6
Jestem zwykłym gościem. Tak przynajmniej myślałem, zanim zdecydowałem się na nowy samochód. Włoski. Czerwony. Piękny do tego stopnia, że rozum od razu przestaje zadawać pytania. Zapowiadała się przygoda życia — i faktycznie, tylko nie taka, jaką planowałem.
Auto psuło się bez przerwy. Kontrolki zapalały się jak sygnały ostrzegawcze w jakiejś fortecy, a ja krążyłem od warsztatu do warsztatu, jakbym przechodził kolejne etapy źle zaprojektowanej gry. Każdy mechanik był nowym przeciwnikiem, każdy koszt — coraz potężniejszym ciosem.
Z czasem rzeczywistość zaczęła mi się rozjeżdżać. Laweta nie była już lawetą — była smokiem. Warsztat wyglądał jak zamek, a za ladą stał ktoś, kto ewidentnie pilnował przejścia dalej. Pytałem tylko o jedno: czy to już koniec?
Za każdym razem słyszałem to samo, tylko innymi słowami:
„Przykro mi… twoja Alfa jest w innym warsztacie.”
I znów ruszałem w drogę. Z nadzieją, że tym razem się uda. Że po tej naprawie odzyskam spokój, normalność, poczucie kontroli. Moją księżniczkę. Ale zawsze okazywało się, że jeszcze jeden zamek przede mną, jeszcze jeden smok do pokonania, jeszcze jedna faktura do zapłacenia.
W głowie brzmiała ta sama, uporczywa melodia. Pchała mnie do przodu, kazała próbować jeszcze raz, choć logika dawno spadła w przepaść. Wiedziałem tylko, że nie mogę się poddać — bo tak wygląda moja rola.
Dopiero na końcu zrozumiałem, że to nie była żadna epicka misja.
To nie były smoki.
To nie była księżniczka.
To była Alfa Romeo.
A ja byłem tylko gościem w czerwonym, który uwierzył, że jest bohaterem.
Mario.
0.27240085601807