13
Jedyny tłit rudego w który uwierzyłem, bo to niestety napewno nie jest ich ostatnie słowo
Facebookowa gospodarka, czyli cud nad wykresem

Jest taki szczególny rodzaj ekonomii. Nie uczy się jej na SGH, nie ma Nobla z jej zastosowania, ale za to świetnie klika się na Facebooku. Nazywa się: gospodarka obrazkowa.

Jej podstawowe narzędzie to wykres. Kolorowy. Najlepiej z trzema słupkami: kiedyś było źle, potem trochę lepiej, a teraz – o matko boska, eldorado. Nieważne, co jest na osi Y. Nieważne, co jest na osi X. Ważne, żeby zielony słupek był wysoki, a podpis brzmiał dumnie: „ile można kupić za płacę minimalną”.

I już. Ekonomia wygrana.

Bo w tej wersji świata:

chleb rośnie szybciej niż inflacja,

energia tanieje szybciej niż rozsądek w komentarzach,

a płaca minimalna magicznie ignoruje podatki, czynsz, kredyt, raty, przedszkole i fakt, że człowiek nie żyje samym chlebem, tylko jeszcze czasem chce… mieszkać.

To jest gospodarka, w której koszyk zakupowy istnieje tylko wtedy, gdy pasuje do narracji. Gdyby dorzucić do wykresu czynsz w dużym mieście albo ratę kredytu – nagle Excel by się zawiesił, a propaganda dostałaby zadyszki.

Ale po co komplikować?

Facebookowa gospodarka działa na prostych zasadach:

1. Nie porównuj realnych kosztów życia – porównuj produkty z dowolnie wybranej półki.

2. Nie mów o jakości – licz kilogramy.

3. Nie mów o dostępności – licz teoretyczne możliwości.

4. Nie mów o przyszłości – wstaw „2026” i nie zadawaj pytań.

A jeśli ktoś zapyta, dlaczego skoro „nigdy nie było tak dobrze”, to ludziom jakoś nie starcza do końca miesiąca? Odpowiedź jest gotowa:

> „Bo nie umieją liczyć”
albo klasyczne
„Za poprzednich było gorzej”.

I to jest właśnie mistrzostwo tej narracji. Wszystko się zgadza, dopóki nie spróbujesz tym zapłacić w sklepie.

Bo Facebookowa gospodarka nie służy do życia.
Ona służy do lajków.
0.10828185081482