4
Na wstępie zaznaczam to nie mój tekst. Był tutaj w okolicy 2020 i długo mi zajęło żeby go odnaleźć.

Będę go normalnie po kawałku wrzucał bo jest bardzo długi.
Trzeci dzień podróży.
Z trudem otwieram oczy kilka minut po ósmej rano. Wszystko mnie boli. Plecy, barki, uda. Czuje że odgniotłem sobie jeden z kręgów.
Pomimo kilku godzin snu jestem zmęczony.
Do tego wczoraj zaniedbałem jedzenie i teraz czuje się strasznie pusty w środku.
Wszystko idzie strasznie powoli. Na śniadanie owsianka z czekoladą, bo pomimo głodu mam cofkę na myśl o czymś konkretniejszym. Herbata, dużo herbaty. Jem na stojąco bo siadanie jest bolesne.
Ogarnięcie namiotu, pakowania i jedzenia zajmuje dobrze ponad godzinę.
Doczyszczam kajak bo wczoraj naniosłem mułu przy przenosce. Dopompowywuje go pro forma - nie było wczoraj jakiegoś strasznego gorąca i nie słyszałem żeby zawory bezpieczeństwa pracowały, ale im więcej luftu w środku tym lepiej.
Staje przed alternatywą. Zwodować się przed śluzą przepłynąć 50m i zjechać lekko po wodzie, albo przenosić. Śluzowanie kusi bo w tym miejscu jest rzadkością. Z reguły śluza jest nieczynna z powodu braku wody.
Jednak operator ma wózek transportowy. Więc szybciej wrzucić wszystko na wózek, przewieźć terenem śluzy i zwodować z drugiej strony.
Po zwodowaniu musiałem podłożyć ręcznik pod plecy.
Od tego miejsca Wisła już płynie w miarę chyżo. Nie ma już żadnych śluz przez następne kilkaset kilometrów. Rzeka nadal płynie między wałami więc niewiele widać. Od czasu do czasu widać jak woda wiruje - pod spodem są rozmyte ostrogi. Staram się je omijać. Dmuchaniec jest wprawdzie z tych solidniejszych, ale szkoda byloby go rozwalić na kamieniu.
Na brzegach pojawiają się tabliczki kilometrowe . Czuję dumę kiedy mijam setny kilometr.
Rzeka niesie, ja jej trochę pomagam. Po godzienie jestem pod mostem przy Niepołomicach. Wypatrzyłem miejsce do lądowania, ale jest tam pełno szkieł pozostawionych przez pijaczków. Zresztą, ostrożnie liczę że zapasy mam na 5-6 dni więc może nie będę musiał wogóle zawijać.
Pogoda jest w miarę. Nie pada, niebo wprawdzie pochmurne ale coraz częściej pojawiają się przebłyski słońca. Okulary są już konieczne bo woda zaczyna odbłyskami trochę razić.
Płynę w stałym tempie około 8kn/h. Tak wynika ze znaków i zegarka.
W pół do pierwszej wypatruję wędkarską miejscówkę i udaje mi się wydostać na brzeg. Tu jest i tak dużo lepiej niż przed Krakowem, bo rzeka jest bardziej dzika, ale wyjścia na brzeg nie są łatwe.
Jestem wściekle głodny ale jednocześnie od konkretów mnie odrzuca. Serio. Na myśl o konserwie turystycznej czy MRE mam ochotę rzygać. Samą owsianką to się jednak nie najem. Panzerwafli też nie chce ruszać bo one czekają na moment kiedy skończy się pieczywo.
Koniec końców decyduje się na liofa. Mam ich tylko trzy (bo drogie) i stanowią zapas na czarną godzinę. Szykowanie jest proste. Zagotować wodę, zalać, odczekać, jeść.
Tym razem gulasz z kaszą mi idzie jak po grudzie. W zasadzie posiłek bardziej wmuszam w siebie niż zjadam.
Po jedzeniu kladę się na wznak żeby rozprostować plecy. Potem próbuję się jeszcze rozchodzić. Niewiele to pomaga.
Druga po południu ruszam dalej.
Rzeka wygląda już całkiem fajnie. Wały po obu stronach są niższe, można patrzeć już nie tylko na pobliską trawę ale i na jakieś widoki dalej. Mijam miejsce oznaczone jako bystrze. Wody na szczęście nadal sporo więc przelatuje nad nim.
Mijam jakieś nabrzeżne złomowisko, potem kolejne miejsce oznaczone jako bystrze nad którym dostrzegam praktycznie tylko zafalowanie wody.
Szósta po południu jestem na 124 kilometrze. Więcej dziś nie dam rady. Wyszukuje spłachetek piaszczystej plaży po prawej stronie. Piach to niestety w połowie muł, ale przynajmniej namiot jest gdzie postawić.
Suszę co się da, wypijam herbatę i moszczę najlepiej jak potrafię.
Mięśnie trochę się rozruszały ale nadal pioruńsko bolą.
Teraz jestem jednak w sytuacji gdzie mam 'one way ticket" od Niepołomic w dół, wioski są słabo skomunikowane i dojazd stamtąd potrafi zająć wiele godzin. To jest motywator by płynąć dalej.
Usypiam (chyba) koło 19.
* * *
0.062863826751709