Facebookowa gospodarka, czyli cud nad wykresem
Jest taki szczególny rodzaj ekonomii. Nie uczy się jej na SGH, nie ma Nobla z jej zastosowania, ale za to świetnie klika się na Facebooku. Nazywa się: gospodarka obrazkowa.
Jej podstawowe narzędzie to wykres. Kolorowy. Najlepiej z trzema słupkami: kiedyś było źle, potem trochę lepiej, a teraz – o matko boska, eldorado. Nieważne, co jest na osi Y. Nieważne, co jest na osi X. Ważne, żeby zielony słupek był wysoki, a podpis brzmiał dumnie: „ile można kupić za płacę minimalną”.
I już. Ekonomia wygrana.
Bo w tej wersji świata:
chleb rośnie szybciej niż inflacja,
energia tanieje szybciej niż rozsądek w komentarzach,
a płaca minimalna magicznie ignoruje podatki, czynsz, kredyt, raty, przedszkole i fakt, że człowiek nie żyje samym chlebem, tylko jeszcze czasem chce… mieszkać.
To jest gospodarka, w której koszyk zakupowy istnieje tylko wtedy, gdy pasuje do narracji. Gdyby dorzucić do wykresu czynsz w dużym mieście albo ratę kredytu – nagle Excel by się zawiesił, a propaganda dostałaby zadyszki.
Ale po co komplikować?
Facebookowa gospodarka działa na prostych zasadach:
1. Nie porównuj realnych kosztów życia – porównuj produkty z dowolnie wybranej półki.
2. Nie mów o jakości – licz kilogramy.
3. Nie mów o dostępności – licz teoretyczne możliwości.
4. Nie mów o przyszłości – wstaw „2026” i nie zadawaj pytań.
A jeśli ktoś zapyta, dlaczego skoro „nigdy nie było tak dobrze”, to ludziom jakoś nie starcza do końca miesiąca? Odpowiedź jest gotowa:
> „Bo nie umieją liczyć”
albo klasyczne
„Za poprzednich było gorzej”.
I to jest właśnie mistrzostwo tej narracji. Wszystko się zgadza, dopóki nie spróbujesz tym zapłacić w sklepie.
Bo Facebookowa gospodarka nie służy do życia.
Ona służy do lajków.
Jest taki szczególny rodzaj ekonomii. Nie uczy się jej na SGH, nie ma Nobla z jej zastosowania, ale za to świetnie klika się na Facebooku. Nazywa się: gospodarka obrazkowa.
Jej podstawowe narzędzie to wykres. Kolorowy. Najlepiej z trzema słupkami: kiedyś było źle, potem trochę lepiej, a teraz – o matko boska, eldorado. Nieważne, co jest na osi Y. Nieważne, co jest na osi X. Ważne, żeby zielony słupek był wysoki, a podpis brzmiał dumnie: „ile można kupić za płacę minimalną”.
I już. Ekonomia wygrana.
Bo w tej wersji świata:
chleb rośnie szybciej niż inflacja,
energia tanieje szybciej niż rozsądek w komentarzach,
a płaca minimalna magicznie ignoruje podatki, czynsz, kredyt, raty, przedszkole i fakt, że człowiek nie żyje samym chlebem, tylko jeszcze czasem chce… mieszkać.
To jest gospodarka, w której koszyk zakupowy istnieje tylko wtedy, gdy pasuje do narracji. Gdyby dorzucić do wykresu czynsz w dużym mieście albo ratę kredytu – nagle Excel by się zawiesił, a propaganda dostałaby zadyszki.
Ale po co komplikować?
Facebookowa gospodarka działa na prostych zasadach:
1. Nie porównuj realnych kosztów życia – porównuj produkty z dowolnie wybranej półki.
2. Nie mów o jakości – licz kilogramy.
3. Nie mów o dostępności – licz teoretyczne możliwości.
4. Nie mów o przyszłości – wstaw „2026” i nie zadawaj pytań.
A jeśli ktoś zapyta, dlaczego skoro „nigdy nie było tak dobrze”, to ludziom jakoś nie starcza do końca miesiąca? Odpowiedź jest gotowa:
> „Bo nie umieją liczyć”
albo klasyczne
„Za poprzednich było gorzej”.
I to jest właśnie mistrzostwo tej narracji. Wszystko się zgadza, dopóki nie spróbujesz tym zapłacić w sklepie.
Bo Facebookowa gospodarka nie służy do życia.
Ona służy do lajków.