ogóle to sprzedała się w nakładzie jakiś 27,5 miliona). Gra kultowa niemalże na całym świecie, ale w Polsce to chyba w szczególności.
Sam nie miałem możliwości przejścia San Andreas przez dosyć długi czas – znaczy, czasami kuzyni dawali mi możliwość pogrania przez chuj wie ile, ale nigdy nie za długo, bo trzeba było do domu wracać po jakimś czasie. Głównie patrzyłem jak oni grają. Nazwijmy to przymusową wersją demo. Ale to co zobaczyłem i robiłem rozjebało mnie – wyścigi, strzelaniny, przejmowanie terytoriów, udoskonalanie aut, itp. Nigdy wcześniej nie miałem styczności z czymś takim, wydawało mi się to takie ciekawe, ale co ważniejsze, chciałem więcej.
Sam w domu komputera nie miałem, dopiero kilka lat później dostałem pierwszy. Jednak moi rodzice zdecydowali się być odpowiedzialni, no i nigdy nie zgodzili się abym w takie brutalny gry grał. Z internetu nie szło pobrać, bo wtedy był limitowany – na modemie, limit ustalony na miesiąc, a jako że był potrzebny koło domu, to nie za wiele można było robić. Poza tym, nawet gdyby internet był, albo gdybym zrobił myk ze zgraniem gry z płyty, to i tak by nie poszło – nie miałem konta administratorskiego.
W międzyczasie, kiedy nie miałem możliwości samemu ogrania, to zawsze mogłem patrzeć, jak ktoś inny to robi… Kurwa, to brzmi jakbym był rogaczem. W każdym razie, wtedy do akcji wkracza YouTube. Na taką stronę nie było blokady w przeciwieństwie do wiadomo jakich, a kiedy tylko internet został ulepszony, można było pozwolić sobie na więcej. Oglądałem lets playe, recenzje, różnego typu kompilacje, czy filmy o innej tematyce (które poruszę później). W ostatnich latach wyszły też retrospekcje na temat gry… Czyli w sumie to, co ja robię teraz.
Przez ten czas, San Andreas stało się dla mnie skarbem, którego nie mogłem posiadać. Ale po latach, jak już nie byłem gówniarzem, obostrzenia się poluzowały, komputer też był lepszy, więc można było się w końcu zabawić.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Gra rozpoczyna się w 1992 roku. Główny protagonista, Carl „CJ” Johnson, otrzymuje telefon od swojego brata, Seana „Sweeta” Johnsona, w którym to informuje go o śmierci ich matki, Beverly Johnson (która to zginęła w zamachu przeprowadzanym przez Ballasów, jadącymi Zielonym Sabre). Po 5 latach w Liberty City, CJ powraca ze swojego wygnania do Los Santos (spowodowanego śmiercią jego brata, Briana). Ale pech chciał, że czekał już na niego jego odwieczny wrzód na dupie – Oficer Dziesięciogrosik. Pierwsze spotkanie po powrocie i Tenpenny od razu wrabia CJ-a w morderstwo gliniarza. Wystarczyło zaczekać 5 minut, nie musiałby wrabiać. W każdym razie, wypierdala go z auta w samym środku terytorium Ballasów. No i teraz czas na pierwsze zadanie – kradzież rowera, aby spierdalać. CJ wraca do domu, po czym włazi do środka, wspomnienia go napierdalają, a na koniec siada przy zdjęciu swojej matki, rozpaczając. Aż tu nagle jeb.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Muszę przyznać, że zawsze mnie zastanawiało, co Big Smoke w ogóle robił w tym domu. Ani to nie jest jego dom, wszyscy inni są na pogrzebie, więc co on tam? Przyczaił się na Sweeta, po czym zdziwił się, że CJ wrócił? Analizował miejsce zbrodni? A może zwyczajnie opierdalał im lodówkę? Chuj wie. W każdym razie, jedziemy na pogrzeb, tam spotykamy Sweeta, Rydera i Kendl, po tym jaja się odpierdalają bo Ballasy atakują, no i trzeba spierdalać. Z powrotem na Grove Street, zaczyna się planowanie – od kiedy CJ opuścił Los Santos, rodziny z Grove Street straciły panowanie nad ulicami. No i zaczyna się odbudowa tej potęgi – cegiełka po cegiełce, misja po misji. W trakcie tych misji poznajemy inne postacie – Dennise Robinson, z którą CJ zaczyna randkować (albo olewa ją w cholerę, to już zależy od gracza), Cesar Vialpando, który jest chłopakiem Kendl i pomimo początkowej wrogości, nawiązuje on przyjaźń z CJ-em w dużej mierze przez zainteresowanie samochodami, po czym są niezłymi ziomalami, no i jeszcze Jeffrey Cross, czyli „OG Loc”, który chce zostać raperem, ale zamiast tego jest zjebem.
Już od samych początków, gra pokazuje nam jedną rzecz – CJ jest protagonistą GTA, którego wygląda da się zmienić najbardziej ze wszystkich dotychczasowych, i jest tak aż po dziś dzień. Oprócz oczywistych rzeczy takich jak zmiana ubrań, jesteśmy w stanie zmienić jego fryzurę, dorobić się paru tatuaży, a co ważniejsze, można zmienić jego budowę ciała – CJ może być szczupły, może być umięśniony, albo może być spaślakiem. Na podobny system musieliśmy czekać aż do RDR2, ponieważ tam idzie utuczyć Arthura i Johna, ale to dalej nie było to samo. Nie mam bladego pojęcia, czy takie coś będzie w GTA 6, ale pomimo tego, możliwości jakie daje San Andreas są imponujące aż do dziś.
Tutaj gra odblokowuje jedną z aktywności pobocznych – przejmowanie terytoriów. Zabijając kilku Ballasów lub Vagosów rozpoczynało się wojnę gangów, gdzie wrogowie próbowali najechać gracza w trzech falach. Jeśli zabijesz wszystkich wrogów to przejmujesz terytorium, po czym napływa Ci z niego haracz. Oczywiście, nie musiałeś tego wszystkiego robić jako jednoosobowa armia – mogłeś werbować członków gangu, po czym Ci walczyliby po twojej stronie podczas wojen gangów albo przy robieniu rozpierdolu. Ta mechanika… Tak naprawdę nie była czymś, co było nadzwyczaj przydatne – AI w tej grze ma IQ na poziomie temperatury pokojowej, więc członkowie twojego gangu służą raczej jako mięso armatnie które odwraca uwagę wrogów, a nie jakieś dojebane terminatory które ocalą Ci dupę pokroju twojego zespołu ze Star Wars: Republic Commando. W każdym razie, miło było patrzeć, jak ulice zapełniają się członkami naszego gangu, a wszyscy inni idą do piachu. Cóż mogę rzec – w nienawiści do Ballasów, tak zostałem wychowany. Jak się okazuje jednak, wojny gangów miały się rozgrywać nie tylko na terenie Los Santos, ale również w innych miejscach, jednak w pewnym momencie Rockstar porzucił pomysł, bo bodajże wynikały z tego jakieś problemy.
Grove Street powraca na szczyt, ale wtedy prawda wychodzi na jaw – Sweet i CJ zostają zdradzeni przez Rydera i Big Smoke-a, którzy potajemnie pracowali z Ballasami i Tenpennym, tym samym będąc odpowiedzialnymi za morderstwo matki CJ-a. Sweet zostaje ranny w zasadzce po czym idzie do szpitala a następnie do pierdla, natomiast sam CJ znów trafia na wygnanie – traci wszystkie wpływy i wszystkie giwery, zostaje wypierdolony na wieś, tym razem w pełni pod kontrolą Tenpenny-ego, który pod groźbą zabicia Sweeta każe CJ-owi pracować dla niego, zabijając świadków a później wrabiając prokuratora w handel narkotykami. Pomimo tej niewoli, CJ-owi udaje się przekonać Cesara, aby uciekał z Los Santos, ratując tym samym Kendl. No i teraz trzeba planować na nowo, jak wyjść z tego gówna.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Tutaj też pojawiła się nowość dla serii GTA. Normalnie, mapy GTA to były miasta – w GTA 3 akcja toczyła się w Liberty City wzorowanym na Nowym Jorku, a Vice City było wzorowane na Miami. Jednak w San Andreas po raz pierwszy pojawiły się mniejsze miasta pokroju Angel Pine i Whetstone, ale również tereny pozamiejskie – lasy oraz późniejsza pustynia. Takie coś dodało San Andreas uroku, bo czuć było, że gracz odkrywał coś na nowo.
O tyle co Tenpenny zabronił nam zajebania Smoke-a, to nic nie mówił o wkurwianiu go. Od tej pory, Cesar będzie dzwonił do CJ-a informując go o przemycie narkotyków do Los Santos, lub wysyłce kasy do San Fierro. Gracz ma teraz możliwość przejmowania towarów lub kradzieży kasy, aby móc chociażby w minimalnym stopniu ujebać źródło dochodu grubasa. Jest to o tyle ciekawe, że ta możliwość jest dostępna tylko przez pewien czas – jeśli gracz ukończy misję „Yay ka-boom-boom”, te misję już nigdy się nie odpalą. Całe szczęście, nie są one wymagane aby ukończyć grę na 100%, więc nic nie powstrzymuje nikogo, aby mieć na to wszystko wyjebane.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Tutaj na terenach wiejskich poznajemy kilka innych postaci – „Truth” (czyli „Prawdę”, ale będę się do niego odnosił po angielskim imieniu. I tak jeszcze wspomnę w tym nawiasie, że człowiek, który podkładał pod niego głos, Peter Fonda, zmarł w 2019 roku), lokalnego hipisa który jara trawę i rozprzestrzenia teorie spiskowe, którego zadaniem jest wyhodowanie Marihuany, którą później podkłada się prokuratorowi. Catalinę, pojebaną kuzynkę Cesara, która nie może zdecydować się czy chce zabić CJ-a czy go wyruchać (swoją drogą, dopiero po fakcie dowiedziałem się, że Catalina była główną antagonistką w GTA 3, gdzie całe szczęście idzie ją zajebać na końcu gry). Oraz przedstawiciela triady z San Fierro, Wu Zi Mu, pseudonim „Woozie”, który jest ślepy, jednak ma zajebiste szczęście, przez co udało mu się trafić na wysokie stanowisko w Triadach.
Następnie udajemy się do San Fierro, wzorowanym na San Francisco. W porównaniu do Los Santos, całe miasto wydaje się… Zimniejsze? Nawet jak świeci słońce, to po prostu patrząc na to miejsce czuć, że trzeba się cieplej ubrać. Myślałem, że to ja mam jakieś urojenia, ale później okazało się, że to był celowy zamiar – w zależności od tego w jakim mieście gracz się znajduje, to kolor nieba się zmienia w Los Santos jest nieco bardziej „cieplejszy”, co jest w szczególności zauważane pod wieczór, kiedy to całe niebo staje się pomarańczowe przy zachodzie słońca (dodatkowo często widać na ekranie gorące powietrze unoszące się, co tylko dodaje wrażenia, że tam musi być kurewsko gorąco). W San Fierro kolory trochę zmieniono, przez co czuć zimno, a późniejsze Las Venturas jest co prawda podobne do Los Santos, jednak też się nieco różni. Dodaje to własnej tożsamości wszystkim głównym miastom.
W San Fierro CJ przenosi się do garażu, który wygrał w wyścigach od protagonisty trójki z którym Catalina poszła się dupczyć (coś, co go srogo później kosztowało). CJ co prawda zastaje to w opłakanym stanie, ale wraz z pomocą Kendl, Cesara i Trutha (który zwerbował kilka innych osób do pomocy), udało się ten garaż przerodzić w miejsce, w którym idzie pracować… Nie do końca legalnie co prawda, ale chuj. Tutaj też wchodzi moja ulubiona rzecz w każdym GTA – zbieranie pojazdów. Jakkolwiek wkurwiające by to nie było, bo zawsze czuć jakoby gra robiła Cię w chuja i zaprzestała spawnować pojazdy które są Ci potrzebne, to ja jednak lubię dostawać listy samochodów, szukać ich po mieście, a następnie dostarczać je za hajs. Nie wiem czemu, może w poprzednim życiu byłem mechanikiem albo dilerem samochodów.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Inną aktywnością poboczną dostępną w mieście jest seria misji od gościa imieniem Zero, który prowadzi sklep z małymi pojazdami sterowanymi zdalnie i… Nie, kurwa, te misje są tak zjebane, że już na samą myśl coś mnie telepie. Dostajesz od niego jedynie 3 misje, z czego pierwsza jest ok – po prostu stoisz w miejscu i napierdalasz w przylatujące samolociki z miniguna. Druga natomiast… Ja pierdole. W drugiej misji masz za zadanie sterowanie małym samolocikiem z przyczepionym jakimś gnatem szybkostrzelnym, no i musisz rozjebać ciężarówki należące do rywala Zero, Berkleya. Ja nie wiem, czy sterowanie tym samolocikiem jest jakieś spierdolone, albo czy to ja jestem jakiś spierdolony, ale wynik jest jeden – coś jest spierdolone. Przysiągłbym, że w porównaniu z innymi samolotami, to ten mały samolocik jest jakiś zbyt czuły. Na dodatek masz ustalony limit czasowy, no i jakby było załatwo, to ten samolocik ma też mały bak paliwa, przez co nawet jeśli uda Ci się wszystkich zajebać, to możesz i tak zjebać misję bo poleciałeś za daleko, no i nie starczy Ci paliwa na lądowanie. Co nie pomaga tej misji (oraz następnej) to fakt, że jeśli robisz te misję kiedy tylko się pojawią, to będzie to twoja pierwsza styczność z lataniem w tej grze, bo szkołę latania która uczy Cię od podstaw co i jak jest odblokowana dopiero po przyjeździe do Las Venturas. W ostatniej misji z tej serii sterujesz małym helikopterem, po czym masz za zadanie ustawianie mostów oraz niszczenie małych czołgów zrzucając na nie bomby (albo małe beczki), ale musisz uważać, żebyś nie był zbyt blisko wybuchu, bo Ciebie też zajebie. Sterowanie tym helikopterkiem było toporne, ale już mniej mnie tam misja wkurwiała niż ta z samolocikiem. Całe szczęście, ta seria misji od Zero jest w pełni opcjonalna, czyli nie musisz tego robić aby skończyć fabułę gry.
Będąc w mieście ekipa próbuje rozbić syndykat „loco”, w skład którego wchodzi Ryder, Mike Toreno, T-Bone Mendez, oraz lokalny alfons, Jizzy-B. CJ przenika w szeregi syndykatu, robiąc robotę dla Jizzy-ego. W międzyczasie pomagają on też Woozi-emu, stając się jego dobrym przyjacielem. Podczas robienia tych misji, gra pokazywała kolejną nowość dla serii – pływanie i nurkowanie. W GTA 3 i Vice City, jeśli wskoczyłeś to wody, był to wyrok śmierci, bo ani Claude ani Tommy nie potrafią pływać. CJ natomiast? On się wody nie boi, nie dość że zajebisty z niego pływak, to jeszcze jest w stanie nurkować. Też śmieszny jest powód, przez który pływanie zostało dodane do gry. Otóż ludzie narzekali na topienie się protagonistów w poprzednich grach, żartując tym samym, że Rockstar nie potrafi zaprogramować pływania. No i tak się ktoś wkurwił w Rockstarze czytając te żarty i narzekania, że podjęto decyzje o tym aby wprowadzić pływanie i nurkowanie do gry, tylko po to aby pokazać, że są w stanie to zrobić. Śmieszny powód, ale jest to dowód na to, że robienie sobie jaj z developerów działa. Osobiście, myślę, że to była dobra decyzja, bo teraz przynajmniej jak się autem wpierdalam do jeziora, rzeki lub morza przez przypadek, to nie jest to jednoznaczne ze zgonem.
CJ jest w stanie rozbić syndykat, morduje Jizzy-ego, Rydera, Mendeza, a na końcu wydaje mu się, że morduje Mike-a Toreno. Wtedy to jednak, po otrzymaniu tajemniczego telefonu, CJ jedzie na ranczo nieopodal Las Venturas, gdzie to okazuje się, że Mike Toreno nie tylko przeżył, ale w rzeczywistości jest on agentem rządowym działającym pod przykrywką. Chłop ma niezłe wpływy z tego co się okazuje, po czym werbuje CJ-a, oferując mu coś nie do odrzucenia – wolność jego brata. Jest tylko jeden mankament… Trzeba się nauczyć, jak latać samolotami i helikopterami. Po ukończeniu szkoły latania, robimy pare misji dla Toreno, następnie dla Trutha, gdzie na końcu podpierdalamy plecak odrzutowy z bazy wojskowej a później jakieś zielone gówno z pociągu, no i pyk – plecak odrzutowy na wyłączność no i jeszcze lotnisko będzie generować hajs.
Wtedy to dzwoni do CJ-a Woozie, informując go o nowym przedsięwzięciu – kasyno w Las Venturas, wzorowanym na mieście Las Vegas. Przy czym za całą pomoc w San Fierro, Woozie chce uczynić z CJ-a współwłaścicielem kasyna. Kurwa, chłop zaszedł daleko w życiu. Od skromnych początków na Grove Street, do posiadania niezliczonych biznesów, historia sukcesu. Chuj, że zrobił to nielegalnie.
Teraz, cała mapa stoi przed nami otworem. Los Santos, San Fierro, Las Venturas, możemy wszystko zwiedzać kiedy nam się żywnie podoba. Tutaj też muszę się do jednej rzeczy przyznać – przez spory czas, wydawało mi się, że mapa San Andreas jest większa od mapy GTA 5. Oczywiście, to nie jest prawda, GTA 5 ma większą mapę, aczkolwiek zawsze miałem to dziwne przekonanie, a jak się okazało, że byłem w błędzie, to byłem w lekkim niedowierzaniu. Zastanawiałem się, czemu w ogóle to przekonanie miałem, aż tu nagle olśniło mnie – w GTA 5, jedyną metropolią jest Los Santos, a mapa to w dużej mierze tereny pozamiejskie. Oprócz tego, są pomniejsze miasta takie jak Sandy Shores i Paleto Bay, ale to jedyne co mapa ma do zaoferowania. Natomiast GTA San Andreas? Nie dość, że jest Los Santos i pomniejsze miasta, to możemy jeszcze zwiedzać San Fierro i Las Venturas. Każde miasto dostępne w grze ma własną tożsamość, no i ta różnorodność sprawia, że wszystko wydaje się większe. Perspektywa ma znaczenie.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
W Las Venturas mamy kolejne przedsięwzięcie – rabunek wrogiego kasyna prowadzonego przez mafię. Wtedy to też spotykamy postacie znane nam z poprzedniej odsłony serii – Kenta Paula, menadżera zespołu rockowego o nazwie „Love Fist”, aczkolwiek w San Andreas jest on menadżerem innego zespołu, Kena Rosenberga, nieudolnego prawnika po odwyku (aczkolwiek dzięki Kentowi zaczyna ćpać na nowo), oraz Salvatore Leone, głowę rodziny mafijnej z Liberty City (którego z resztą w trójce zabijamy). Salvatore dosyć szybko lubi CJ-a, ponieważ jak się okazuje, ten robił kilka robótek w Liberty City dla jego syna, Joeya. Poznajemy też Maccera, faceta, który nałogowo wali konia, oraz Mad Dogga – rapera, którego srogo udupiliśmy próbując pomóc OG Locowi, a który teraz chce popełnić samobójstwo. CJ-owi robi się go żal, więc ratuje mu życie.
Maccer, Kent i Ken spierdalają z Las Venturas, CJ udupia Salvatora, a Tenpenny uznaje, że użyteczność CJ-a dobiegła końca – jak się okazało, Hernandez, jeden z funkcjonariuszy jednostki CRASH zeznawał potajemnie przeciwko Tenpenny-emu, ale ten się dowiedział, po czym najebał mu łopatą. Pulaski zostaje na miejscu aby kazać CJ-owi kopać grób, ale Hernandez (który do tej pory był tylko nieprzytomny), próbuje go powstrzymać – przypłaca to życiem, ale CJ jest teraz w stanie dojebać Pulaskiego.
Następnie, dowiadujemy się od Mad Dogga, że tak się naćpał, że przepisał swoją posiadłość dilerowi od Vagosów, coś co wkurwia CJ-a. Jednak i tak decyduje mu się pomóc, widząc szansę na powrót do Los Santos i wyrównanie rachunków z Tenpennym i Big Smoke-em. Wraz z pomocą Triad, robią jebany nalot na posiadłość w dosłownym tego słowa znaczeniu, przejmując ją i ścigając tego dilera od Vagosów.
Następnie pomagamy Mad Doggowi poprzez dojechanie OG Loca. Muszę przyznać, że początkowo nie do końca rozumiałem dlaczego mieliśmy udupić Jeffreya, poza faktem, że był wkurwiający. Dopiero później dowiedziałem się po fakcie, że po upadku rodzin z Grove Street, OG Loc i Big Smoke nawiązali współpracę, gdzie Big Smoke używał Loca aby prać brudne pieniądze z handlu narkotykami. Dobra… Ale gdzie to jest w grze? Jak się okazuje, jest o tym wzmianka na stacji radiowej WCTR (West Coast Talk Radio). Jest to stacja, w której nie gra muzyka, tylko po prostu ludzie gadają o różnych wydarzeniach w grze, przy czym często idzie usłyszeć ludzi, których spotykamy w fabule. Zazwyczaj tego radia nie słuchałem, bo zwyczajnie wolałem posłuchać muzyki. Ale pomimo tego pochwalę Rockstar za takie radio, bo tylko wspomaga ono budowanie świata i fabułę w GTA San Andreas. Tak w ogóle, to hostem tego radia jest Lazlow Jones, którego można było usłyszeć w radiu w poprzednich częściach jak i następnych… Oraz szło go przygnębić w GTA 5. Sam Lazlow Jones był bazowany na… Faktycznym pracowniku Rockstara o tym samym imieniu, który w prawdziwym życiu też był gospodarzem programów radiowych. Pracował on w Rockstar dosyć długo, zajmując stanowisko dyrektora muzycznego, czyli to on odpowiadał za ścieżkę dźwiękową. W kwietniu 2020 roku Lazlow opuścił Rockstar po niemalże 20 latach pracy. Wielu ludzi zastanawiało się, czy to z Rockstara go wyjebali, czy to nie podobało mu się w jakim kierunku zmierzało GTA 6, no i tak te teorie spiskowe latały wielce… Ale powód był znacznie bardziej przyziemny. Okazuje się, że jego matka przeszła przez operację serca, a u jego ojca i siostry zdiagnozowano raka, przez co chłop zdecydował się odejść, żeby spędzić z nimi trochę czasu. Co prawda od tego czasu zrobił sobie wytwórnię o nazwie „Radio Lazlow”, przyjmując kontrakty od Disneya i Netflixa. Jest też on współzałożycielem „Absurd Ventures” wraz z Danem Houserem, dawnym współzałożycielem Rockstara.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Robimy ostatnią misję dla Toreno, po czym ten dotrzymuje swojej części umowy – gwarantuje zwolnienie Sweeta z więzienia. CJ odpiera go z pod komendy policji, jednak Sweet nie jest zadowolony. Żąda, aby zabrać go na Grove Street, gdzie okazuje się, że wszystko przejęli Ballasi. Sweet i CJ mordują gangusów i dilerów narkotyków, po czym gra pozwala na nowo przejmować terytoria. Po kilku misjach, ekipa ogląda wiadomości, gdzie okazuje się, że Tenpenny został oczyszczony ze wszystkich zarzutów. Niezbyt się to podoba społeczności Los Santos, więc rozpoczyna się rozpierducha – zamieszki na ulicach, wszyscy się napierdalają, samochody palą się na ulicach, strzelaniny, wszyscy są turbo wkurwieni. Oczywiście, gra czerpała tutaj inspirację z prawdziwego życia – w 1992 roku w Los Angeles też wybuchły zamieszki, spowodowane śmiercią Rodneya Kinga. Może kiedyś zrobię na ten temat osobną dzidę, może nie, zobaczy się. Ale wracając do tematu – ma to naprawdę pokaźny wpływ na rozgrywkę, ponieważ aż do końca gry, na ulicach Los Santos trwają zamieszki, przy czym nie trudno tutaj zostać ofiarą postronną.
Po tym, jak pomagamy Cesarowi odbić terytorium należące do jego gangu, Varrio Los Aztecas, pora wziąć się za grubasa. Problem polega na tym, że nikt nie wie, gdzie Big Smoke się przyczaił. Albo wiedzą, ale nie chcą gadać. Gracz ma teraz za zadanie przejmować Los Santos, kawałek po kawałku, aż w końcu ktoś sypnął – Big Smoke ukrywa się w fortecy narkotykowej we wschodnim Los Santos. Sweet i CJ tam wyruszają, ale pomimo sprzeciwu Sweeta, tylko CJ wyrusza aby zabić Smoke-a, chcąc ostatecznie odpokutować za śmierć Briana. Gracz kradnie więc wóz opancerzony należący do oddziału SWAT (który to pojawia się jedynie w tej misji), robi wjazd na chatę, a następnie rozpoczynamy istną rzeź, przedzierając się przez 3 piętra pałacu narkotykowego, napakowanego po brzegi członkami różnych gangów. Ale wtedy, pora na ostateczny pojedynek. Smoke nie ma zamiaru ułatwić sprawy – nosi kamizelkę kuloodporną, a na dodatek pokój zalewają członkowie wrogich gangów. Jednak CJ jest zbyt potężny – rozprawia się ze wszystkimi, śmiertelnie raniąc Big Smoke-a, po czym ma on z nim ostatnią rozmowę. Jednak nie ma czasu na przemyślenia albo żałobę, ponieważ Tenpenny pojawia się, chcąc teraz osobiście zabić CJ-a. Tenpenny jednak daje się zrobić w chuja, dzięki czemu CJ jest w stanie schować się za osłoną. Teraz trzeba uciekać z pałacu, przez co łatwiej to powiedzieć niż zrobić, bo Tenpenny rozjebał generator, przez co prąd wysiadł, a pożar rozprzestrzenia się. Jednak CJ jest w stanie spierdolić, po czym rozpoczyna się ostatnia część misji – Tenpenny ucieka ciężarówką straży pożarnej, przy czym Sweet rzucił się za nim, no i trzeba za nim jechać, aby debilny braciszek nie zdechł. Po krótkim pościgu, Sweet wpada do auta, po czym zamienia się on miejscami z Carlem podczas jazdy (nie wiem na ile takie coś jest możliwe, ale chuj). Teraz zadaniem gracza jest napierdalanie do wszystkich dookoła, podczas gdy Sweet prowadzi. No i po pościgu, to wszystko kończy się tam, gdzie się zaczęło – Tenpenny spada z mostu, po czym wyczołgał się z ciężarówki, majacząc o tym, że wyczyścił ulice, po czym umiera. CJ chciał w niego wpakować kulkę, ale Sweet go przekonał, aby odpuścił – oficjalnie, Tenpenny zginął w wypadku, po chuj komplikować kulką? A więc odchodzą, CJ żegna swojego odwiecznego wroga, no i tak oto kończy się GTA San Andreas.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Jeśli chodzi o strukturę misji fabularnych w San Andreas, były one znacznie bardziej rozbudowane niż te w 3 lub Vice City – tam się zazwyczaj łaziło gdzieś, zabierało coś, jechało, czasami było coś nietypowego, jak na przykład nalot helikopterem na posiadłość gangusów w Vice City, lub obrona przed grupą naćpanych samobójców w 3. Jednak misje w San Andreas były dłuższe, przez co zacząłem się głupio zastanawiać dlaczego nie wprowadzili systemów punktów kontrolnych. No… Jak się okazało, wprowadzili. Jeśli powtarzasz misję po zjebaniu jej, to w niektórych jest takie coś jak „skip trip”, czyli możesz pominąć jechanie na dane miejsce i od razu rozpocząć walkę lub coś innego. Przy czym ja… Kurwa, jakim ja zjebem byłem to głowa mała – przez lata nie wiedziałem, że taka możliwość istniała, bo ilekroć spierdoliłem misję, po prostu wczytywałem grę, żeby nie zapierdalać z powrotem pod znacznik. No cóż… Bywa. Takie coś mocno mnie ugryzło w dupę podczas ostatniej misji, bo jak się okazało, ta już ma punkty kontrolne z prawdziwego zdarzenia, a ja jak głupi zapierdalałem od początku do końca.
W San Andreas, wszystko co się robiło, każda aktywność poboczna, każda znajdźka, wszystko miało jakiś sens. Każde miasto miało inne znajdźki – Los Santos miało grafitti, które trzeba było zamazać własnym, San Fierro miało miejsca, które trzeba było sfotografować, Las Venturas miało podkowy, a na dodatek w wodach San Andreas można było zbierać ostrygi. Za znajdźki w głównych miastach otrzymywało się sporo kasy, ale co ważniejsze, w wyznaczonych kryjówkach (Dom CJ-a na Grove Street, Garaż w Doherty, Kasyno Wooziego) pojawiały się bronie, za które nie trzeba było płacić, a które odnawiały się w nieskończoność. Wyjątkiem tutaj były ostrygi – zamiast broni, zebranie wszystkich maksowało pojemność płuc oraz sprawiało, że dziewczyny z którymi szło się umawiać na randki miały wyjebane na twoje statystyki (bo normalnie do nich trzeba było podbijać z danym poziomem tłuszczu lub muskulatury). Skoro w tematach dziewczyn jesteśmy – jeśli udało Ci się je udobruchać, to nie dość że pozwalały na ruchańsko, to jeszcze miałeś dostęp do ich aut, które były unikatowe. Co więcej, dwie dziewczyny (Katie i Barbara) pracowały w szpitalach i na policji, co oznaczało, że jak zostałeś zajebany albo aresztowany, to nie traciłeś ani kasy ani broni, czyli nie trzeba było na nowo wczytywać gry albo kupować broni od nowa. Za misje taksówkarza dostawałeś nitro w taksówkach, za misje paramedyka zwiększało Ci się maksymalne zdrowie, za misje policjanta odporność kamizelki kuloodpornej się zwiększała, misje strażaka dawały Ci odporność na ogień, za zrobienie misji alfonsa to dziwki dawały Ci kasę za seks, i tak dalej. Za medale w szkole jazdy/latania/pływania/jazdy motocyklem dostawało się różne pojazdy, tak samo jak za ukończenie misji na arenie. Nie ma tak jak w dzisiejszych grach, że niektóre znajdźki lub aktywności są po to, żeby były, w San Andreas wszystko miało swoje miejsce. Swoją drogą, trochę tęsknie za tymi niedorzecznymi misjami – udawaniem strażaka, policjanta lub kierowcy ambulansu. Nie było to realistyczne, ale było to fajne, przynajmniej dla mnie. W nowszych odsłonach GTA, czyli 4 i 5, ostały się tylko misje taksówkarza. A, no i czwórka miała listę przestępców z komputera w radiowozach, ale to jakoś nie było to samo.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Oczywiście, szło w grze robić rozpierdol. Lubiłem napierdalać się z gliniarzami dla beki. Miałem taki myk, że obok stacji kolejowej w Los Santos, tam gdzie z Cesarem miałeś pokaz Low-Riderów, zaczynałem rozpierduchę, po czym wybierałem się pod taki mostek przebiegający nad torami. Był on zasłonięty metalową siatką od góry i po bokach. Pomimo tego, że to była siatka, to z jakiegoś powodu helikopter policji nie był wstanie się przestrzelić przez to. Tak więc strzelałem do gliniarzy, kiedy wchodzili na ten mostek. Trup ścielił się gęsto… Problem jednak był wtedy, kiedy trzeba było spierdalać jak już się wystrzelało z amunicji. Tutaj też dowód na to, że realizm nie zawsze popłaca – w ostatnich częściach GTA (nowymi tego nie nazwę, ponieważ wyszły ponad dekadę temu… Ja pierdole) najgorsze co wysłano przeciwko graczu to oddziały SWAT. W starszych częściach GTA? SWAT pojawiał się przy 4 gwiazdkach pościgu, FBI i wojsko z czołgami też przyjeżdżało aby Cię dojechać. Realistyczne? Nie. Fajne? Jeszcze jak. Miałeś wrażenie, że byłeś największą zakałą całego narodu. A teraz? A teraz Rockstar wyzbyło się 6 gwiazdki, jakby nie wiedzieli co z nią zrobić.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Ah, kody. Kody w GTA były czymś, co dawało Ci nadzwyczajne przewagi, typu nieśmiertelność lub kasa, ale były też takie bardziej niedorzeczne – latające samochody, samochody jadące po wodzie, kody na zmianę pogody, czasu dnia, przyśpieszanie lub zwalnianie rozgrywki. Był jeszcze taki, co zamieniał wszystkich w okół Ciebie w zjebów (CRAZYTOWN), lub odpalał zamieszki nie tylko w Los Santos, ale w całym stanie San Andreas (STATEOFEMERGENCY). Przy czym jak się później okazało, przy używaniu kodów trzeba było uważać. Jeśli wpisałeś ten kod na zamieszki po czym zapisałeś grę, ale nie zrobiłeś misji w której Madd Dogg skacze z dachu hotelu w Las Venturas, to miałeś przejebane – coś ten kod namieszał w kodzie gry, przez co Madd Dogg od razu skakał, nie dając czasu na zabranie wozu z pudłami. Oznaczało to, że nie mogłeś ukończyć gry. Nawet jak efekty tego kodu przestały już działać, to i tak coś było spierdolone w bebechach gry przez to. Trzeba było używać innego zapisu gry, lub, o zgrozo, zaczynać grę od nowa, przez co sporo godzin poszło się jebać. Pomimo tego oczywistego zjebania, to i tak tęsknie za czasami, kiedy gry miały zawarte jakieś kody na różne pierdoły, mniej lub bardziej przydatne. Takie szczere pytanie – kiedy ostatnim razem widzieliście grę, która pozwalała na wklepanie kodów?
Ścieżka dźwiękowa w San Andreas jest legendarna. Poza motywem przewodnim który wrył się w pamięć milionom ludzi, radio też jest zajebiste. Radio Los Santos, poświęcone rapowi oraz hip-hopowi, w którym szło usłyszeć kawałki takie jak „Check yo self” od Ice Cube-a, „Hood Took me Under” od Comptons Most Wanted, lub ikoniczne już „Nuthin' But A 'G' Thang” od Dr. Dre i Snoop Dogga – to jest kawałek o który mam w głowie ilekroć myślę o San Andreas (ja to jestem w stanie sobie wyobrazić – Grove Street, CJ siedzi w Greenwodzie Sweeta, zachód słońca, unoszące się gorące powietrze, a ten kawałek gra w radiu). Oprócz tego mieliśmy do wyboru również Playback FM, które grało Hip-hop z lat 80-tych, K-Rose z muzyką country (All my Exes live in texas…), Bounce FM z muzyką Disco, K-DST z Rockiem, K-JAH West z muzyką Regge. Było też Radio X z takimi perełkami jak „Cult of Personality” od Living Colour, „Welcome to the Jungle” od Guns ‘n’ Roses, lub chociażby „Hellraiser” od świętego już pamięci Ozzy-ego Osbourne-a. CSR 103.9 oraz Master Sounds 98.3 grające… Nie wiem w sumie jak opisać muzykę, którą tam grali. No i SF-UR, gdzie grali muzykę elektroniczną… Ja pierdole, jak ja nienawidziłem tej stacji. Nawet nie chodziło tu o to, że mieli zjebaną muzykę, po prostu prowadzący tą stację był Niemcem, który tak mnie wkurwiał sposobem w jaki gadał. Jakby go ktoś trzymał za jajca 24/7. Jak tylko otwierał japę to natychmiast zmieniałem stację. W każdym razie – ścieżka dźwiękowa San Andreas była robiona na ocenę celującą, a wszelakie próby okrojenia jej ze względu na wygasłe licencje to jakieś świętokradztwo.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
GTA bez pojazdów to nie jest GTA… Dosłownie, w tytule znajduje się słowo „auto”. No i tak się składa, że San Andreas ma nadzwyczajną ilość pojazdów do wyboru. Auta czterodrzwiowe, dwudrzwiowe, sportowe, terenowe, starsze, nowsze, kabriolety, sedany. Rowery, motory, ciężarówki, monstertrucki, łodzie, helikoptery, samoloty, cholerny czołg. O tyle co latanie było dostępne w poprzednich odsłonach, to San Andreas rozszerzyło ilość samolotów dostępnych dla gracza – od Rustlera, poprzez Beagle i Nevadę, a nowością dla serii były samoloty odrzutowe, takie jak Shamal, AT-400 lub wojskowa Hydra. No i na sam koniec, najbardziej rozpoznawalny pojazd dla San Andreas – Plecak odrzutowy, który podpierdalało się z bazy wojskowej, albo pozyskiwało kodem „Rocketman”. Pozwalało to na bardziej precyzyjne manewry, bez obawy o rozpierdolenie się i śmierć w płomieniach wraku, aczkolwiek plecak przypłacił to szybkością – jest to jeden z powolniejszych środków przemieszczania się.
Uroku dodał fakt, że ta część GTA wprowadziła do serii możliwość ulepszania pojazdów w specjalnych garażach – dodawanie nitro, hydrauliki, specjalne wzorki na auto z płomieniami albo paskami, zamiana felg w oponach, takie pierdoły. Mogłeś ulepszać swoje auto według własnego widzimisię… Pod warunkiem, że miałeś na tyle kasy.
Sam osobiście miałem dwa ulubione pojazdy – widoczny powyżej Bandito oraz BF-Injection. Nie wiem, czemu akurat te dwa auta tak mnie jarały, ale zawsze wydawały mi się unikalne.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Dobra, fabuła, muzyka i niektóre aktywności poboczne opisane, więc teraz pytanie – co sprawiło, że San Andreas stało się takie popularne, takie ikoniczne? Prosta odpowiedź jest taka, że jest to zajebista gra. Największe GTA w chwili wydania, w którym było sporo do roboty, z różnorodnością terenów. Fabuła ciekawa, postacie interesujące, mechaniki… No dobra, mechaniki się zestarzały patrząc na nie z dzisiejszej perspektywy, ale wtedy były nieziemskie. Tylko… Zawsze miałem takie wrażenie, że w Polsce, San Andreas było bardziej ubóstwiane niż w Ameryce lub Anglii. Zastanawiałem się, czy to były jakieś moje urojenia, czy coś faktycznie w tym było, ale po namyśle, naszło mnie olśnienie. Kiedy San Andreas wyszło, Polska dalej była zapatrzona w zachód, zapatrzona w Amerykę. A po upadku żelaznej kurtyny, kiedy zachodnie media napływały do nas, byliśmy w stanie zobaczyć to, o czym dawniej mogliśmy tylko marzyć, coś czego pożądaliśmy. Byliśmy w stanie zobaczyć co ten „wstrętny kapitalizm” był w stanie stworzyć.
Inną rzeczą było to, że wielu Polaków było w stanie utożsamiać się z CJ-em. I ja wiem, „jak kurwa śmiesz porównywać naszą wspaniałą białą rasę do murzyna?”, ale wysłuchajcie mnie. Mamy chłopa, który dorastał w okolicy pełnej patologii, chcący się z niej wyrwać, a prawie wszyscy dookoła niego cały czas go powstrzymują, bo sami nie mają zamiaru polepszyć własnej sytuacji życiowej, przez co karuzela spierdolenia dalej się toczy. Brzmi znajomo? To są realia, z którymi wiele ludzi w Polsce miało (ba, dalej też ma) styczność, w mniejszym lub większym stopniu. CJ był uciskany przez Tenpenny-ego, mając władzę nad jego życiem w dużej mierze (cytując go „Możemy na Ciebie nasrać z takiej wysokości, że pomyślisz że to sam Bóg się na Ciebie sfajdał”), tak samo jak komunizm miał w dużej mierze władze nad życiem Polaków. A to jeszcze pomijając fakt, że w latach 90-tych, gangsterka w Polsce również rozkwitała. Pomimo moich odczuć na ten temat, jest powód, dla którego Polacy mają utarty stereotyp murzynów Europy. Może to jest faktycznie powód, dla którego San Andreas tak mocno odbiło się na Polsce… A może zwyczajnie pierdole jak paralityk.
Oczywiście, był też inny powód dla którego San Andreas zyskało taką popularność w Polsce, znacznie bardziej prostszy. Przeróbki i letsplaye na YouTube. Ten wczesny YouTube, gdzie filmy były wrzucane na kompletnej wyjebce. Tak się składa, że YouTube powstał niedługo przed premierą San Andreas na PC, czyli akurat wstrzeliło się, aby być popularne. Te wczesne intra z Windows Movie Makera, jakaś muzyczka grające w tle, no i wszechobecny syntezator mowy Ivona. No i tutaj muszę tutaj przyznać, że kiedy ostatnio oglądałem sobie filmy wypuszczone te 16 lub 12 lat temu, jedna rzecz stała się oczywista… To wszystko było gówniane XD.
Na przykład takie serię of Hogatego skupione na MTA lub SAMP, gdzie tak na dobrą sprawę latał wszędzie i się wydurniał, obczajał sobie jakieś tam tryby na serwerach, takie tam. Nie było tu jakoś większego zamysłu, po prostu chodził, gadał o czymś no i tyle. Nie urywa to specjalnie dupy, chociaż miłe wspomnienia i tak pozostają.

Inną rzeczą były serię pokroju „Machinima”. Dla niewtajemniczonych, Machinima to jest taka seria robiona w grach lub na silnikach gry, gdzie ludzie robią pokazują jakieś przygody wcielając się w różne rolę. Najlepszym przykładem takiej machinimy byłby Freemans Mind, robione przez Scotta z Accursed Farms, gdzie Scott wcielił się w rolę Gordona Freemana, zmieniając tutaj postać Freemana na popierdoleńca, który kosi wszystko i wszystkich, zasilany jedynie 3 godzinami snu, paczką doritos i puszką pepsi. GTA San Andreas też miało swojego rodzaju Machinimy. Dla przykładu, było takie coś jak „Życie w Las Venturas” robione przez Marcina4007 (teraz to już Marcin Buczyński), gdzie grał na jakimś serwerze SAMP, użerając się z popierdolonym taksówkarzem. Znów – nie urywa to dupy specjalnie dupy. Inną serią była… Kurwa, nie pamiętam nazwy kanału, ale był taki koleś co robił serię Pogromców Mitów z GTA San Andreas (I nie, nie chodzi mi o Hubsona), gdzie znalazł sobie nawet modele postaci podobne do Adama i Jamie-go, używał Ivony, no i potwierdzał lub obalał mity w GTA San Andreas. W pewnym momencie postać Adama została porwana, no i nie wiem czy ten wątek fabularny został jakoś rozwinięty. Niestety, nie byłem w stanie znaleźć tej serii, ale pamiętam, że czytałem jakiś komentarz pod jakimś filmem który o tym wspominał, twierdząc, iż autor usunął te filmy z YT. Jeśli ktoś ma pojęcie, o czym ja teraz gadam, lub lepiej, ma link do Reuploadów, to z radością zapłacę kompletem za namiary.
Inna seria… Ja pierdole, to jest takie gówno jakich mało. Była taka seria z San Andreas nazwana „Skazany na seks”, no i już sam tytuł daje do zrozumienia jak durne to było. W tej serii nie było CJ-a, tylko postać Michaela Sukidziury, który uciekał przed jego japońską matką, która była nimfomanką, przez co ruchała wszystko na swojej drodze. Jego ojciec zmarł na wylew, a dokładniej mówiąc wylew spermy. Mając już dość ruchania swojej matki i nie chcąc podzielić losu ojca, zdecydował się uciec z miasta. To… To jest takie kurwa głupie, takie kurwa chujowe, że aż śmieszne.
Prawdę mówiąc, sam miałem ochotę zrobić jedną taką Machinimę. Chciałem stworzyć serię poświęconą wszystkim pojazdom w grze i przechrzcić ją nazwą „Top Gear: GTA San Andreas”. Już sobie to wyobrażałem, ogarnięcie jakiegoś serwera MTA albo SAMPa, zebranie ze sobą dwóch innych gości, no i gadanie o autach, ściganie się, jakieś tam wyzwania. Niestety, nigdy nie byłem w stanie porządnie się za coś takiego zabrać, jakoś nigdy nie było czasu, no i dupa z tego wyszła.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
No i oczywiście, jak można mówić o San Andreas i seriach na YouTube, bez wspominania o najlepszym przewodniku do tajemnic i ciekawostek w serii GTA. Wiliextreme. Zaczął on co prawda od serii z GTA Vice City, ale ja go właśnie poznałem przez serię o GTA San Andreas. Pokazywał on ciekawostki z całej gry, od naprawdę ciekawych rzeczy jak ciała na pustyni w Las Venturas, napis na szczycie mostu w San Fierro, czy chociażby samochody widmo, ale znalazły się jakieś dupo ciekawostki, takie jak dziwne światła w różnych miejscach na mapie. No i to wszystko uwiązane durnymi żartami wypowiadanymi przez syntezator mowy Ivona. Seria była na tyle ikoniczna, że dostała nawet „remaster”, gdzie kilka lat temu Wilie nagrał na nowo ciekawostki, tym razem bez Ivony, znacznie bardziej ambitne, no i… No i nie wiem, czy pokazał już wszystkie ciekawostki jakie w grze były, czy zwyczajnie pierdolnął, z nim to nie do końca wiadomo. W każdym razie, jakkolwiek żenujące by te filmy nie były z perspektywy czasu, to i tak są one miło wspominane przez mnie i wielu innych.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
San Andreas stało się też legendarne z innego powodu – memy. Kurwa, ilość memów jakie ta gra zrodziła jest niewiarygodna. Niemalże każda scena, każda linia dialogu nadaje się na mema w jakiejś postaci. Zamówienie Big Smoke-a, pościg za cholernym pociągiem, czy chociażby fakt, że ambulans rozjedzie 10 osób po drodze próbując uratować jedną. Następnie były przeróbki, mniej lub bardziej zjebane, kompilacje, chuj wie co jeszcze. Szczerze, nie wiem czy istnieje inna gra, która była tak memiczna.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
San Andreas wyróżniało się też inną rzeczą… Horrorem. Ilość mitów jakie GTA San Andreas zrodziła jest czymś, co można chyba przebadać. Historie o zabijakach czekających w lesie, duchach nawiedzających wszelakie miejsca lub kosmitach na pustyni są czymś, o czym słyszał chyba każdy, kto interesował się San Andreas. Oczywiście, w wielu przypadkach to było coś, co nie istniało – ot wymysły trolli, którzy specjalnie jeszcze dorobili mody, żeby zrobić ludzi w chuja. Ale teraz takie pytanie… Dlaczego?
Jak już wspominałem, San Andreas było pierwszym GTA, które miało tereny pozamiejskie, które można było odwiedzić, w tym głównej mierze lasy. No i taki był problem, że w tych lasach nie było nic żywego. Żadnych zwierząt biegających tu i tam, żadnych ludzi którzy przechadzali się ścieżkami albo szukali grzybów. No i ta pustka wydawała się ludziom dziwna, jakby coś było nie tak. Jak przechadzaliśmy się po lesie, nie grała żadna muzyka, słychać było jedynie odgłosy kroków CJ-a oraz wiatr. Ta pustka w lasach powodowała w ludziach niepokój, jakby coś się czaiło za drzewami. A jak przychodził mrok, a dookoła gracza była mgła? Klimatem przypominało to jakiegoś Silent Hilla.
Dlaczego tak wiele ludzi w ogóle się tym interesowało? Mniej interesujące wytłumaczenie jest takie, że dzieci wierzą we wszystko co się im powie. Ale ja mam też inne wytłumaczenie, ciekawsze. Chodzi tu o to, że w grze faktycznie były jakieś zjawiska paranormalne. Na myśl przychodzi Grafitti na cmentarzu w Los Santos, które pojawiało się w godzinach nocnych a znikało rano – nie było na to żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Worki z ciałami znalezione na pustyni w Las Venturas pokazywały jasno, że w okolicy grasuje jakiś seryjny zabójca. A na sam koniec, niezbity dowód na to, że coś jest nie tak – samochody widmo, porzucone w lesie, rozbite, których nie da się naprawić. Te mity, które zostały potwierdzone sprawiły, że ludzie zaczęli się zastanawiać – może faktycznie w tej grze jest coś więcej? Te pytania rodziły się w głowach w czasach, kiedy ludzie nie grzebali tak często w plikach, przez co nie można było powiedzieć „mit obalony”.
Osobiście… Ja sam zawsze czułem się niekomfortowo w wielu kryjówkach należących do CJ-a, głównie w domu na Grove Street oraz kryjówce Madd Dogga. Wiedziałem, że tam żadnych duchów nie ma, ale pomimo tego jak tylko tam wlazłem, to próbowałem wyjść najszybciej jak się tylko dało. Przez lata zastanawiałem się, dlaczego miałem takie reakcje a nie inne. Aż w końcu wykminiłem. Te kryjówki są w miarę duże, ale są one puste. Gracz jest tam jedyną żywą osobą… A przynajmniej tak mu się wydaje. Co niby powstrzymuje jakiegoś zbója albo innego popierdoleńca od przyczajenia się i czekania, aż przejdzie się, żeby napaść na nas zza winkla? No i ktoś może się zaśmiać, myśląc „niby kto takie coś by zrobił”. A ja powiem kto – Big Smoke, podczas pierwszej misji w grze. Przyczaił się w kuchni, po czym prawie zajebał CJ-a. Myślę, że mi to się odcisnęło jakoś w podświadomości, przez co dostałem tej jebniętej paranoi.
Patrząc teraz na ilość mitów w San Andreas, jestem święcie przekonany, że San Andreas było ważnym kamieniem milowym jeśli chodzi o internetowy horror. Opowieści o straszydłach w grach rozprzestrzeniły się właśnie dzięki tej grze. A poza tym, to nie zdziwiłbym się gdyby powodem dla którego RDR2 ma tyle paranormalnych i popierdolonych rzeczy na mapie jest właśnie ilość mitów z San Andreas.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
No i skoro już o temat zahaczyłem, to równie dobrze mogę go rozwinąć – mody. GTA i mody to odwieczne połączenie, o czym najlepiej świadczy fakt, że istnieje niepiśmienna zasada (o dziwo nie stworzona przez dzieci czerwonych Khmerów), że jak jakaś gra wychodzi na PC, byle jaka, to ktoś kiedyś zrobi do niej mod, który podmienia główną postać na CJ-a. Produkcje Rockstara z czasów, kiedy Ci używali silnika RenderWare były nadzwyczaj popularne jeśli chodzi modowanie, przy czym ilość modów jak i ich jakość jest powalająca. Mamy proste mody, od prostej zamiany tekstur, co pozwala na wstawienie nowych modeli postaci, broni i pojazdów, po bardziej imponujące mody, dodające mechaniki, zmieniające mapy, całe animacje.
Oczywiście, przy modach San Andreas trzeba wspomnieć o modzie HotCoffee… Kurwa, ile to gówna narobiło. Ale po kolei – jak w grze polepsza się relacje z dziewczynami, to można do nich wejść do domu na ruchańsko – kamera jest ustawiona przed domem, trzęsie się, a z domu wybiegają odgłosy. Otóż początkowo miało to wyglądać inaczej, bo Rockstar chciał wstawić do gry minigrę, w której naprawdę uprawiasz seks z dziewczyną. Daleko to zaszło, jednak zdecydowali się to wyjebać, nie do końca wiem z jakiego powodu. W każdym razie, zablokowali możliwość minigry… Ale nie wyjebali plików z gry. No to kiedy na grę rzucili się modderzy, zauważyli pliki odpowiedzialne za to, no i zdecydowali się przywrócić do gry te minigierkę pod szyldem modu „HotCoffee”. Rockstar początkowo to zobaczyło, stwierdzili „zajebiście”… Po czym szybko zmienili swoje nastawienie, ponieważ zrobiło się o tym głośno. Za głośno. Politycy się tym zainteresowali, w tym Hillary Clinton, wyszło z tego kilka rozpraw sądowych. Cała spina poszła o to, że nie wystarczyło, że Rockstar usunął możliwość rozpoczęcia tej gry, tylko chodziło o to, że te pliki były pozostawione w grze i łatwo dostępne. O tyle co cała ta gównoburza była niedorzeczna, to jednak Rockstar próbował wrzucić modderów pod koła, zwalając na nich całą winę, ale im to nie pomogło, przez co relacje na linii modderzy-Rockstar były spierdolone, o czym najlepiej świadczy fakt, że kilka lat temu odjebało im, po czym zdejmowali mody do ich gier na chybił trafił.
W każdym razie, jak już wspomniałem, istnieje do GTA San Andreas wiele modów, przy czym chciałem się skupić na tych bardziej ciekawszych. Przy czym zauważyłem jedną dziwną rzecz… Nie wiem czym to jest spowodowane, ale większość takich bardziej zajebistych, bardziej skomplikowanych i interesujących modów do San Andreas pochodzi z Rosji. Jeśli widzisz jakiegoś zajebistego moda, który robi z San Andreas zupełnie inną grę, to na jakieś 85% ten mod został zrobiony przez Rosjan. Nie mam bladego pojęcia czemu tak jest, ale chuj.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Pierwszą modyfikacją wartą uwagi jest Alien City, która przenosi nas na planetę Anderius, gdzie idzie spotkać kosmitów i „odtworzonych” ludzi, bo ziemia poszła w pizdu, ale ludzie mieli DNA zapisane w specjalnej korporacji, no i szło ich odtworzyć w ten sposób. CJ robi tam dla jakiegoś dyktatora, po tym zostaje zdradzony, następnie dołącza do ruchu oporu, Ci robią jakieś rozpierduchy w mieście, takie tam. Jest mnóstwo nowych pojazdów, wiele podpierdolonych z gier i filmów (jak na przykład Tumbler z trylogii Mrocznego Rycerza). Uśmiałem się trochę, bo szło też spotkać Salieriego z Mafii. Poza tym… Nie wiem dlaczego, ale koleś, który prowadzi sklep z bronią ma oblepione wszędzie swastyki. Zawsze mnie to zastanawiało, ale nie wiem, czy chce znać odpowiedzi na pytania wynikające z tego. W każdym razie, mod fajny, tylko jak ktoś ma zamiar go pobrać, to ja bym z tym uważał, bo lubi zwieszać grę jak się instalacje spierdoli.
Innym modem jest „Mushroomia”, od tych samych twórców co Alien City, gdzie gra się jako OG Loc, który tak się spizgał grzybami od Rydera, że przeniosło go to do krainy narkotyków… Co tu dużo mówić? Jest sporo dziwnych minigier, jak na przykład wystrzeliwanie ludzi z działa, aby trafić nimi w specjalny okręg. Większość czasu w modzie spędzamy na piechotę, przez co normalnie nie mielibyśmy dostępu do radia, dlatego twórcy moda dali nam takiego specjalnego przydupasa, który lata za nami cały czas z boomboxem, co pozwala nam tak zmieniać stacje radiowe.
Jest też coś dla poszukiwaczy mitów – istnieją takie mody jak Misterix i Misterix 2, który dodaje do gry wiele straszydeł i popierdoleńców, których idzie szukać. W tym drugim modzie CJ jest nawet zatrudniony przez taki odpowiednik Facetów w Czerni aby szukać tych mitów, dostaje za to kasę, może kupować za to specjalne pojazdy. Po prostu spełnienie marzeń.
Istnieją też wiele innych modów, ale gdybym spisał każdy interesujący lub skomplikowany mod, to siedziałbym tu chyba z rok.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Są jednak dwie modyfikacje, które rozpierdalają mi czerep aż po dziś dzień. Chodzi tu o San Andreas Mulitplayer (SAMP) i Multi Theft Auto (MTA). Dla mnie to jest imponujące, że ktoś był w stanie tak zmodować gry Singleplayer, że zrobił z tego multiplayer. Ale do rzeczy – początkowo, Rockstar chciał dodać multiplayer do GTA 3, robić tam jakieś możliwości z tym, aktywności poboczne, takie tam, ale nie wyrobili się do czasu premiery, więc rzucili to w cholerę. Spróbowali znowu z Vice City, oraz z San Andreas, ale w obu przypadkach historia się powtórzyła. To nie powstrzymało społeczności, bo kiedy dokopali się do kodu, który odpowiada za multiplayer, zdecydowano się na eksperymenty. Początkowo, wyglądało to dosyć prymitywnie, ale działało. Po wielu próbach i ewolucjach, cały klient multiplayer był sprawny, po czym został tylko ulepszony z Vice City i San Andreas. Tak powstało wpierw MTA, a później inna modyfikacja o nazwie SAMP. Ludzie robili sobie serwery, czy to takie na wyjebce, czy to serwery roleplay. Edytor map pozwalał na zmiany w mapie świata, a gracze bawili się w różne aktywności poboczne oferowane przez dane serwery. Jestem święcie przekonany, że GTA Online czerpało z MTA i SAMPa w chuj. Niestety, dzisiaj ostało się już tylko MTA, bo prace nad SAMPem padły gdzieś w 2010 roku, a strona z której szło to pobrać padła w 2023. Sam niestety nigdy nie miałem okazji pograć w ani jedno ani drugie, musiałem się zadowolić wszelkimi filmami na YT. A szkoda, z chęcią bym na własnej skórze doświadczył takiego czegoś.
Wspominki Blicha – GTA San Andreas.
Dobra, doszliśmy do końca… Ja pierdole, chyba przesadziłem. Ale chuj, chciałem się wygadać. San Andreas to gra, która wiele dla mnie znaczy i o której mogę gadać w nieskończoność. Przy czym to jest raczej pierwszy i ostatni raz jak robię takie sentymentalne gówno.
Jeśli dotrwałeś do końca, gratuluje cierpliwości. A jeśli ktoś ma własne wspomnienia z San Andreas, na przykład pierwsza styczność z tą grą, co się w niej odpierdalało, to z radością to przeczytam – chociaż tyle mogę zrobić.
0.082594871520996