5
Na wstępie zaznaczam to nie mój tekst. Był tutaj w okolicy 2020 i długo mi zajęło żeby go odnaleźć.

Będę go normalnie po kawałku wrzucał bo jest bardzo długi.
Wyprawa zrobiona kilka lat temu, piszę z pamieci wiec mogą być drobne rozjazdy. Polecam czegoś takiego spróbować - stawia na nogi, pozwala się ogarnąć i generalnie zrobi z ciebie chada. Albo cie zabije.

Koszty są raczej  nieduże.
Spiwór i namiot z Deca - 250pln. Karimata 'jajczarka' - 39.9pln . Czołówka, jedzenie, wydrukowane mapy, mapnik, dwa wodoszczelne worki - kolejne 300pln.
Myślę że całościowy koszt poza kajakiem to było jakieś 800-1000 pln wliczając przejazdy pociagiem i taksówkami.
Zauważyłem że najbardziej na koszty bytownia wpływa jedzenie. Dlatego kupowałem zwykłe. Bułki, kaszki, konserwy, izotonik w tabletkach, gotowe dania z Arpolu (po5-6zł za obiad, ale smak przeiętny)
Miałem 3 liofilizaty. 2x gulasz z kaszą i jeden peronin. Pomimo zakupu na wyprzedażach to było 60pln (dużo). Dlatego nie polecam. To znaczy warto zabrać jeden peronin, bo to posiłek ostatniej szansy. Używają go alpiniści przy atakach szczytowych.

Kajka kupiłem na wyprzedaży za 1900pln i to był największy wydatek.

Najważniejsze to kupić dobry kajak. Z całą resztą można się ogarnąć po koszt
Dzień 1.
Wstaje o nieludzkiej godzinie. Trzecia trzydzieści rano. Klamoty leżą spakowane od wczoraj. Plecak z kajakiem, worek z rzeczami i jedzeniem. Taksa na dworzec, bo o tej porze mzk nie jezdzi. Pociąg. Koło siódmej rano jestem w Oświęcimi. Znowu taksa, jadę do parku żeby tam zwodować. Pompuje kajak, pakuje klamoty, przywiązuje sznurkiem. Stan wody wysoki więc powinno być ok. Lecę jeszcze do sklepu po bułki, jescze trochę konserw i dwie zgrzewki mineralnej. Chce mieć jak najwięcej rzeczy swoich bo nie wiem jak będzie z zostawianiem kajaka przy zakupach.
Ruszam o dziewiątej. Rzeka niesie, ale nie jest jakoś groźna. Woda niestety bura, niebo pochmurne, wczoraj jeszcze padało. Po jakiejś godzinie docieram do pierwszego progu. W relacjach które czytałem "próg spływalny". No chyba kogoś powaliło. Metr spadku a woda ma taką siłę że mieli drzewa. Ląduje po prawej przy betonowym odpływie. Wyciągam kajak, rozpakowuje klamoty i niose jakieś 200m za próg. W sumie musze zrobić cztery kursy żeby przenieść wszystko. Zmęczylem się. Siadam i patrze jak próg mieli kolejne drzewo.
Jak już złapałem oddech to płynę dalej.
Docieram na Wisłę. Po krzakach widze wedkarskie namioty i o dziwo kilka kajaków czekających jak ich właściciele wstaną. A przecież jest już dobrze po dziesiatej.
Wiosłuję, rzaka niesie. Niecała godzina i wpływam na kanał śluzy Dwory. W kanale nurt nie niesie. Dzwonie na śluzę czy mnie przepuszczą. Taki chuj. U nich jest jeszcze stan ostrzegawczy i nie pracują. Z relacji które czytałem wcześniej wiem że da się przenieść na starorzecze. Odliczam dalby, cumuje. Znowu wyciągam klamoty i niosę je na wał jakieś 10m w górę. Potem kajak. Potem rekonesans. Muszę się wrócić z 50m i faktycznie po pokonaniu lokalnej drogi mam starorzecze.
Byloby pięknie gdyby był łatwy dostęp. Ale nie. Brzeg jest porośnięty jakimś kolczastym krzewem. Z sercem w nogach przenoszę kajak na głowie żeby przeszedł nad gałęziami. Nie wiem ile czasu mija. Pół godziny, może dłużej zanim ląduje na starorzeczu.
Nie chce mi się wiosłować. Kurła to dopiero początek wyprawy a już dało w dupę. Niech mnie nurt niesie.
Jak złapałem oddech i coś zjadłem, zabrałem sie do uczciwego wiosłowania.
Starorzecze się kończy. Znowu płynę uregulowaną rzeką. Brzegi wysokie, strome, porośniete gęsto. Nie za bardzo widać miejsce żeby zlądować na jedzenie.
Docieram do śluzy w Smolicach. Też mają wolne bo wysoki stan. Żeby to szlag trafił. Ląduje na lewym brzegu przy pomoście technicznym. Wynosze klamoty na górę. Ogląd sytuacji.
Nie ma szans na przenoske na starorzecze- za daleko i krzaczory takie że bym kajak rozerwał. Przenoszę przez teren śluzy. Jakieś 400m. Na cztery kursy. W sumie ponad 3km spaceru. Oczywiście jak przechodzę prze drogę wiodące przy sluzie to żaden chujek nawet nie zwolni tylko trąbią.
Potem znowu godziny wiosłowania. O 17 docieram na początek kanału Łączany. Wrota powodziowe oczywiście zamknięte, więc po raz czwarty w ciągu dnia rozpakowywuję kajak i go obnosze.
O 18 ruszam kanałem szukając miejsca na nocleg. Nie za bardzo jest. Po obu stronach są drogi gruntowe, a miejscówki wędkarskie tak mikre że namiot się nie zmieści. Na wysiadanie i oglądanie miejscówek tracę mase czasu.
Dopiero koło 19 na prawym brzegu znajduje WIejski Dom Kultury z placem i pomostem. O tej godzinie na obiekcie jest tylko babeczka która wpuszcza mnie z oporami. Pozwala skorzystać z kibelka i rozbić namiot. Rozbicie namiotu, przetarcie i zwinięcie kajaka, wciśnięcie wszystkiego do ciasnej sypialni -robi się 20.30. Zaraz potem zmęcznie mnie odcina i śpię.
0.059140920639038