Na wstępie zaznaczam to nie mój tekst. Był tutaj w okolicy 2020 i długo mi zajęło żeby go odnaleźć.
Będę go normalnie po kawałku wrzucał bo jest bardzo długi.
Będę go normalnie po kawałku wrzucał bo jest bardzo długi.
Szóstego dnia budzę się wyspany i wypoczęty. Gnaty przestały bolec. Pogoda słoneczna z niewielkimi chmurami.
Słońce jeszcze nisko, jest przed szosta. Na śniadanie wciągam mielonke, cebulę i herbatę.
Wody zostało mało. Butelka i kawalek. Muszę uzupełnić. Sprawdzam mapę w telefonie. Do sklepu daleko ale da się dostac.
O siódmej jestm na wodzie. Płynę jakieś dwa kilometry. Ląduje przy przeprawie promowej. Wyciągam kajak z dala od wody i biegiem lecę do sklepu.
To znaczy chyzo ide. Google pokazuje dwa kilometry do sklepu. Pierwszy zamknięty, drugi też. W końcu trafiam na alkoholowo całodobowy.
Dwie zgrzewki wody (18 litrów) bułki, cebula, pomidory. Obladowany ide spowrotem. Staram się szybko, bo z tyłu głowy mam że zostawiłem dobytek na brzegu bez opieki.
Docieram po pół godzinie i wszystko jest.
Ulga.
Ruszam dalej trzymając się prawego brzegu. Mijam most. Po lewej widzę elektrownie Polaniec. Olbrzymie bydlę.
Na wprost elektrowni jest pneumatyczny próg spiętrzający. Po hałasie wody uznaje ze jest podniesiony. Ląduje na prawym brzegu jakieś 50m wcześniej i idę się rozejrzeć.
Próg wygląda na mały, może ze 30-40cm. Woda się nie kotłuje za bardzo. Decyduje że go spłynę.
Odbijam, ustawiam się z nurtem i maks power na wioslach. Nie wiem jaki odwój za przeszkodą więc teraz ile matka natura dała, przelatuje przez prog.
Kajak w sumie lekko podskoczył i już byłem po drugiej stronie.
Nie wiem czemu niektórzy to obnoszą. Może przy niższym stanie wody jest gorzej.
Nadal jest wcześnie rano. Ciagne więc na wioslach zeby nadrobić dystans zanim zacznie prażyć.
Mieśnie już się przyzwyczaiły więc idzie to nieźle. Tabliczki pokazuja ze z pomocą nurtu płynę ponad 7km/h.
Trzy godziny później mijam kolejny prom. Akurat go ładują więc mogę swobodnie oplynac.
Rzeka ma tutaj konkretną szerokość. 300-400m. Poziom wody jest nadal w miarę, nie trzeba kluczyć między poyciznami.
Brzegi zmieniły charakter. Pojawiły się piaszczyste łachy po obu stronach.
Za łachami nadal dziki gąszcz.
Mapa pokazuję że za tymi krzaczorami są miejscowosci. Jednak ich nie widać.
Mój wniosek jest taki że Polska stoi dupą do Wisły. Jest to jest i tyle.
Nie ma barek ani Białej floty. Od czasu do czasu mijam tylko lodzie z wedkarzami.
Pierwsza pięć mijam prom w Tarnobrzegu. Taka mała popierdulka na trzy auta.
Stwierdzam że poza miastami, mosty na Wiśle to rzadkość. Są może co trzydzieści kilometrów.
Nie warto zawiązywać znajomości przez rzekę. Najeździł by się czlowiek.
O piętnastej jestem w Sandomierzu. Tu jest wypasiony port. Cumuje, place, idę na miasto.
Do rynku blisko. Rynek jak rynek.
Księdza Mateusza nie było. Wizualnie niewiele się to różni od innych miast.
Stwierdzam że moglem rano nie latać jak porąbany tylko zrobić zakupy tutaj.
Z łaziłem jakąś godzinę, nie było więcej co oglądać. Tyle że zjadłem kebsa więc objad z głowy.
Czuje zawód. Sandomierz miał być jednym z TYCH miast do zwiedzania.
Od 16 z minutami płynę dalej. Płynę i płynę i płynę.
Monotonia rzeki znów wchodzi do głowy. Staram się trzymać tempo. Rozlozylem baniaki z wodą tak żeby dziób kajaka się nie unosił. Może to minimalnie zmniejszy opór wiatru.
Stopniowo się ściemnia. Mimo to cisnę dalej. Chcę przeskoczyć 300km rzeki.
Udaje mi się to dopiero po dziewiątej wieczór.
To płyniecie po zmroku to nie jest malowniczy nocny Kraków.
Płynę w samym środku niczego. Po bokach czarne drzewa, pod spodem czarna Woda. Na niebie lichy księżyc.
Za to dwieki niosą się obłędnie daleko. Samochody na mostach słychać z odległości 5-7 km.
Czasem dochodzą odgłosy traktorów. Kto u licha orze w nocy. Kto orze w maju? Tyle pytam a tak mało odpowiedzi.
Po cmoku szukam miejsca na nocleg. Ląduje ze dwa, trzy razy zanim znajduje kawałek piasku wolny od kamieni i mułu. Nawet nie wiem czy to wyspa czy brzeg.
Kolacją na wypasie - MRE Bogracz i świeża bułka i herbaty w opór.
Finalnie do śpiwora wpelzam kilka minut przed jedenastą.
* * *
7
Słońce jeszcze nisko, jest przed szosta. Na śniadanie wciągam mielonke, cebulę i herbatę.
Wody zostało mało. Butelka i kawalek. Muszę uzupełnić. Sprawdzam mapę w telefonie. Do sklepu daleko ale da się dostac.
O siódmej jestm na wodzie. Płynę jakieś dwa kilometry. Ląduje przy przeprawie promowej. Wyciągam kajak z dala od wody i biegiem lecę do sklepu.
To znaczy chyzo ide. Google pokazuje dwa kilometry do sklepu. Pierwszy zamknięty, drugi też. W końcu trafiam na alkoholowo całodobowy.
Dwie zgrzewki wody (18 litrów) bułki, cebula, pomidory. Obladowany ide spowrotem. Staram się szybko, bo z tyłu głowy mam że zostawiłem dobytek na brzegu bez opieki.
Docieram po pół godzinie i wszystko jest.
Ulga.
Ruszam dalej trzymając się prawego brzegu. Mijam most. Po lewej widzę elektrownie Polaniec. Olbrzymie bydlę.
Na wprost elektrowni jest pneumatyczny próg spiętrzający. Po hałasie wody uznaje ze jest podniesiony. Ląduje na prawym brzegu jakieś 50m wcześniej i idę się rozejrzeć.
Próg wygląda na mały, może ze 30-40cm. Woda się nie kotłuje za bardzo. Decyduje że go spłynę.
Odbijam, ustawiam się z nurtem i maks power na wioslach. Nie wiem jaki odwój za przeszkodą więc teraz ile matka natura dała, przelatuje przez prog.
Kajak w sumie lekko podskoczył i już byłem po drugiej stronie.
Nie wiem czemu niektórzy to obnoszą. Może przy niższym stanie wody jest gorzej.
Nadal jest wcześnie rano. Ciagne więc na wioslach zeby nadrobić dystans zanim zacznie prażyć.
Mieśnie już się przyzwyczaiły więc idzie to nieźle. Tabliczki pokazuja ze z pomocą nurtu płynę ponad 7km/h.
Trzy godziny później mijam kolejny prom. Akurat go ładują więc mogę swobodnie oplynac.
Rzeka ma tutaj konkretną szerokość. 300-400m. Poziom wody jest nadal w miarę, nie trzeba kluczyć między poyciznami.
Brzegi zmieniły charakter. Pojawiły się piaszczyste łachy po obu stronach.
Za łachami nadal dziki gąszcz.
Mapa pokazuję że za tymi krzaczorami są miejscowosci. Jednak ich nie widać.
Mój wniosek jest taki że Polska stoi dupą do Wisły. Jest to jest i tyle.
Nie ma barek ani Białej floty. Od czasu do czasu mijam tylko lodzie z wedkarzami.
Pierwsza pięć mijam prom w Tarnobrzegu. Taka mała popierdulka na trzy auta.
Stwierdzam że poza miastami, mosty na Wiśle to rzadkość. Są może co trzydzieści kilometrów.
Nie warto zawiązywać znajomości przez rzekę. Najeździł by się czlowiek.
O piętnastej jestem w Sandomierzu. Tu jest wypasiony port. Cumuje, place, idę na miasto.
Do rynku blisko. Rynek jak rynek.
Księdza Mateusza nie było. Wizualnie niewiele się to różni od innych miast.
Stwierdzam że moglem rano nie latać jak porąbany tylko zrobić zakupy tutaj.
Z łaziłem jakąś godzinę, nie było więcej co oglądać. Tyle że zjadłem kebsa więc objad z głowy.
Czuje zawód. Sandomierz miał być jednym z TYCH miast do zwiedzania.
Od 16 z minutami płynę dalej. Płynę i płynę i płynę.
Monotonia rzeki znów wchodzi do głowy. Staram się trzymać tempo. Rozlozylem baniaki z wodą tak żeby dziób kajaka się nie unosił. Może to minimalnie zmniejszy opór wiatru.
Stopniowo się ściemnia. Mimo to cisnę dalej. Chcę przeskoczyć 300km rzeki.
Udaje mi się to dopiero po dziewiątej wieczór.
To płyniecie po zmroku to nie jest malowniczy nocny Kraków.
Płynę w samym środku niczego. Po bokach czarne drzewa, pod spodem czarna Woda. Na niebie lichy księżyc.
Za to dwieki niosą się obłędnie daleko. Samochody na mostach słychać z odległości 5-7 km.
Czasem dochodzą odgłosy traktorów. Kto u licha orze w nocy. Kto orze w maju? Tyle pytam a tak mało odpowiedzi.
Po cmoku szukam miejsca na nocleg. Ląduje ze dwa, trzy razy zanim znajduje kawałek piasku wolny od kamieni i mułu. Nawet nie wiem czy to wyspa czy brzeg.
Kolacją na wypasie - MRE Bogracz i świeża bułka i herbaty w opór.
Finalnie do śpiwora wpelzam kilka minut przed jedenastą.
* * *
7