Piaty dzień drugiej części wyprawy na samo dno szaleństwa.
Tym razem budzę się przed świtem. Piąta z minutami. Mokry śpiwór dosechł. Śniadanie, pakowanie, rutyna. Prawdę mówiąc zaczynam mieć dość owsianki. Szósta z minutami jestem na wodzie.
Chce trochę podgonić z rana bo prognozy na najbliższe kilka dni są gorące i bezwietrzne.
Nurt pomaga, siła w rękach jest.
Jeszcze przez pół godziny płynę mając miasto przy burcie. Oglądam wielkie spichlerze, tym razem z wody. Z tej perspektywy są jeszcze bardziej przytłaczające. Próbuje sobie przypomnieć w jakim filmie je widziałem, ale niestety bezskutecznie.
Znowu mijam łachy, zdezelowane ostrogi i dzicz po obu stronach.
Przy okazji, ta dzikosć jest pozorna. Wczoraj z punktu widokwego stwierdziłem że wisła jest okolona stosunkowo wąskim pasem drzew po obu stronach a potem zaczynają się ogromne pola uprawne.
Podejrzewam że tak było przez cały czas tylko w mojej głowie wytworzył się obraz jak z filmów o Amazonce.
Śniadanie trzyma, mam jakieś przękąski. Nie zatrzymuje się więc na robienie jedzenia. Dzięki temu wpół do pierwszej docieram do Gniewu. Planuję go obejrzeć.
Najpierw jest prom. Tym razem na linie zanurzonej.
Jakby ktoś płynął: prom mijamy zawsze z tyłu. ZAWSZE. Najpierw patrzymy w którą stronę płynie a potem mijamy go tą stroną z której przypłynął. Dlaczego?
Do obu brzegów przymocowana jest stalowa lina po której prom się porusza (podciąga się na niej). Normalnie lina leży na dnie. Ale jak prom pracuje, to od dziobu lina się z dna unosi. Zderzenie z liną grozi smiercią. To nie jest dowcip.
Podobnie nigdy ale to nigdy nie próbujcie dopłynąć do samego promu od strony napływającej wody. Jest pewne że was wciągnie pod prom. Zresztą do pomostów też dopływamy od strony "pod prąd".
Zaraz za promem, w lewo jest kanał w który wpływam. 500 może 600 metrów i koniec. Taki uj jak słonia nos. Wprawdzie jestem pod zamkiem, ale jedyne sensowne wyjscie jest ogrodzone. Robię kilka fotek i wracam do promu. Jest teraz po "mojej" stronie. Dogaduję się z obsługą, że przypilnują mi kajaka, ale muszę obrócić w godzinę bo mają wtedy następny rejs.
Z buta lecę drogą pamietającą ubiegły system.
Do centrum mam koło kilometra - zdążę.
Szybkie zwiedzanie i zapala się żaróweczka w głowie. Już wiem czemu miasta w okolicy są takie dziwne. Odbudowano je zaraz po wojnie, a potem już nie przebudowywano. Miasta na śląsku czy zagłębiu były przebudowywane solidnie jeszcze pod koniec lat 80. (no i teraz przebudowa od nowa leci)
A takie mieściny, jak im układ zrobiono w latach 50, taki mają. Wokół tylko pola, nic zmieniać nie trzeba.
Foty, obowiązkowe obmacanie starych cegieł i lece na prom.
Zdanżam ;)
Mam jeszcze taką myśl że ze wszystkich miejsc które odwiedziłem, Gniew ma najbardzie wywalone na Wisłę. Jedyne co ma z nią wspólnego, to tą odnogę. A nad samą wielką rzeką nie ma nic. Nawet najlichszej przystani kajakowej.
No sprawiedliwości trzeba oddać - punkty widokowe mają. Ale nic więcej.
Wręczam dziękczynny czteropak i płynę dalej. O 16 jestem na śluzie Biała Góra. Stąd mógłbym płynąć na Frombork a potem na zalew. Ale że moim celem jest morze, cisnę dalej prosto. Mam trochę dylematy jak zaplanować dalszą część spływu.
Do Tczewa dzisiaj zdążę, ale tam nie ma gdzie spać. Na łachach się nie rozbiję, a wędkarskich miejcówek jak na lekarstwo.
Decyzję podejmuje na zasadzie - nie wiesz co zrobić, zrób cokolwiek. Więc płynę.
Bogowie są mi przychylni. Wieczorem jakieś dwa kilometry przed Tczewem znajduje miejscówkę prima sort. W pakiecie z wędkarzami. Kurturarnie zapytuje czy mogę zanocować obok nich. Jest zgoda. Namiot stawiam bardziej z tyłu, zapinam kajak i o dwudziestej właże do śpiwora.
Zupełnie nie wiem jak rozegrać jutrzejszy dzień. Od Tczewa mam 45km do morza , wiec dopłynę na pewno. Ale stamtąd mam dodatkowe 20km wzdłóż plaży zanim trafię na przystań. Do nocnego na rzece już się przyzwyczaiłem, ale nocą na morzu bez żadnego wcześniejszego dośwaiczena, to mnie cykor bierze.
Tym razem budzę się przed świtem. Piąta z minutami. Mokry śpiwór dosechł. Śniadanie, pakowanie, rutyna. Prawdę mówiąc zaczynam mieć dość owsianki. Szósta z minutami jestem na wodzie.
Chce trochę podgonić z rana bo prognozy na najbliższe kilka dni są gorące i bezwietrzne.
Nurt pomaga, siła w rękach jest.
Jeszcze przez pół godziny płynę mając miasto przy burcie. Oglądam wielkie spichlerze, tym razem z wody. Z tej perspektywy są jeszcze bardziej przytłaczające. Próbuje sobie przypomnieć w jakim filmie je widziałem, ale niestety bezskutecznie.
Znowu mijam łachy, zdezelowane ostrogi i dzicz po obu stronach.
Przy okazji, ta dzikosć jest pozorna. Wczoraj z punktu widokwego stwierdziłem że wisła jest okolona stosunkowo wąskim pasem drzew po obu stronach a potem zaczynają się ogromne pola uprawne.
Podejrzewam że tak było przez cały czas tylko w mojej głowie wytworzył się obraz jak z filmów o Amazonce.
Śniadanie trzyma, mam jakieś przękąski. Nie zatrzymuje się więc na robienie jedzenia. Dzięki temu wpół do pierwszej docieram do Gniewu. Planuję go obejrzeć.
Najpierw jest prom. Tym razem na linie zanurzonej.
Jakby ktoś płynął: prom mijamy zawsze z tyłu. ZAWSZE. Najpierw patrzymy w którą stronę płynie a potem mijamy go tą stroną z której przypłynął. Dlaczego?
Do obu brzegów przymocowana jest stalowa lina po której prom się porusza (podciąga się na niej). Normalnie lina leży na dnie. Ale jak prom pracuje, to od dziobu lina się z dna unosi. Zderzenie z liną grozi smiercią. To nie jest dowcip.
Podobnie nigdy ale to nigdy nie próbujcie dopłynąć do samego promu od strony napływającej wody. Jest pewne że was wciągnie pod prom. Zresztą do pomostów też dopływamy od strony "pod prąd".
Zaraz za promem, w lewo jest kanał w który wpływam. 500 może 600 metrów i koniec. Taki uj jak słonia nos. Wprawdzie jestem pod zamkiem, ale jedyne sensowne wyjscie jest ogrodzone. Robię kilka fotek i wracam do promu. Jest teraz po "mojej" stronie. Dogaduję się z obsługą, że przypilnują mi kajaka, ale muszę obrócić w godzinę bo mają wtedy następny rejs.
Z buta lecę drogą pamietającą ubiegły system.
Do centrum mam koło kilometra - zdążę.
Szybkie zwiedzanie i zapala się żaróweczka w głowie. Już wiem czemu miasta w okolicy są takie dziwne. Odbudowano je zaraz po wojnie, a potem już nie przebudowywano. Miasta na śląsku czy zagłębiu były przebudowywane solidnie jeszcze pod koniec lat 80. (no i teraz przebudowa od nowa leci)
A takie mieściny, jak im układ zrobiono w latach 50, taki mają. Wokół tylko pola, nic zmieniać nie trzeba.
Foty, obowiązkowe obmacanie starych cegieł i lece na prom.
Zdanżam ;)
Mam jeszcze taką myśl że ze wszystkich miejsc które odwiedziłem, Gniew ma najbardzie wywalone na Wisłę. Jedyne co ma z nią wspólnego, to tą odnogę. A nad samą wielką rzeką nie ma nic. Nawet najlichszej przystani kajakowej.
No sprawiedliwości trzeba oddać - punkty widokowe mają. Ale nic więcej.
Wręczam dziękczynny czteropak i płynę dalej. O 16 jestem na śluzie Biała Góra. Stąd mógłbym płynąć na Frombork a potem na zalew. Ale że moim celem jest morze, cisnę dalej prosto. Mam trochę dylematy jak zaplanować dalszą część spływu.
Do Tczewa dzisiaj zdążę, ale tam nie ma gdzie spać. Na łachach się nie rozbiję, a wędkarskich miejcówek jak na lekarstwo.
Decyzję podejmuje na zasadzie - nie wiesz co zrobić, zrób cokolwiek. Więc płynę.
Bogowie są mi przychylni. Wieczorem jakieś dwa kilometry przed Tczewem znajduje miejscówkę prima sort. W pakiecie z wędkarzami. Kurturarnie zapytuje czy mogę zanocować obok nich. Jest zgoda. Namiot stawiam bardziej z tyłu, zapinam kajak i o dwudziestej właże do śpiwora.
Zupełnie nie wiem jak rozegrać jutrzejszy dzień. Od Tczewa mam 45km do morza , wiec dopłynę na pewno. Ale stamtąd mam dodatkowe 20km wzdłóż plaży zanim trafię na przystań. Do nocnego na rzece już się przyzwyczaiłem, ale nocą na morzu bez żadnego wcześniejszego dośwaiczena, to mnie cykor bierze.