To nie jest zwykła cena paliwa.
To jest jebany manifest. Neonowy, czerwony, bezczelny billboard grabieży, który świeci w nocy jak komunikat:
"Wiemy, że nie masz wyjścia, więc spierdalaj do kasy.”
Baryłka po 62 dolary.
Dolar po 3,60 zł.
A na pylonie? 6,74. 6,42. 6,17.
To już nie jest matematyka.
To jest fantazja erotyczna księgowych – taka, w której Excela używa się do ruchania klientów bez mydła. Skoro da się doić, to trzeba doić. Do krwi. A potem jeszcze zrobić zdziwioną minę, że ludzie są wkurwieni.
Kiedyś był Orlenobajtek – wróg publiczny numer jeden, mem, symbol pazerności, chłopiec do bicia.
Dziś? Tamten to był stażysta.
Obecni gracze nie potrzebują konferencji, narracji, patriotycznych haseł ani biało-czerwonych slajdów z PowerPointa. Oni weszli level wyżej:
cicho,
sprawnie,
bez wstydu.
Jeszcze pod swoj elektorat powiedza "to dzieki nam, dziekujcie wy usmiechniete dzbany".
Nie tłumaczą się wojną.
Nie zasłaniają pandemią.
Nie straszą Putinem ani atomem.
Po prostu rżną.
Z uśmiechem.
Systemowo.
Na raty – przy każdym tankowaniu.
I to już nawet nie boli.
To obraża inteligencję.
Bo kierowca widzi cenę baryłki. Widzi kurs dolara. Widzi rekordowe marże spółek paliwowych i wie jedno:
ktoś tu robi z niego frajera.
A frajer, jak wiadomo, ma w tym kraju jedno zadanie:
płacić, nie pytać i jeszcze podziękować, że dystrybutor nie splunął.
Najgorsze jest to, że ten numer działa.
Bo trzeba dojechać do pracy.
Bo dzieci trzeba zawieźć do szkoły.
Bo alternatywy istnieją tylko w prezentacjach dla zarządu i na slajdach z hasłem „zielona przyszłość”, a nie na polskich drogach.
Więc stoimy przy dystrybutorze, patrzymy jak leci szósta złotówka z hakiem za litr i myślimy:
„Przynajmniej już nie udają, że to normalne.”
Nie gadają.
Nie tłumaczą.
Rżną.
To jest jebany manifest. Neonowy, czerwony, bezczelny billboard grabieży, który świeci w nocy jak komunikat:
"Wiemy, że nie masz wyjścia, więc spierdalaj do kasy.”
Baryłka po 62 dolary.
Dolar po 3,60 zł.
A na pylonie? 6,74. 6,42. 6,17.
To już nie jest matematyka.
To jest fantazja erotyczna księgowych – taka, w której Excela używa się do ruchania klientów bez mydła. Skoro da się doić, to trzeba doić. Do krwi. A potem jeszcze zrobić zdziwioną minę, że ludzie są wkurwieni.
Kiedyś był Orlenobajtek – wróg publiczny numer jeden, mem, symbol pazerności, chłopiec do bicia.
Dziś? Tamten to był stażysta.
Obecni gracze nie potrzebują konferencji, narracji, patriotycznych haseł ani biało-czerwonych slajdów z PowerPointa. Oni weszli level wyżej:
cicho,
sprawnie,
bez wstydu.
Jeszcze pod swoj elektorat powiedza "to dzieki nam, dziekujcie wy usmiechniete dzbany".
Nie tłumaczą się wojną.
Nie zasłaniają pandemią.
Nie straszą Putinem ani atomem.
Po prostu rżną.
Z uśmiechem.
Systemowo.
Na raty – przy każdym tankowaniu.
I to już nawet nie boli.
To obraża inteligencję.
Bo kierowca widzi cenę baryłki. Widzi kurs dolara. Widzi rekordowe marże spółek paliwowych i wie jedno:
ktoś tu robi z niego frajera.
A frajer, jak wiadomo, ma w tym kraju jedno zadanie:
płacić, nie pytać i jeszcze podziękować, że dystrybutor nie splunął.
Najgorsze jest to, że ten numer działa.
Bo trzeba dojechać do pracy.
Bo dzieci trzeba zawieźć do szkoły.
Bo alternatywy istnieją tylko w prezentacjach dla zarządu i na slajdach z hasłem „zielona przyszłość”, a nie na polskich drogach.
Więc stoimy przy dystrybutorze, patrzymy jak leci szósta złotówka z hakiem za litr i myślimy:
„Przynajmniej już nie udają, że to normalne.”
Nie gadają.
Nie tłumaczą.
Rżną.