4
Czwarty dzień stworzenia ;)
Strasznie wczoraj zabalowałem, pływałem kajakiem przez pół nocy. Przespałem się trochę na śluzie i teraz krzyż mnie napierdala. Niektórzy mówią że nie można szaleć jak się podróżuje. Można, tylko trzeba wcześnie wstawać - na tym polega odpowiedzialność.
Wcześnie w tym przypadku oznacza ósmą, czyli środek dnia jak dla mnie ;). Kajaka nie muszę pompować, wodę mam w baniaku jeszcze. Zjadam nieśmiertelną owsiankę, zwijam chabar i wypływam o dziewiątej. Spanie w miejscach gdzie nie trzeba się bawić w chowanie kajaka jest super. Rano godzina to aż nadto żeby się wyprawić.
Do Grudziądza panie to ja mam dobre połączenie. 56 kilometry. To tak, wstaje rano i wychodzę....
Tradycyjnie - rzeka niesie, ja wiosłuję. Wody mało, trzeba omijać piaszczyste łachy w nurcie. Co ciekawe na tym odcinku są na środku. To chyba zasługa tego że kiedyś pobudowali mnóstwo ostróg na brzegach które miały spowalniać nurt. Ich resztki ciągle są zresztą widoczne.
Bez problemu płynę koło 7km/h. Myślę że połowa z tego to nurt.
Brzegi na tym odcinku mało ciekawe. Samo wyjście z wody nieprzystępne, potem znowu drzewa i splątane krzaczory zza których nic nie widać. Jak na którymś odcinku drzew nie ma, to trafia się pole albo jakiś zakład z nabrzeżem. Nic czego bym wsześniej nie widział.
Koło dwunastej dopływam do ujścia małej rzeki. Ona sobie płynie ze Świecia. Oczywiście tam wpływam. Pod prąd nieco ciężej, ale w niezłym tempie pokonuje półtora kilometra do przystani. Potem połowę tego dystansu pokonuje na piechotę. Celem moim jest krzyżacki zamek. Zamek sprawia zawód. Jest malutki. W porównaniu z tym co widziałem w Polsce, to bardziej posterunek rzeczny niż zamek.
Wracam na wodę i padluje dalej. Bez napinki w Grudziądzu jestem o szesnastej. Znowu nocleg na wypasie - marina. Jako że blisko miasta to na wszelki wypadek spuszczam trochę powietrza z kajaka, zwijam go na pół i wrzucam do namiotu. Nie widać, nie kusi.
Grudziądz, miasto marzeń... niespełnionych. Nie no żartuje nie jest źle. Rynek bardzo ładnie wygląda, odnowiony i to z wyczuciem. Bardzo dużo wąskich uliczek wokół. Można nimi połazić i pooglądać stare domy. Trochę śmiesznie wygląda to że przyklejone do siebie stoją prawie rudery i zrobione na tiptop.
Z deptaka na skarpie jest zarąbisty widok na Wisłę. Widać spory kawałek.
Ponieważ najsłynniejsze w Grudziadzu są spichlerze, idę je obejrzeć. Są wielkie. Nie, są ogromne. Jak na magazyny które powstały setki lat temu są po prostu ogromne i przytłaczające.
Nie wiem czemu ale mnie najbardziej kojarzą się z powojennymi filmami o opuszczonych miastach. Wiecie, takich filmach na których są prawie puste ulice, poniszczone budynki i gołębie siadające na okrągłych okienkach poddaszy.
Z tablicy informacyjnej dowiaduje się że cala ta konstrukcja została zniszczona w trakcie wojny. Odbudowywano ją do połowy lat 60. Może czas kiedy je stawiano od nowa, odcisnął swoje piętno na tej konstrukcji.
Część budynków widać że zamieszkała, ale sporo wygląda na opuszczone.
Miałem jeszcze w planach odwiedzenie twierdzy która jest kawalek dalej w dół rzeki, ale od obsługi na marinie dowiedziałem się że to teren wojskowy, niedostępny dla zwiedzających. Jak się chce obejrzeć twierdzę od środka, trzeba sprawdzać wcześniej.
Całe łażenie po mieście kończę koło dwudziestej. Nogi mnie bolą.
Schodząc na marinę miałem w planach legnąć się i spać.
No niestety, jak wrzuciłem kajak do namiotu to wylała się z niego resztka wody. Prosto na śpiwór. Masaraksz.
Wyciągam kajak, pompuje. Przywiązuję obok namiotu, podpinam alarm do siedziska. Śpiwór układam na namiocie żeby choć trochę przesechł. Jedynym ręcznikiem wycieram namiot i materac.
Idę się wykąpać. Ta część podróży to wogóle jest luskusowa. Co druga noc na kempingu z prysznicem.
Jak wracam to okazuje się że śpiwór zamókł jeszcze bardziej bo po zmroku zaczęła wilgoć z powietrza osiadać.
Biednemu to zawsze wiatr w oczy i pienis w odbyt.
Idę spać w mokrym śpiworze.
* * *
16
0.057714939117432