18
Kiedyś to było, panie… chleb to był chleb, a nie to co teraz – napompowane powietrze w foli.
W niedzielę rano wstawało się wcześniej niż kogut, bo matka już od świtu zaczyn robiła. Mąka z młyna, nie żadna z marketu – taka, że jak się rozsypało, to kurz stał w powietrzu jak mgła nad polem. Woda ze studni, zimna jak sumienie komornika. Drożdże? Jak były, to były, a jak nie, to się robiło na zakwasie, co pamiętał jeszcze czasy pradziada.
Ciasto się wyrabiało rękami, nie żadnym mikserem. Godzina, dwie, aż ręce odpadały i plecy bolały jak po kopaniu rowów. Ale jak się już wyrobiło, to przykrywało się ściereczką i stawiało przy piecu. I wtedy czekało się. I nikt nie narzekał, że długo – bo się wiedziało, że dobry chleb nie lubi pośpiechu.
A piec? Nie żadna elektryczna skrzynka. Prawdziwy, na drewno. Najpierw trzeba było napalić, wygrzać, potem wygarnąć żar i dopiero bochny na łopacie wsuwać do środka. Jak się dobrze zrobiło, to skórka wychodziła taka, że aż strzelała przy krojeniu.
I słuchaj teraz najważniejszego – ten chleb pieczony w niedzielę jadło się do SOBOTY. Do soboty, rozumiesz? Nie pleśniał, nie robił się gumowy. Twardniał, owszem, ale to był smak. W poniedziałek świeży, we wtorek jeszcze pachniał, w środę idealny do smalcu, w czwartek do zupy, w piątek już się kroiło cienko jak papier, a w sobotę? W sobotę to się robiło kromki do mleka albo na grzanki.
I nikt nie wybrzydzał, że „suchy”. Suchy? To się zębami brało i jadło. Jak ktoś narzekał, to dostawał pajdę bez masła i był spokój.
A teraz? Kupisz chleb w poniedziałek, we wtorek już smakuje jak karton, w środę zielony nalot, a w czwartek można nim gwoździe wbijać. I jeszcze krojony, zapakowany, żebyś broń Boże nie zobaczył, co kupujesz.
Kiedyś to było – jeden bochen na tydzień i starczyło dla całej rodziny. Teraz trzy kupisz i każdy do kosza.
I powiedz mi, kto tu się cofnął – my czy chleb?
0.25359511375427