3
Na wstępie zaznaczam to nie mój tekst. Był tutaj w okolicy 2020 i długo mi zajęło żeby go odnaleźć.

Będę go normalnie po kawałku wrzucał bo jest bardzo długi.
Czwartego dnia budzi mnie zaduch w namiocie. Słońce świeci w końcu z bezchmurnego nieba i namiot błyskawicznie się rozgrzewa. Wychodzę bardziej energicznie niż wczoraj, mięśnie trochę odpuściły. Na śniadanie duża ilość herbaty i duża ilość owsianki. Organizm jest nadal w dziwacznym stanie jeśli chodzi o jedzenie. Biszkopty tak, owsianka tak, chleb od biedy ujdzie. Konserwa nie. Za to włączyła się gastro faza na cocacole. Na samą myśl o tym napoju mam ślinotok.
Wygląda na niedobór cukru. Tyle że cukru nie zabrałem wogóle. Mam go tyle co w gorzkiej czekoladzie i panzerfaflach. Czekolada musi styknąć.
Udaje mi się spakować i zebrać tak że jestem o ósmej trzydzieści na wodzie. Widać że rzeka straciła przez noc ze 20cm. W sumie spałem w głupim miejscu. Jakby puścili więcej wody na którymś jazie mogłoby mnie podtopić.
Wiosłuję oszczędnie bo robi się coraz bardziej gorąco. Słońce operuje jakby chciało sobie odbić ostatni tydzień. Na wszelki wypadek zakładam temokoszulkę z długim rękawem kierą wziąłem do spania, na łeb czapka z osłoną szyi a na kolanach ręcznik. No i krem do opalania.
Nurt jeszcze jest w miarę, ale prędkośc spada mi już do 6km/h.
Czytam wodę, patrzę gdzie się marszczy i głównie to staram się tych miejsc unikac. I tak leci godzina za godziną. Po obu stronach sa sielskie widoczki. Wzgórza, pagórki, krówki. Nawet kuń się przewinie. Z naczelnych to wędkarzy się pojawia coraz więcej.
Aha, i jakies laski co sobie robiły zdjęcia na insta z cyckami na wierzchu. Pełna profeska bo miały parasole i softboxy.
Jak jest gorąco to i pić się chce. Rozpuczam tabsy izotonika w jednej z flaszek i tak sobie sącze cały dzień. Dobre, niedobre. Lepsze niż surowa woda i podobno coś daje.
Chwilę po dziesiatej korzystam z wędkarskiej miejcówki i idę się rozejrzeć po okolicy. Tylek musi odpocząć. Wyłażę na to co myślałem że jest pagórkiem a okazuje się że to jest wał przeciwpowodziowy. Jebaniutki jest ogromny. Po jego drugiej stronie jest w dół z pięć pięter. Dalej zaczynają się pola. Ogromne pola uprawne.
Widziałem pola na Jurze K-C i tamte mi się wydawały wielkie, ale te są przeogromne. Gdzieś tam w dali widać dachy. Rozglądam się ale jakbym się chciał do tej wiochy wybrać to musiałbym się przedrzeć przez krzaczory, potem przez ugór, a potem bym dostał widłami w żyć że w szkodę lezę.
Taka myśl mię nachodzi: czy oni wogóle wiedzą że mieszkają nad największa rzeką w kraju? No chyba wiedzą bo stanowisko wędkarskie jest. Ale poza tym mają to w nosie.
Wracam do kajaka, przegryzam solonego pomidora i dalej.
Pyk pyk wiosełkiem jako tako i powoli do przodu.
Upał się robi nieznośny. Myślę czy by gdzieś w cieniu nie przeczekać ale drzewa rosą daleko od wody, więc nie ma na co liczyć. Poprzestaje na moczeniu koszulki i czapki.
Na 160km miały się zacząć łachy i piaszczyste wyspy, ale na razie wszystkie są zalane. Za to oglądam sobie jak działa przeprawa promowa. Śmieszne rozwiązanie prom na sznurku ale bez silnika. Ale działa. Lepsze niż to co widziałem na Odrze bo tam łapami prom ciągali.
Dojadam resztę pomidorów. Już się zaczęły marszczyć więc trzeba je dokończyć.
Dochodzi 18, czyli pora kiedy trzeba zacząć szukać miejsca na nocleg. Liczyłem na te 'piaszczyste wysepki" ale jak zwykle zły los zakpił z biedaka. Po pół godzinie szukania znajduje miejcówkę wędkarską bez wędkarza za to z chmarą komarów.
Zanim zdążyłem zrobić herbatę już mnie skurwle pocięły. Środek odstraszający działa jako tako. Znaczy ja czuję że śmierdzi a one nie.
Na kolacje pół konserwy i bułka - w końcu "normalne jedzenie".
Koło dwudziestej włączyłem telefon, żeby przejrzeć wiadomości i taki uj. Nie ma zasięgu. Zero kresek.
Więc poszedłem spac.
* * *
5
0.0555579662323