Dyskusje ogólne
10 m
18
Tragedia, do której doszło w Jeleniej Górze, jest niewyobrażalna. Dziecko zabiło dziecko. To dramat nie tylko dla rodzin obu dziewczynek, ale też dla ich rówieśników, szkoły, lokalnej społeczności i każdego dorosłego, który musi zmierzyć się z pytaniem: jak do tego w ogóle mogło dojść?
W takich momentach bardzo szybko pojawia się potrzeba znalezienia prostego winnego. Najczęściej pada na internet, media społecznościowe, telefony, gry komputerowe – wszystko to, co nowe, niezrozumiałe i łatwe do wskazania palcem. Padają postulaty całkowitych zakazów: odciąć dzieci od sieci, zabrać smartfony, zamknąć dostęp do mediów. Jakby to miało cokolwiek wyjaśnić. Jakby to miało cofnąć czas.
Jednocześnie obserwujemy bardzo niepokojące zjawisko społecznego uproszczenia: z jednej strony zmarłe dziecko natychmiast zostaje wpisane w narrację idealizacji – staje się „święte”, bez skazy, poza jakąkolwiek ludzką złożonością. Z drugiej strony drugie dziecko bywa symbolicznie wieszane na szubienicy opinii publicznej, odczłowieczane, określane jako wcielone zło. To nie jest sprawiedliwość ani próba zrozumienia. To jest lincz emocjonalny, który nikomu nie przynosi ulgi.
Zakazywanie wszystkiego, co dorosłym wydaje się „złym wpływem”, jest odruchem bezradności, nie rozwiązaniem. To reakcja pozorna, dająca chwilowe poczucie kontroli, ale nieodpowiadająca na rzeczywiste problemy: brak rozmowy, brak uważności na relacje dzieci, brak kompetencji emocjonalnych, brak wsparcia psychologicznego, bagatelizowanie konfliktów rówieśniczych.
Jeżeli już chcemy iść tropem zakazów, to warto zauważyć hipokryzję, która bardzo często się tu pojawia. Ci sami dorośli, którzy dziś najgłośniej domagają się odebrania dzieciom dostępu do internetu, jeszcze niedawno oburzali się na ograniczenia sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych, uznając je za zamach na wolność osobistą. Alkohol – substancja realnie destrukcyjna, statystycznie powiązana z przemocą i zabójstwami – bywa przez nich zaciekle broniony. Internet staje się wygodnym kozłem ofiarnym. (nie żeby w tej całej histori dopatrywał się wpływu alkoholu)
Warto też pamiętać o jeszcze jednym fakcie: to dorośli, nie dzieci, najczęściej dopuszczają się aktów przemocy i zabójstw. A jednak nikt poważnie nie postuluje zakazu dostępu dorosłych do telewizji, w której przemoc i agresja są codziennym elementem przekazu. Dlaczego więc tak łatwo przychodzi nam karać dzieci za to, że żyją w świecie, który my – dorośli – im zbudowaliśmy?
Ta tragedia nie potrzebuje prostych odpowiedzi ani spektakularnych zakazów. Potrzebuje ciszy, refleksji i odwagi, by spojrzeć głębiej: na relacje, na system, na nasze własne zaniedbania. Bo jeśli znów wszystko sprowadzimy do jednego wroga – internetu – to niczego się nie nauczymy. A wtedy ryzyko, że taka historia się powtórzy, wcale nie zniknie.
W takich momentach bardzo szybko pojawia się potrzeba znalezienia prostego winnego. Najczęściej pada na internet, media społecznościowe, telefony, gry komputerowe – wszystko to, co nowe, niezrozumiałe i łatwe do wskazania palcem. Padają postulaty całkowitych zakazów: odciąć dzieci od sieci, zabrać smartfony, zamknąć dostęp do mediów. Jakby to miało cokolwiek wyjaśnić. Jakby to miało cofnąć czas.
Problem polega na tym, że my tak naprawdę nie wiemy, co wydarzyło się między tymi dwiema dziewczynkami. Nie znamy motywów, nie znamy dynamiki relacji, nie wiemy, co działo się wcześniej – w domu, w szkole, w grupie rówieśniczej. Wiemy natomiast, że narracja „one się nie znały” brzmi co najmniej niewiarygodnie, skoro chodziły do tej samej szkoły, trenowały w tym samym klubie sportowym i mieszkały na tej samej ulicy. To nie była relacja znikąd.
Jednocześnie obserwujemy bardzo niepokojące zjawisko społecznego uproszczenia: z jednej strony zmarłe dziecko natychmiast zostaje wpisane w narrację idealizacji – staje się „święte”, bez skazy, poza jakąkolwiek ludzką złożonością. Z drugiej strony drugie dziecko bywa symbolicznie wieszane na szubienicy opinii publicznej, odczłowieczane, określane jako wcielone zło. To nie jest sprawiedliwość ani próba zrozumienia. To jest lincz emocjonalny, który nikomu nie przynosi ulgi.
Zakazywanie wszystkiego, co dorosłym wydaje się „złym wpływem”, jest odruchem bezradności, nie rozwiązaniem. To reakcja pozorna, dająca chwilowe poczucie kontroli, ale nieodpowiadająca na rzeczywiste problemy: brak rozmowy, brak uważności na relacje dzieci, brak kompetencji emocjonalnych, brak wsparcia psychologicznego, bagatelizowanie konfliktów rówieśniczych.
Jeżeli już chcemy iść tropem zakazów, to warto zauważyć hipokryzję, która bardzo często się tu pojawia. Ci sami dorośli, którzy dziś najgłośniej domagają się odebrania dzieciom dostępu do internetu, jeszcze niedawno oburzali się na ograniczenia sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych, uznając je za zamach na wolność osobistą. Alkohol – substancja realnie destrukcyjna, statystycznie powiązana z przemocą i zabójstwami – bywa przez nich zaciekle broniony. Internet staje się wygodnym kozłem ofiarnym. (nie żeby w tej całej histori dopatrywał się wpływu alkoholu)
Warto też pamiętać o jeszcze jednym fakcie: to dorośli, nie dzieci, najczęściej dopuszczają się aktów przemocy i zabójstw. A jednak nikt poważnie nie postuluje zakazu dostępu dorosłych do telewizji, w której przemoc i agresja są codziennym elementem przekazu. Dlaczego więc tak łatwo przychodzi nam karać dzieci za to, że żyją w świecie, który my – dorośli – im zbudowaliśmy?
Ta tragedia nie potrzebuje prostych odpowiedzi ani spektakularnych zakazów. Potrzebuje ciszy, refleksji i odwagi, by spojrzeć głębiej: na relacje, na system, na nasze własne zaniedbania. Bo jeśli znów wszystko sprowadzimy do jednego wroga – internetu – to niczego się nie nauczymy. A wtedy ryzyko, że taka historia się powtórzy, wcale nie zniknie.