47
Kłaniam się uprzejmie drodzy Dzidowcy, Dzidowczynie i wy żydowska agenturo (tym ostatnim się nie kłaniam).
Jak chcecie to przeczytajcie. Czy polecam? Nie wiem, nie mnie to oceniać. 
Tym niemniej, chciałbym przedstawić Wam moją przygodę. Może dla niektórych będzie inspiracją, może przestrogą.
Otóż:
Kilka lat temu zatrudniłem się w pewnej spółdzielni mieszkaniowej jako stolarz. Ot farcik. Poszedłem zgłosić remont do balkonu i od słowa do słowa, zapytano mnie, czy nie chcę przyjść do pracy. Przyszedłem. 
Warsztat w opłakanym stanie. Jednak w zarządzie była wola zmian, a u mnie chęć pracy i współpracy. 
Po okresie próbnym na zlecenie (trzy miesiące), zatrudniono mnie w końcu na umowę o pracę. Na rok.
Tak sobie pracowałem. Wymieniałem szczebelki w ławkach w parkach, robiłem drobne naprawy na tyle, na ile pozwalał mi sprzęt. Po jakiś czasie dostałem nawet nowe narzędzia. Robota bardzo przyjemna. trochę w warsztacie, trochę na dworze. Nie zapierdalałem, pracowałem. Z braku części narzędzi wziąłem swoje. Bo je znam i umiem na nich najlepiej pracować. Miałem zgodę szefa.
Pech chciał, że rada nadzorcza nie dogadywała się z prezesem zarządu. 
Z dupy spotkanie ze wszystkimi pracownikami. Prezes "N" poinformował nas z bólem o decyzji o odejściu. Dostaliśmy premie, każdy tyle ile prezes uznał za stosowne. Nienajgorsze pieniądze. 
Miał miesiąc wypowiedzenia. Poszedłem pogadać, żeby dał mi na stałe umowę, jemu i tak nie zależy. Dał, dał też podwyżkę. Jak to powiedział "idą dla was ciężkie czasy". 
Nadeszły. 
Rada nadzorcza przycinała budżet na wszystkim. Brakowało wkrętów, śrub, wszystkeigo. O wszystko tzrebabyło pisac podania.
Po dwóch miesiącach bezkrólewia przyszedł nowy prezes. Pan "R". Od razu zaczął porządki. Każdy miał zapierdalać. Skończyły się luźne dni pracy. Ot Janusz na stanowisku kierowniczym.
Skrzyknąłem chłopaków, że jak tak, to idziemy po podwyżkę. Wszyscy. Dziadki kręcili nosem (faktyczne dziadki ponad 70 lat każdy), ale udało się jednogłośnie zaprosić prezesa na spotkanie. Prezes obiecał wszystko, nie obiecał nic. 
Mnie jako prowodyrowi całego zamieszania, zdarzyło się wziąć na żądanie (córa z gorączką). 
I się zaczęło. Najpierw pytania, czemu to uż wziąłem, że tak nie można z dnia na dzień. Odparłem (zgodnie z prawdą i prawem), że pracodawcy nie powinno interesować, dlaczego pracownik bierze uż. Potem mierzyli mi każdy kawałek drewna, czy aby nic nie wynoszę (nie wynosiłem, nie jestem moim ojcem). Dlaczego tak mało zleceń wykonuje. Dlaczego mam takie straty w materiale (brali chujowy materiał, to i straty były). 
To ja zacząłem rzucać im pisma, że warsztat nie spełnia podstawowych norm bhp, że nie ma oświetlenia dziennego, że kable wiszą ze ścian, że nie dostałem odzieży bhp.
Odbijali piłeczkę, że nie ma kasy na to.
Pewnego dnia, gdy sytuacja była już mocno napięta, rzuciłem pismo o odmowie pracy (art.210 kodeksu pracy, pracownik może odmówić pracy w warunkach nie spełniających norm bhp, za co nie może zostać pociągnięty do odpowiedzialności). Oddaliłem się zgodnie z prawem do domu.
Telefon. Natychmiast do biura!
Wiedziałem co się święci, może czułem. Nie wiem.
Wziąłem w kieszeń od koszuli dyktafon. Przed wejściem do gabinetu, włączyłem nagrywanie.
Były groźby, że jak nie wycofam pisma, to wypierdoli mnie z roboty, że zrobi restrukturyzację i zlikwiduje moje stanowisko. Potem, że jak nie cofnę, to pójdziemy na noże. Potem, że stracę na tym. Ostatecznie zapomniałem o dyktafonie i rura mi zmiękła.
Nie dziwię się (mam rodzinę na utrzymaniu, w tym niepełnosprawną córkę). Pismo ostatecznie wycofałem. 
Ale miałem nagranie. 
Skorzystałem z procedury zgłaszania nieprawidłowości przez "sygnalistów". Chuja dało.
Poszedłem oddać krew. Oddaję od 18.
Awantura w pracy, że nie zgłosiłem (wyjebane jaja). Dałem papier i elo. Dwa dni spokoju. Po powrocie z dwudniowego urlopu, zobaczyłem, że zmienili zamki w warsztacie. 
Poszedłem wyjaśnić.
Nie dostałem odpowiedzi. No już się trochę stresowałem. Znów liczyli materiał. 
Stres coraz mocniej. Przyciskali już do ściany. Krzyk na każdym miejscu. Całe kierownictwo się ode mnie odwróciło. Dół jak chuj. Powoli zaczynałem panikować. W nocy nie spałem. Kurwa najgorsze scenariusze przed oczami (część z Was to zna).
Co tu robić? Eureka!
Umówiłem wizytę do psychiatry.
Opowiedziałem doktorowi całą sytuację, że chujnia w ogóle i myśli samobójcze. Dał leki, l4 na miesiąc i skierowanie na terapię. Potem wróciłem do pracy. Mało kto mi dzień dobry odpowiadał. Chujnia dalej. Kluczy brak i nakaz usunięcia mojego prywatnego sprzętu (w sumie zrozumiałe). 
Znów L4. I tak ciągnąłem 182 dni. Potem zwolnienie z pracy, bo prawo na to pozwala.
Wyjebali mnie. Rozumiem. W międzyczasie, były wybory do rady nadzorczej. Duże zmiany.
Tydzień temu dostałem maila. Rada nadzorcza dokopała się do mojej skargi. Po roku dostałem wezwanie na wyjaśnienia.
Prezes został wypierdolony dyscyplinarnie. Razem z radą nadzorczą szykujemy akt oskarżenia oparty na moich zeznaniach, nagraniu i zeznaniach innych poszkodowanych. Wróciłem do pracy. Nowy prezes jest spoko. Dostałem odszkodowanie za pół roku braku premii. Solidny pieniądz.
Dziś idę przekazać nagranie prokuraturze. Prawnik mówi, że będzie wyrok skazujący. Pewnie w zawieszeniu. Ale skazujący. Potem wystąpię o odszkodowanie od pana "R". Nie będę musiał udowadniać jego winy. Wyrok w sprawie karnej zrobi to za mnie. Kwestia tylko ile dostanę. Także kończę ten długi jak chuj wysryw.
Pamiętajcie Dzidki, zawsze, ale to kurwa zawsze walczcie o swoje. Bądźcie uczciwi i nie odwracajcie wzroku od nieprawidłowości. Znajcie swoje prawa. 
A teraz jak każe tradycja 
WYPIERDALAM
0.063536882400513