Uszczypnijcie mnie, bo chyba śnię – budżet Ukrainy wygląda jak żart pisany przez komika po trzydniowej balandze, przy której Woodstock wyglądałby jak rekolekcje.
Ukraiński parlament właśnie klepnął sobie trzykrotną podwyżkę – z 60k do 200k hrywien.
„Dla żołnierzy?” – zapyta ktoś, kto jeszcze ma w sobie cień niewinności.
Nie, nie, mój drogi. Dla polityków. Oczywiście, że dla polityków.
Żołnierze mogą co najwyżej liczyć, że ktoś ich poklepie po plecach i powie: „Budi molodiec, tak trzymać”.
A największy żart?
Ta podwyżka rzekomo ma przeciwdziałać korupcji.
Na nasze to przeskok z ok. 5k do 17k zł miesięcznie.
No kurwa tak – bo jak ktoś wcześniej miał chrapkę na jakieś 100 milionów dolarów, to teraz pewnie pomyśli:
„Nie, dziękuję, mam 12 koła więcej, już mnie te miliony nie rajcują”.
Jasne. Oczywiście. Święci pańscy, trzymajcie mnie.
Czyli klasyka gatunku:
„Daj nam więcej kasy, to przestaniemy ją kraść”.
Abstrakcja tak piękna, że Kafka z zazdrości przewraca się w grobie jak turbina w elektrowni.
A w tym samym czasie kraj krzyczy o 60 miliardów euro wsparcia.
Bo wiecie, wojna wojną, ale budżety polityczne same się nie podniosą – ktoś to musi sfinansować. Najlepiej wszyscy inni.
I teraz crème de la crème:
Uśmiechnięte twarze zachodnich decydentów powtarzają jak mantrę:
„Ukraina broni Europy”.
Tak, broni. Zwłaszcza przed deficytem na kontach swoich elit.
A prounijne uśmiechnięte dzbany klaszczą jak foki karmione mrożonym mintajem za 3,50, bo przecież „to inwestycja w pokój i stabilność”.
Oczywiście, że tak. A ja jestem cholernym Gandalfem i zaraz odlecę na orle.
Przy takiej odporności na logikę i takiej miłości do tej narracji ich elektoratów trudno się dziwić, że politycy (niezależnie od flagi) korzystają jak z darmowego bufetu „jesz ile chcesz”.
I teraz perełka geograficzna:
Wyobraź sobie mapę. Normalną mapę, nie rysunek kredkami z podstawówki.
Polska – widzisz.
Ukraina – widzisz.
Nad tym Białoruś, a na północy kawał Rosji.
I teraz wyobraź sobie, że istniejemy tylko dlatego, że Putin najwyraźniej myli atlas z książką kucharską.
Bo mamy:
z Ukrainą 535 km granicy,
z Białorusią 418 km,
z Rosją przez Kaliningrad 210 km.
Razem ponad 700 km idealnego „dzień dobry, wjeżdżamy”.
Serio, jeśli ktoś chciałby atakować Polskę czy UE, nie potrzebuje do tego żadnych pośredników.
Wystarczyłby kompas, mapa i ekspert po podstawówce, który kuma różnicę między północą a południem + widział chociaż raz mapę świata.
Mógłby sobie nawlec czołgów, dronów, żołnierzy i całej reszty arsenału prosto pod Białystok, Hajnówkę czy Bezledy.
Ale nie.
Polski budżet jest dziś w takim stanie, że nawet memy boją się o niego pytać, bo jeszcze im przyjdzie płacić składkę zdrowotną.
Jesteśmy w sytuacji, w której szpitale zamykają się szybciej niż lombardy po nalocie policji
I oczywiście — jak na finansowych akrobatów przystało — wysyłamy kolejne miliardy na cudzą wojnę, bo najwyraźniej mamy w rządzie jakichś świętych męczenników od rozdawania kasy, której sami nie mamy.
To już nawet nie jest głupota, to jest level „jestem bankrutem, ale stawiam wszystkim w barze, bo jakoś to będzie”.
No i jest kurwa tragikomicznie.
Wypierdalam.
Ukraiński parlament właśnie klepnął sobie trzykrotną podwyżkę – z 60k do 200k hrywien.
„Dla żołnierzy?” – zapyta ktoś, kto jeszcze ma w sobie cień niewinności.
Nie, nie, mój drogi. Dla polityków. Oczywiście, że dla polityków.
Żołnierze mogą co najwyżej liczyć, że ktoś ich poklepie po plecach i powie: „Budi molodiec, tak trzymać”.
A największy żart?
Ta podwyżka rzekomo ma przeciwdziałać korupcji.
Na nasze to przeskok z ok. 5k do 17k zł miesięcznie.
No kurwa tak – bo jak ktoś wcześniej miał chrapkę na jakieś 100 milionów dolarów, to teraz pewnie pomyśli:
„Nie, dziękuję, mam 12 koła więcej, już mnie te miliony nie rajcują”.
Jasne. Oczywiście. Święci pańscy, trzymajcie mnie.
Czyli klasyka gatunku:
„Daj nam więcej kasy, to przestaniemy ją kraść”.
Abstrakcja tak piękna, że Kafka z zazdrości przewraca się w grobie jak turbina w elektrowni.
A w tym samym czasie kraj krzyczy o 60 miliardów euro wsparcia.
Bo wiecie, wojna wojną, ale budżety polityczne same się nie podniosą – ktoś to musi sfinansować. Najlepiej wszyscy inni.
I teraz crème de la crème:
Uśmiechnięte twarze zachodnich decydentów powtarzają jak mantrę:
„Ukraina broni Europy”.
Tak, broni. Zwłaszcza przed deficytem na kontach swoich elit.
A prounijne uśmiechnięte dzbany klaszczą jak foki karmione mrożonym mintajem za 3,50, bo przecież „to inwestycja w pokój i stabilność”.
Oczywiście, że tak. A ja jestem cholernym Gandalfem i zaraz odlecę na orle.
Przy takiej odporności na logikę i takiej miłości do tej narracji ich elektoratów trudno się dziwić, że politycy (niezależnie od flagi) korzystają jak z darmowego bufetu „jesz ile chcesz”.
I teraz perełka geograficzna:
Wyobraź sobie mapę. Normalną mapę, nie rysunek kredkami z podstawówki.
Polska – widzisz.
Ukraina – widzisz.
Nad tym Białoruś, a na północy kawał Rosji.
I teraz wyobraź sobie, że istniejemy tylko dlatego, że Putin najwyraźniej myli atlas z książką kucharską.
Bo mamy:
z Ukrainą 535 km granicy,
z Białorusią 418 km,
z Rosją przez Kaliningrad 210 km.
Razem ponad 700 km idealnego „dzień dobry, wjeżdżamy”.
Serio, jeśli ktoś chciałby atakować Polskę czy UE, nie potrzebuje do tego żadnych pośredników.
Wystarczyłby kompas, mapa i ekspert po podstawówce, który kuma różnicę między północą a południem + widział chociaż raz mapę świata.
Mógłby sobie nawlec czołgów, dronów, żołnierzy i całej reszty arsenału prosto pod Białystok, Hajnówkę czy Bezledy.
Ale nie.
Polski budżet jest dziś w takim stanie, że nawet memy boją się o niego pytać, bo jeszcze im przyjdzie płacić składkę zdrowotną.
Jesteśmy w sytuacji, w której szpitale zamykają się szybciej niż lombardy po nalocie policji
I oczywiście — jak na finansowych akrobatów przystało — wysyłamy kolejne miliardy na cudzą wojnę, bo najwyraźniej mamy w rządzie jakichś świętych męczenników od rozdawania kasy, której sami nie mamy.
To już nawet nie jest głupota, to jest level „jestem bankrutem, ale stawiam wszystkim w barze, bo jakoś to będzie”.
No i jest kurwa tragikomicznie.
Wypierdalam.