6
Czwartego listopada 1979 roku ulica wokół amerykańskiej ambasady w Teheranie utonęła w chaosie, a świat, jaki dotychczas znała amerykańska dyplomacja, przestał istnieć. Wściekły tłum irańskich studentów i rewolucjonistów, niesiony na fali przewrotu islamskiego ajatollaha Chomeiniego, sforsował żelazne bramy placówki, biorąc w niewolę pięćdziesięciu dwóch obywateli Stanów Zjednoczonych. Była to bezpośrednia i brutalna odpowiedź na decyzję prezydenta Jimmy'ego Cartera o udzieleniu schronienia obalonemu szachowi Iranu. Dla amerykańskiej administracji sytuacja błyskawicznie przerodziła się w koszmar, który z każdym z czterustu czterdziestu czterech dni trwania kryzysu obnażał bezsilność supermocarstwa. Zakładnicy byli nieustannie upokarzani, ich twarze z zawiązanymi oczami stanowiły codzienne, propagandowe paliwo dla reżimu, a każdy wieczorny program informacyjny w Stanach Zjednoczonych rozpoczynał się od ponurego odliczania dni trwającej niewoli.
Piekło w Daszt-e Kawir (1980): narodziny współczesnych sił specjalnych - Eagle Claw
wraki na lotnisku Desert One w Iranie
Kiedy wielomiesięczne, zakulisowe negocjacje dyplomatyczne utknęły w martwym punkcie, prezydent Carter, przyciśnięty do muru rosnącą presją społeczną oraz widmem zbliżających się wyborów, podjął jedną z najtrudniejszych decyzji w historii nowożytnej Ameryki i autoryzował użycie siły. Zadanie zaplanowania bezprecedensowej misji ratunkowej powierzono pułkownikowi Charlesowi Beckwithowi, weteranowi z Wietnamu i legendarnemu dowódcy nowo utworzonej, elitarnej jednostki Delta Force.  Plan, ochrzczony kryptonimem Eagle Claw, był istnym arcydziełem wojskowego planowania, a zarazem tykającą bombą zegarową z powodu swojej niewyobrażalnej wręcz złożoności. Zakładał on skryty, nocny przelot ośmiu śmigłowców z pokładu lotniskowca operującego na Morzu Omańskim do tymczasowego, ukrytego lądowiska w sercu irańskiej pustyni, zwanego Desert One, oddalonego o dziewięćset kilometrów od miejsca startu. Tam miały one spotkać się z sześcioma potężnymi samolotami transportowymi C-130 Hercules, które dostarczyłyby stu osiemnastu komandosów z jednostek Delta Force i Rangers oraz tysiące litrów paliwa. Po zatankowaniu, śmigłowce miały przetransportować żołnierzy w górskie kryjówki pod Teheranem, skąd kolejnej nocy agenci CIA mieli przemycić ich ciężarówkami do centrum pięciomilionowego miasta. Po błyskawicznym, równoległym szturmie na ambasadę i ministerstwo spraw zagranicznych, uwolnieni zakładnicy wraz z komandosami mieli zostać podjęci przez śmigłowce z pobliskiego stadionu, a następnie ewakuowani z zabezpieczonego lotniska wojskowego potężnymi odrzutowcami transportowymi.
Błędy, które miały ostatecznie pogrzebać tę operację, popełniono na długo przed tym, zanim jakikolwiek amerykański żołnierz postawił stopę na irańskim piasku. Borykające się z powojenną biurokracją wojsko powierzyło poszczególne etapy misji różnym rodzajom sił zbrojnych, co doprowadziło do całkowitego rozmycia łańcucha dowodzenia.  Najpoważniejszym kompromisem okazał się dobór sprzętu lotniczego. Do wykonania tak delikatnego zadania wyznaczono ciężkie śmigłowce marynarki wojennej RH-53D Sea Stallion, wybrane głównie ze względu na zasięg. Były to jednak maszyny zaprojektowane do morskiego trałowania min, nieprzystosowane do precyzyjnych lotów na niskim pułapie w skrajnych warunkach lądowych. Co gorsza, za ich sterami zasiedli piloci floty, którzy nie mieli niemal żadnego doświadczenia w nocnej nawigacji nad bezkresnym pustkowiem, operując sprzętem noktowizyjnym w powijakach. Przez obsesyjną dbałość o tajemnicę, nigdy nie przeprowadzono pełnej próby generalnej całej misji. Poszczególne zespoły ćwiczyły osobno, a komandosi Delta Force po raz pierwszy spotkali załogi swoich śmigłowców dopiero w przededniu prawdziwej operacji, co przypominało próbę zorganizowania meczu mistrzowskiego z zawodnikami, którzy widzą się na boisku po raz pierwszy w życiu.

Punkt bez powrotu nadszedł wieczorem 24 kwietnia 1980 roku, kiedy ryk silników zagłuszył szum morskich fal, a śmigłowce oderwały się od pokładu USS Nimitz. Niemal natychmiast po przekroczeniu przestrzeni powietrznej Iranu, precyzyjny plan zaczął się bezlitośnie sypać.  Formacja ośmiu śmigłowców wleciała w zjawisko meteorologiczne, którego amerykańscy planiści nie potrafili przewidzieć: potężny haboob. Była to gęsta, wirująca ściana niezwykle drobnego, pustynnego pyłu, ciągnąca się dziesiątkami kilometrów i całkowicie odcinająca horyzont. Piloci, pozbawieni nowoczesnych systemów nawigacji satelitarnej, lecieli dosłownie na oślep, w ścisłej formacji, zaledwie kilkadziesiąt metrów nad ziemią, zmagając się z niewyobrażalnym stresem. Jeden ze śmigłowców doznał awarii i musiał lądować awaryjnie w ciemnościach, a jego załogę przejęła inna maszyna. Kolejny pilot, zmagając się z awarią kluczowych przyrządów w sercu piaskowej burzy, podjął kontrowersyjną decyzję o zawróceniu na lotniskowiec. W kierunku punktu zbornego leciało już tylko sześć maszyn, co stanowiło absolutne, nieprzekraczalne minimum wymagane do kontynuowania misji.
Piekło w Daszt-e Kawir (1980): narodziny współczesnych sił specjalnych - Eagle Claw
Wrak jednego ze zniszczonych śmigłowców Bluebeard z porzuconym RH-53D za nim
Gdy samoloty transportowe wylądowały bez większych problemów na szosie wyznaczającej punkt Desert One, napięcie sięgnęło zenitu. Miało to być całkowicie bezludne pustkowie, jednak irańska rzeczywistość szybko zweryfikowała założenia wywiadu. Oczom zdumionych i ukrytych w ciemnościach komandosów ukazał się nagle pasażerski autobus pełen cywilów. Pojazd trzeba było natychmiast zatrzymać, a jego pasażerów wziąć pod straż, co brutalnie odarło misję z iluzji pełnej tajności. Chwilę później na horyzoncie pojawiła się cysterna z paliwem, której kierowca zignorował wezwania do zatrzymania. Strzał z amerykańskiego granatnika przeciwpancernego zamienił ciężarówkę w gigantyczną, ryczącą kulę ognia, która rozświetliła nocne niebo na kilometry, potęgując rosnące poczucie nadchodzącej katastrofy, podczas gdy sam kierowca zdołał uciec pojazdem towarzyszącym.

Z każdą minutą opóźnienia szanse na powodzenie operacji topniały w oczach dowódców. Gdy wreszcie, z ponad godzinnym poślizgiem, do oświetlonego pożarem punktu zbornego dotarły ocalałe śmigłowce, ich załogi znajdowały się na skraju wyczerpania fizycznego i psychicznego. Maszyny były oblepione grubą warstwą drobnego pyłu, a ich stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia. Ostateczny, śmiertelny cios dla operacji Eagle Claw nadszedł, gdy w jednym z zaparkowanych śmigłowców stwierdzono krytyczną i nienaprawialną w warunkach polowych awarię systemu hydraulicznego. Z ośmiu potężnych maszyn, które zaledwie kilka godzin wcześniej opuściły pokład lotniskowca, zdatnych do lotu pozostało zaledwie pięć. To było o jedną maszynę mniej, niż wymagała bezlitosna matematyka ewakuacji stu kilkudziesięciu komandosów i ponad pięćdziesięciu zakładników z serca wrogiej stolicy. Po nerwowych konsultacjach radiowych z Waszyngtonem, prezydent Carter podjął druzgocącą decyzję: misja zostaje przerwana. Żołnierze, szkoleni latami do tego jednego zadania, musieli przełknąć gorycz porażki w samym środku wrogiego terytorium.
Piekło w Daszt-e Kawir (1980): narodziny współczesnych sił specjalnych - Eagle Claw
Planowane i rzeczywiste trasy operacji 
Decyzja o wycofaniu się była bolesna, lecz to, co nastąpiło chwilę później, przekształciło taktyczną porażkę w jedną z najczarniejszych kart w historii amerykańskich sił zbrojnych.  O godzinie 2:40 nad ranem, w absolutnym chaosie potęgowanym przez ryk silników i chmury gęstego pyłu, jeden ze śmigłowców, próbując zmienić pozycję do ostatniego tankowania przed drogą powrotną, uderzył potężnym wirnikiem głównym w kadłub wypełnionego paliwem i ludźmi samolotu transportowego C-130. Eksplozja z niesamowitą siłą rozdarła pustynny mrok. Słup ognia sięgnął kilkudziesięciu metrów, a temperatura płonącego paliwa lotniczego w ułamku sekundy przekroczyła tysiąc stopni Celsjusza, topiąc aluminium i pochłaniając wszystko na swojej drodze. Ośmiu amerykańskich żołnierzy zginęło na miejscu w straszliwych męczarniach, a kilkunastu kolejnych odniosło ciężkie poparzenia. W obliczu narastającego inferna i wybuchającej amunicji, pułkownik Beckwith wydał rozkaz natychmiastowej ewakuacji. Pozostali przy życiu żołnierze w panice ładowali się na pokłady sprawnych samolotów, pozostawiając za sobą płonące wraki, ciała poległych towarzyszy broni oraz porzucone śmigłowce, w których spoczywały ściśle tajne plany i listy agentów CIA ukrytych w Teheranie.

Następnego ranka świat zszokowały upokarzające obrazy z irańskiej pustyni. Władze w Teheranie skwapliwie wykorzystały spalone zgliszcza i pozostawione ciała jako potężne narzędzie propagandy, a ajatollah Chomeini triumfalnie ogłosił katastrofę niepodważalnym dowodem na boską interwencję chroniącą islamską rewolucję. Dla prezydenta Cartera operacja Eagle Claw stała się politycznym gwoździem do trumny, symbolem słabości i niemocy, który bezlitośnie wykorzystał jego kontrkandydat, Ronald Reagan, wygrywając późniejsze wybory. Jak na ironię, amerykańscy zakładnicy odzyskali upragnioną wolność po upływie dwustu siedemdziesięciu dni od katastrofy, dokładnie w momencie zaprzysiężenia nowego prezydenta, co stanowiło ostateczny, precyzyjnie wymierzony policzek wymierzony ustępującej administracji. Agenci, których tożsamości wyciekły przez pozostawione w śmigłowcach dokumenty, trafili do brutalnych irańskich więzień, a misternie budowana siatka wywiadowcza przestała istnieć z dnia na dzień.
Z popiołów na pustyni Daszt-e Kawir wyłoniła się jednak potężna, historyczna lekcja. Brutalne śledztwo obnażyło katastrofalne braki amerykańskiej machiny wojennej, zmuszając oporny i zbiurokratyzowany Pentagon do bezprecedensowych reform. Ich najważniejszym rezultatem było zjednoczenie rozproszonych sił i utworzenie Dowództwa Operacji Specjalnych Stanów Zjednoczonych, instytucji wyposażonej we własny, wielomiliardowy budżet operacyjny i żelazną autonomię. Powołano do życia elitarny 160. Pułk Lotnictwa Operacji Specjalnych, znany jako Night Stalkers, którego piloci zostali wyszkoleni wyłącznie do wspierania misji komandosów w najbardziej ekstremalnych warunkach, naprawiając tym samym największy błąd logistyczny z Iranu. Wprowadzono bezwzględny wymóg wspólnych, morderczych treningów pomiędzy różnymi formacjami wojskowymi, by nigdy więcej amerykańscy operatorzy nie musieli improwizować na polu walki. Choć w tamtej mrocznej, kwietniowej nocy zginęło ośmiu odważnych ludzi, to właśnie ich tragiczna ofiara wykuła dzisiejszą perfekcję działań specjalnych. To dzięki bolesnym naukom wyciągniętym z piekła Desert One, kilkadziesiąt lat później operatorzy komandosów potrafili bezbłędnie i z chirurgiczną precyzją lądować na dachu kryjówki w pakistańskim Abbottabadzie. Aby współczesna armia amerykańska mogła wygrywać swoje najważniejsze wojny w cieniach, musiała najpierw ponieść tę jedną, niewyobrażalnie gorzką klęskę.
Źródła:
https://www.asomf.org/operation-eagle-claw/
https://www.army.mil/article/235436/operation_eagle_claw_remembered_40_years_later
https://archives.law.virginia.edu/dengrove/writeup/operation-eagle-claw-attempt-end-iran-hostage-crisis
https://specialops.org/operation-eagle-claw/
https://www.tandfonline.com/doi/pdf/10.1080/02684527.2022.2123935?needAccess=true
https://nottingham-repository.worktribe.com/preview/6295894/CORMAC%20UK%20__Black__%20Productions-%20Forgeries_%20Fake%20Groups_%20and%20Propaganda_%201951-1975%20AAM%20(1).pdf
https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC4752772/
https://www.war.gov/News/Feature-Stories/Story/Article/4166790/failed-iran-hostage-rescue-continues-to-teach-lessons-45-years-later/
https://www.airforcespecialtactics.af.mil/About/History/Chronology/1980S/
0.06828784942627