8
Głębiny Oceanu Spokojnego skrywają w sobie niezliczone tajemnice, jednak niewiele z nich dorównuje zuchwałością, technologicznym rozmachem i politycznym ciężarem operacji, która rozegrała się tam latem 1974 roku. W szczytowym okresie zimnej wojny, kiedy świat balansował na krawędzi konfliktu nuklearnego, amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) podjęła się zadania, które powszechnie uważano za absolutnie niemożliwe. Postanowiono w ścisłej tajemnicy podnieść z dna oceanu wrak radzieckiego okrętu podwodnego o napędzie spalinowo-elektrycznym, leżącego na niewyobrażalnej głębokości niemal 4900 metrów. Operacja, której nadano kryptonim Azorian, do dziś pozostaje jednym z największych i najdroższych przedsięwzięć wywiadowczych i inżynieryjnych w historii ludzkości.

Wszystko rozpoczęło się pod koniec zimy, w marcu 1968 roku. Radziecki okręt podwodny K-129, jednostka klasy Golf II uzbrojona w trzy rakiety balistyczne z głowicami nuklearnymi oraz dwie torpedy z ładunkami jądrowymi, przestał odpowiadać na wezwania z bazy. Okręt odbywał rutynowy patrol na wodach Pacyfiku, na północny zachód od Hawajów. Kiedy minął termin planowanego kontaktu, radziecka marynarka wojenna wpadła w panikę. Rozpoczęto masową, gorączkową akcję poszukiwawczą, angażując dziesiątki okrętów nawodnych i samolotów. Przeczesywano ogromne połacie oceanu, jednak po kilku miesiącach bezowocnych wysiłków Sowieci musieli się poddać. Uznali okręt i jego niemal stuomiesobową załogę za bezpowrotnie straconych, nie mając pojęcia, gdzie dokładnie spoczęła ich maszyna.

Tymczasem Amerykanie od samego początku dysponowali potężnym asem w rękawie. Był to ściśle tajny system SOSUS, czyli sieć potężnych hydrofonów – podwodnych mikrofonów – rozmieszczonych na dnie oceanów, których zadaniem było nasłuchiwanie i śledzenie radzieckich okrętów podwodnych. Analitycy Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, przeszukując taśmy z nagraniami akustycznymi z marca 1968 roku, wyłapali specyficzną anomalię dźwiękową. Zarejestrowano krótki, potężny huk implozji. Dzięki metodzie triangulacji, polegającej na nałożeniu na siebie danych z różnych stacji nasłuchowych, Amerykanie zawęzili obszar poszukiwań do zaledwie kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych. W to miejsce wysłano specjalnie zmodyfikowany amerykański okręt podwodny USS Halibut. Został on wyposażony w najnowocześniejsze zdalnie sterowane pojazdy podwodne i kamery zdolne wytrzymać miażdżące ciśnienie głębin. Po kilku tygodniach żmudnego przeczesywania dna, kamery Halibuta zarejestrowały fascynujący, a zarazem przerażający widok. Na głębokości 4900 metrów spoczywał rozerwany wrak K-129. Amerykanie zrobili ponad 20 tysięcy niezwykle ostrych zdjęć, które ukazały okręt w zaskakująco dobrym stanie, a co najważniejsze – z nienaruszonymi silosami rakietowymi i wieżą, w której znajdowały się bezcenne urządzenia kryptograficzne oraz księgi szyfrów.
Projekt Azorian (1974): potajemne wydobycie radzieckiego okrętu podwodnego przez amerykański wywiad
Zdobycie radzieckich kodów, książek szyfrowych, a także poznanie konstrukcji ich rakiet nuklearnych i systemów naprowadzania było dla wywiadu niczym znalezienie Świętego Graala. Decyzja mogła być tylko jedna, a podjął ją sam prezydent Richard Nixon: należy wydobyć wrak. Zadanie to zlecono CIA, a koszty operacji ostatecznie pochłonęły niewyobrażalną jak na tamte czasy sumę około 800 milionów dolarów. Wyzwanie techniczne, przed jakim stanęli amerykańscy inżynierowie, wydawało się przeczyć prawom fizyki. Należało chwycić stalowego giganta ważącego ponad 1750 ton (tyle ważyła docelowa sekcja wraku), a następnie wciągnąć go na powierzchnię z głębokości blisko pięciu kilometrów. Aby uświadomić sobie skalę trudności – ciśnienie wody na tej głębokości wynosi blisko 500 atmosfer. Działa to na obiekty z tak gigantyczną siłą, że każdy najmniejszy błąd konstrukcyjny spowodowałby natychmiastowe zgniecenie sprzętu. Dodatkowo wrak był niezwykle kruchy po eksplozji, która go zatopiła. Największym problemem nie była jednak sama fizyka, lecz utrzymanie operacji w tajemnicy przed radzieckimi statkami szpiegowskimi, które stale patrolowały oceany. Zwykła akcja ratunkowa czy wojskowa z użyciem dźwigów natychmiast wzbudziłaby podejrzenia. CIA potrzebowała genialnej "przykrywki". W tym celu nawiązano współpracę z Howardem Hughesem – ekscentrycznym miliarderem, wynalazcą i potentatem przemysłowym, który słynął z zamiłowania do niesztampowych przedsięwzięć.

Stworzono wiarygodną legendę dla opinii publicznej i zagranicznych wywiadów: korporacja Hughesa rzekomo budowała nowoczesny statek do komercyjnego wydobywania z dna oceanu tak zwanych guzków manganowych. Są to bogate w rzadkie metale formacje skalne rozsiane na dnach oceanów, które w tamtym czasie uważano za surowcową przyszłość świata. Ta bajka była tak doskonała, że przez lata oszukiwała nie tylko Sowietów, ale i giełdy na całym świecie, wywołując wręcz krótkotrwałą gorączkę na akcje firm zajmujących się górnictwem morskim. Do realizacji tego karkołomnego zadania skonstruowano całkowicie od podstaw unikalną jednostkę pływającą: Hughes Glomar Explorer. Ten kolos miał 189 metrów długości i z zewnątrz wyglądał jak nieco nietypowy statek wiertniczy lub badawczy, najeżony żurawiami i potężną wieżą. Prawdziwe cuda inżynierii kryły się jednak w jego wnętrzu.

Kadłub statku skrywał tak zwany "moon pool" (otwartą studnię) – gigantyczny wewnętrzny basen o długości 60 metrów. Dno statku miało otwierane potężne wrota. Dzięki temu wydobyty okręt podwodny mógł zostać wciągnięty bezpośrednio do środka zamkniętego statku, pod jego pokład, całkowicie poza wzrokiem wścibskich radzieckich satelitów szpiegowskich i przepływających obok statków. Aby chwycić wrak na dnie, skonstruowano mechaniczne szczypce, którym nadano pieszczotliwą nazwę Clementine. Była to masywna, wielotonowa konstrukcja przypominająca przerośnięte, stalowe palce o długości kilkunastu metrów. Clementine miała zostać opuszczona na dno na końcu specjalnego przewodu rurowego. Cały mechanizm opuszczania przypominał skomplikowany proces wiercenia w platformach wiertniczych – do statku dodawano kolejne, 18-metrowe stalowe rury, skręcając je ze sobą jedna po drugiej, aż ramię chwytające sięgnęło dna 4900 metrów niżej.
Projekt Azorian (1974): potajemne wydobycie radzieckiego okrętu podwodnego przez amerykański wywiad
Na powyższym zdjęciu - model sytuacyjny zatopionej łodzi.

Wczesnym latem 1974 roku statek dotarł na miejsce operacji. Atmosfera była niezwykle napięta. Cały proces opuszczania Clementine trwał wiele dni. Konstrukcja musiała być zanurzana z aptekarską precyzją, aby w mrocznych, lodowatych głębinach idealnie nasunąć stalowe palce na kadłub zrujnowanego radzieckiego okrętu. Systemy komputerowe, niesłychanie zaawansowane jak na lata siedemdziesiąte, utrzymywały potężny statek na powierzchni w bezruchu, kompensując uderzenia potężnych fal i siłę prądów oceanicznych. Co gorsza, wokół amerykańskiego statku od czasu do czasu kręciły się radzieckie jednostki wywiadowcze, obserwując manewry z bezpiecznej odległości, nie mając jednak świadomości, że tuż pod ich nosami, kilometry w dół, dzieje się coś o historycznym znaczeniu.

Kiedy stalowe pazury objęły kadłub K-129, rozpoczęło się powolne i wyczerpujące wyciąganie wraku. Inżynierowie z przerażeniem patrzyli na wskaźniki naprężeń rur – systemy pracowały na skraju swoich możliwości projektowych. Przez pierwsze dni wszystko szło zgodnie z planem. Okręt oderwał się od dna i zaczął wędrować ku powierzchni. Niestety, kiedy wrak znajdował się mniej więcej w połowie drogi na powierzchnię, na głębokości około 2700 metrów, doszło do katastrofy. Kilka stalowych chwytaków maszyny Clementine pękło, nie wytrzymując ogromnego obciążenia połączonego z nietypowym rozkładem mas uszkodzonego okrętu. Jak wspominali po latach inżynierowie obecni na statku, w kadłubie rozległ się przeraźliwy zgrzyt pękającej stali. Zdecydowana większość K-129 wyślizgnęła się z mechanicznych objęć i runęła z powrotem w oceaniczną otchłań, rozbijając się na dnie na drobne kawałki.

Amerykanom udało się utrzymać jedynie przednią sekcję okrętu, długą na około 12 metrów. Wciągnięto ją bezpiecznie do wnętrza statku Hughes Glomar Explorer i zamknięto wrota pod wodą. Choć agenci CIA nie zdobyli wymarzonych ksiąg szyfrów ani systemów naprowadzania rakiet balistycznych, we wraku odnaleziono dwie radzieckie torpedy z głowicami nuklearnymi, cenne instrukcje techniczne i wyposażenie stacji sonarowej, co i tak stanowiło dla amerykańskiego wywiadu nie lada gratkę analityczną. Odnaleziono również ciała sześciu radzieckich marynarzy. Ponieważ zimnowojenna gra toczyła się pomimo wszystko w duchu pewnego wzajemnego poszanowania munduru, CIA postanowiła oddać im cześć. Wydobyte ciała zostały pochowane z powrotem w morzu, w stalowej trumnie z zachowaniem pełnego ceremoniału wojskowego – odegrano hymny obu państw narodowych. Zdarzenie to zostało potajemnie sfilmowane, a wiele lat później, po upadku Żelaznej Kurtyny, nagranie to przekazano władzom w Moskwie jako gest dobrej woli.
źródła:
https://www.cia.gov/legacy/museum/exhibit/project-azorian/
https://web.archive.org/web/20100603102439/http:/www.gwu.edu/~nsarchiv/nukevault/ebb305/
https://nsarchive2.gwu.edu/nukevault/ebb305/index.htm
https://www.tandfonline.com/doi/full/10.1080/02684527.2017.1342344
https://ia800906.us.archive.org/10/items/CIA-Studies-In-Intelligence-Declassified/DOC_0005301273_text.pdf
https://intelnews.org/2010/02/16/01-388/
https://www.cia.gov/readingroom/docs/DOC_0005301269.pdf
https://www.tandfonline.com/doi/full/10.1080/25751654.2024.2434984
http://eprints.kingston.ac.uk/31859/1/Raphael-S-31859.pdf
0.068578958511353