3
Awaria bombowca B-52 nad Thule nie była jedynie kolejnym tragicznym wypadkiem lotniczym. To jeden z najbardziej skrywanych i kłopotliwych incydentów nuklearnych w historii zimnej wojny. Cztery bomby wodorowe roztrzaskane na arktycznym lodzie, bezprecedensowa w swej skali akcja oczyszczania terenu, tajne poszukiwania na dnie oceanu oraz wybuchły po latach polityczny skandal znany jako „Thulegate" – to wszystko składa się na historię, która przez dekady pozostawała w cieniu. W realiach globalnego napięcia lat sześćdziesiątych, Baza lotnicza Thule, zlokalizowana w surowych warunkach północno-zachodniej Grenlandii, stanowiła absolutny fundament amerykańskiej tarczy nuklearnej. Znajdował się tam potężny radar wczesnego ostrzegania BMEWS, którego zadaniem było wychwycenie ewentualnego ataku radzieckich rakiet balistycznych lecących przez Arktykę. Od końca lat pięćdziesiątych amerykańskie bombowce B-52, przenoszące arsenał jądrowy, wykonywały nieustanne patrole w ramach ściśle tajnego programu „Chrome Dome". Jedna z maszyn była stale dedykowana monitorowaniu samej bazy Thule. Jej zadaniem było utrzymywanie się w ciągłej gotowości do zadania uderzenia odwetowego na terytorium Związku Radzieckiego. Problem polegał na tym, że Dania – do której należy Grenlandia – oficjalnie głosiła surową politykę bezatomową, zakazującą obecności broni jądrowej na swoim terytorium. W praktyce jednak Kopenhaga przymykała oko na obecność potężnego amerykańskiego arsenału, co po latach miało stać się zarzewiem gigantycznego kryzysu politycznego.
Awaria bombowca B-52 nad Thule (1968): Najbardziej wstydliwy nuklearny sekret zimnej wojny
B-52G, podobny do tego, który rozbił się w bazie lotniczej Thule
Feralnego 21 stycznia 1968 roku potężny B-52G o numerze bocznym 58-0188, znany pod kryptonimem Hobo 28, wystartował z bazy Plattsburgh w stanie Nowy Jork. Przydzielony do misji o kryptonimie „Hard Head", zmierzał nad Zatokę Baffina, niosąc w luku bombowym cztery niszczycielskie bomby termojądrowe B28FI. Moc każdej z nich szacowano na 1,1 megatony – ładunki zdolne obrócić w perzynę całe metropolie. Siedmioosobowa załoga pod dowództwem kapitana Johna Hauga przygotowywała się na wielogodzinny, wyczerpujący lot patrolowy w ekstremalnych warunkach arktycznych. Byli w pełni uzbrojeni i znajdowali się w stanie najwyższej gotowości bojowej. Sam fakt, że bombowce przez długi czas krążyły bezpośrednio nad grenlandzką bazą, obnażał późniejsze dyplomatyczne kłamstwa obu rządów, które twierdziły, że obecność maszyny z bronią nuklearną w tym rejonie była wyłącznie wynikiem nagłej usterki technicznej.

Do punktu bez powrotu doszło po około sześciu godzinach lotu, gdy maszyna znajdowała się zaledwie 140 kilometrów na południe od bazy Thule. Przyczyna tragedii okazała się nieprawdopodobnie banalna. Trzeci pilot, major Alfred D'Amario, chcąc poprawić sobie komfort podczas długiego lotu, wsunął przed startem trzy zwykłe piankowe poduszki pod fotel nawigatora na dolnym pokładzie. Gdy w trakcie lotu temperatura w kabinie zaczęła drastycznie spadać, załoga zwiększyła moc systemu ogrzewania, pobierającego gorące powietrze bezpośrednio z silników. W wyniku usterki technicznej nie zostało ono odpowiednio schłodzone przed wpuszczeniem do wnętrza samolotu. Strumień piekielnie gorącego powietrza uderzył wprost w ułożone pod fotelem poduszki, które błyskawicznie zajęły się ogniem. W ciągu zaledwie kilku chwil dolny pokład zamienił się w płonącą pułapkę, a ogień zaczął trawić kluczowe przewody, instalację elektryczną i elementy konstrukcyjne kadłuba.
Awaria bombowca B-52 nad Thule (1968): Najbardziej wstydliwy nuklearny sekret zimnej wojny
Zdjęcie lotnicze zaciemnionego lodu na miejscu katastrofy, z punktem uderzenia u góry
O godzinie 16:22 czasu uniwersalnego kapitan Haug zgłosił do wieży kontrolnej w Thule stan najwyższego zagrożenia, prosząc o zgodę na natychmiastowe lądowanie awaryjne. Sytuacja na pokładzie wymykała się spod kontroli – w zaledwie pięć minut załoga zużyła wszystkie dostępne gaśnice, jednak żywioł nie ustępował. Gęsty, gryzący dym wypełnił kokpit do tego stopnia, że piloci przestali widzieć przyrządy pokładowe, a awarie zasilania pozbawiły ich kontroli nad maszyną. Dowódca zrozumiał, że bezpieczne posadzenie płonącego kolosa na pasie startowym jest niemożliwe. Załoga musiała poczekać na moment, w którym samolot znajdzie się bezpośrednio nad bazą, aby po katapultowaniu mieć jakiekolwiek szanse na lądowanie w bezpiecznym obszarze i przetrwanie w morderczym mrozie. Po potwierdzeniu pozycji nad Thule rozpoczęto ewakuację. Sześciu lotników opuściło samolot, lądując w pobliżu bazy – trzech z nich wylądowało w odległości zaledwie kilku kilometrów i zostało uratowanych w ciągu dwóch godzin. Jeden z nich, strzelec pokładowy Calvin Snapp, zepchnięty przez wiatr, wylądował na dryfującej krze lodowej prawie 10 kilometrów od Thule i w temperaturach spadających głęboko poniżej zera czekał na ratunek przez upiorne 21 godzin. Dla jednego z członków załogi, drugiego pilota Leonarda Svitenko, ewakuacja zakończyła się tragicznie. Ponieważ zajmował tymczasowo fotel zmiennikowy bez systemu katapultowania, musiał opuścić maszynę przez dolny właz ratunkowy. Podczas skoku uderzył głową o krawędź konstrukcji samolotu i zginął na miejscu.

Po opuszczeniu przez załogę płonący B-52 przez chwilę leciał na autopilocie na północ, po czym powoli skręcił o 180 stopni i ostatecznie uderzył w grubą pokrywę lodową zatoki North Star, około 12 kilometrów na zachód od Thule. Gigantyczna siła kinetyczna rozerwała kadłub samolotu na strzępy. Uderzenie zainicjowało wybuch ładunków konwencjonalnych stanowiących zapalniki w czterech bombach wodorowych. Choć nie doszło do apokaliptycznej detonacji nuklearnej – systemy zabezpieczeń zadziałały poprawnie – klasyczna eksplozja dosłownie sproszkowała rdzenie bomb. W pokrywie lodowej wyrwana została dziura o średnicy 50 metrów, a wokół niej, na długości 670 metrów i szerokości 120 metrów, rozlał się smolisty pas płonącego paliwa lotniczego zmieszanego z wysoce radioaktywnym plutonem, uranem, amerem i trytem.
Awaria bombowca B-52 nad Thule (1968): Najbardziej wstydliwy nuklearny sekret zimnej wojny
Obóz Hunziker powstały na miejscu wypadku
Eksplozja ładunków konwencjonalnych wewnątrz bomb jądrowych zadziałała w praktyce jak gigantyczna brudna bomba. Tlenek plutonu oraz inne śmiercionośne radionuklidy zostały rozpylone w postaci mikroskopijnego pyłu, osiadając na lodzie, śniegu i opadając na dno morskie. Szacuje się, że obszar o powierzchni blisko 5 km² został skażony około 3,5 kilogramami samego plutonu. W miejscach najsilniejszego uderzenia poziom radiacji przekraczał wszelkie normy. Skażony pył był niesiony przez wiatr, a światowe stacje meteorologiczne odnotowały w tamtym roku podwyższone stężenie plutonu w atmosferze na całej półkuli północnej. Już kilka minut po odnalezieniu pierwszych ocalałych lotników dowództwo bazy dowiedziało się o obecności broni jądrowej na pokładzie. Uruchomiono nadzwyczajne procedury – z Omaha w Nebrasce, z kwatery głównej Strategicznego Dowództwa Lotnictwa, natychmiast wysłano elitarne grupy ekspertów. Widok na miejscu katastrofy przypominał postapokaliptyczny krajobraz: rozległa, czarna plama wtopiona w biel, a na niej rozsypane szczątki ogromnego bombowca, rozdrobnione do rozmiarów pudełek od zapałek.

Stany Zjednoczone błyskawicznie uruchomiły operację o kryptonimie „Crested Ice" – gigantyczne przedsięwzięcie inżynieryjne polegające na usunięciu radioaktywnych szczątków w środku nocy polarnej. Na skutą lodem Grenlandię przerzucano setki specjalistów, inżynierów i ciężki sprzęt. Naukowcy z Narodowego Laboratorium Livermore zabrali ze sobą innowacyjny, dopiero co opracowany detektor promieniowania FIDLER, który musieli naprędce przystosować do pracy w temperaturach sięgających -40°C. Aby dostać się na miejsce, specjaliści podróżowali samolotem KC-135 wyładowanym niemal 680 kilogramami surowej koniny – pokarmem dla psów pociągowych, które pomagały w transporcie po pękającym lodzie. Przy pomocy czułych detektorów zespoły namierzały radioaktywne gorące punkty, po czym potężnymi piłami wycinały bloki skażonego lodu i śniegu, ładując materiał do specjalnie ekranowanych zbiorników. W ciągu zaledwie kilku miesięcy wywieziono z Grenlandii do składowisk w USA ponad 6700 metrów sześciennych wysoce toksycznej mieszaniny. Operacja Crested Ice zakończyła się 13 września 1968 roku. Analizy wykazały, że udało się zebrać z powierzchni około 85 procent uwolnionego plutonu. Reszta na zawsze spoczęła na dnie zatoki lub została rozwiana przez arktyczne wichury.
Awaria bombowca B-52 nad Thule (1968): Najbardziej wstydliwy nuklearny sekret zimnej wojny
Zestaw czterech bomb termojądrowych B28FI tego samego typu, co te użyte w wypadku w Thule.
Od samego początku operacji inżynierowie obawiali się, że ciężkie fragmenty rdzeni nuklearnych mogły przebić lód i opaść na dno morza, na głębokość około 240 metrów. Americanie prowadzili gorączkowe poszukiwania podwodne – w sierpniu 1968 roku wysłano w tym celu miniaturowy okręt podwodny Star III. Przez dekady krążyła legenda o zaginionej bombie, podsycana przez odtajniane po latach dokumenty, z których wynikało, że pewnych masywnych elementów uzbrojenia, w tym wtórnego stopnia jednej z bomb, nigdy nie odnaleziono. Choć późniejsze duńskie śledztwa nie potwierdziły bezsprzecznie, że na dnie znajduje się w pełni nienaruszony ładunek wodorowy, bezspornym faktem pozostaje to, że część wysoce wrażliwych elementów na zawsze zniknęła w oceanicznej otchłani.

Rejon zatoki North Star stał się jednym z najlepiej przebadanych miejsc punktowego skażenia nuklearnego na naszej planecie. Badania prowadzone przez kolejne dziesięciolecia pokazały, że drobiny plutonu opadły na dno, gdzie z czasem zostały przykryte warstwami naturalnych osadów, co ograniczyło ich przenikanie do łańcucha pokarmowego lokalnej fauny morskiej. Duńskie badania środowiskowe z 2003 roku wykazały, że w osadach dennych, wodzie morskiej i wodorostach wciąż można wykryć śladowe ilości radioaktywności, choć na skrajnie niskim poziomie. Na lądzie, zwłaszcza w strefach, gdzie opadł dym z płonącego paliwa, odnotowywano podwyższone poziomy promieniowania u roślin i porostów. Prawdziwym polem bitwy stało się jednak zdrowie ludzi pracujących przy usuwaniu skutków katastrofy. Setki duńskich, grenlandzkich i amerykańskich pracowników cywilnych oraz wojskowych po latach zaczęło zgłaszać poważne problemy zdrowotne, żądając odszkodowań i uznania ich chorób nowotworowych za wynik ekspozycji na pluton. Trwające latami batalie medyczne i prawne rozbijały się o brak rzetelnych, indywidualnych pomiarów przyjętych dawek promieniowania z 1968 roku. Do dziś kwestia ta stanowi mroczną spuściznę operacji Crested Ice.
Zarówno Waszyngton, jak i Kopenhaga przez kilkadziesiąt lat budowały spójną, uspokajającą narrację: wypadek nad Thule był jednorazową anomalią, a duńska polityka całkowitego zakazu broni nuklearnej pozostała nienaruszona. Kłamstwo to rozpadło się w latach dziewięćdziesiątych, kiedy światło dzienne ujrzały odtajnione amerykańskie archiwa. Dokumenty obnażyły prawdę – bombowce naszpikowane bronią wodorową latały nad Grenlandią nieprzerwanie i rutynowo, a broń jądrowa była potajemnie magazynowana na terenie samej bazy Thule przez wiele lat. Powołana specjalna komisja duńska odkryła, że już w 1957 roku ówczesny premier Danii H.C. Hansen wydał Amerykanom tajne, nieformalne przyzwolenie na dysponowanie arsenałem w bazie, celowo zatajając ten fakt przed własnym parlamentem i opinią publiczną. Odkrycie to wywołało potężny wstrząs polityczny, nazwany aferą „Thulegate". Skandal ten doszczętnie zrujnował wizerunek wielu polityków, uświadamiając społeczeństwu rażącą hipokryzję władz, które dla utrzymania sojuszy militarnych gotowe były po cichu łamać fundamentalne założenia polityki własnego państwa.

Katastrofa bombowca nad arktycznym lodowcem przyniosła dalekosiężne skutki. Odegrała decydującą rolę w zakończeniu przez Stany Zjednoczone programu nieustannych lotów patrolowych z bronią termojądrową na pokładzie w ramach operacji Chrome Dome – uznano wreszcie, że ryzyko przypadkowej zagłady jest zbyt wielkie. Doświadczenia zdobyte przy usuwaniu plutonu w nieludzkich warunkach klimatycznych do dziś stanowią fundament światowych protokołów zarządzania kryzysowego w razie incydentów z bronią masowego rażenia. Zagadka zaginionego wtórnego stopnia jednej z bomb pozostaje zaś otwarta – jako memento o tym, że w wyścigu zbrojeń zimnej wojny nawet najstaranniej opracowane systemy bezpieczeństwa mogły zawieść w zetknięciu z wyjątkowo pechowym zrządzeniem losu.
Źródła:
https://direct.mit.edu/jcws/article/13/2/90-115/14030
https://www.nukestrat.com/dk/investigation.htm
https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0265931X04000062
https://st.llnl.gov/news/look-back/operation-crested-ice
https://link.springer.com/10.1023/A:1010620123678
http://journals.lww.com/00004032-197201000-00007
https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S1569486001800048
https://jech.bmj.com/lookup/doi/10.1136/jech.46.4.336
https://direct.mit.edu/jcws/article/13/2/116-147/14026
https://www.mdpi.com/2226-4310/8/12/389/pdf?version=1639139575
https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11564552/
https://www.esd.whs.mil/Portals/54/Documents/FOID/Reading%20Room/NCB/Docs_Concerning_Thule_Accident.pdf
0.069979906082153