Dyskusje ogólne
6 m
20
Nawiązując do poprzedniej dzidy gdzie sobie ponarzekałem... Ponarzekam jeszcze trochę, bo jak się okazuje, mogę. Poprzednia praca, w której tkwiłem 2.5 roku emocjonalnie mnie dojebała. Hajs był średni, ale sama praca gdyby była w normalnych warunkach byłaby spoko. Chodzi o całą atmosferę, wieczny zapierdol (non stop tryb pracy "pożar w burdelu") i bycie frajerem dającym się wykorzystywać bez żadnego "dziękuję". Problemy ze snem, przyjeżdżanie do niej z mikro stanami paniki. To spowodowało, że stałem się skorupą człowieka na autopilocie. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Jakoś po roku i 8 miesiącach szukałem innej pracy, ale bezowocnie. Tutaj napomknę, że problemy pojawiły się również w związku, odsunąłem się trochę w tło, byłem, ale nie do końca. Żona ze mną porozmawiała i dała do zrozumienia,że halo halo coś nie gra. No i się teochę ogarnąłem. Po 2 latach jak miałem mieć przedłużaną umowę pomyślałem, że czemu nie skorzystać z okazji i po prostu nie powiedzieć heja. No ale nie, bo ciężko o robotę. No to tak siedziałem. Dodali nam dyrektora na obiekcie, który jeszcze tylko dowalił roboty i powinien być posądzony o mobbing. Pogadałem z żoną, że to już za dużo mnie kosztuję, chcę się zwolnić, nawet jakbym miał btć miesiąc bez pracy. Ale nie, no bo nas nie stać na to, żebym był bez pracy (było nas stać, może nie mnie, ale NAS tak). Z racji, że ja pieniędzy nie miałem, a nie będę dysponował pieniędzmi żony to zaakceptowałem swój los. Aczkolwiek zostawiło to pewną ranę pt "jedna wypłata jest ważniejsza od mojego zdrowia psychicznego i dostania pierdolca? No to fajnie". Do tego wszystkiego jeszcze jest dziecko. Zawożenie do żłobka. Branie L4 jak było chore. Na szczęście nie musiałem młodego odbierać często z przedszkola. Jakiekolwiek wychodzenie wcześniej czy L4 było łaską pańską. A robota taka, że wszystko z tego działu jest na moich barkach i nikt inny jej nie zrobi. Na szczęście po 2.5roku zmienilem robotę, takie samo stanowisko, inna firma i jak się okazało lepiej płatna, a mniej roboty głupiego. Aczkolwiek rutyna pozostała. Praca, obowiązki, dziecko i tak w kółko. Dodatkowo młody jest energiczny, więc zasypia późno i dla nas tego czasu już w zasadzie nic nie zostaje. Z dzieckiem to ja spędzam 99,9% czasu, bo żona ma pracę często po godzinach, delegacje na 1/2 dni w tygodniu. I tutaj wrócę do tego co pisałem w poprzednim wywodzie...
Moim celem było dać rodzinie ojca/męża, bo sam tego nie miałem. Tak samo żona. Może nie byłem mężem z filmów, ale sądzę, że dawałem z siebie co mogłem. Mogłem dawać więcej, ale też nie jestem osoby, która bezproblemowo wyraża swoje uczuci, czy mówi ciągle "ładnie dziś wyglądasz; kocham cię itp". Zajmowałem się mieszkaniem i dzieckiem. Problem był taki, że oboje byliśmy zmęczeni i czasu dla nas nie starczało. Nie było siły i czasu na randki czy wspólny czas, bez dziecka. Sex. Rzadko. Bardzo rzadko. Szczerze, 2 razy w ostatni rok. Nawet jak próbowałem zainicjować to byłem gaszony. Nie wiem, czy wiecie jak boli zostać odrzuconym przez własną żonę. Własna samoocena, która jest już i tak niska, szoruje po dnie. Cytując klasyka "to to chuj". Może być jeszcze niżej. Otóż połączyłem kropki to wyszło mi... tadaaa. Żona. Mnie. Zdradza. Znalazła sobie kochanka. Nie wiem od kiedy, minimum 2 miesiące. Nie jest to mój wymysł, tylko mam na to niezaprzeczalne dowody. Doskonale wiedząc, że dla mnie zdrada to absolutne wyniszczenie. Mogę znieść wszystko. Mam raka? Trudno, taki los. Zmarł bliski? Taki los, przeboleję. Straciłem pracę? Znajdę nową. Nie można było porozmawiać, potrząsnąć, powiedzieć "słuchaj kurwa... źle się czuję w związku, nie pokazujesz uczuć, weź się w końcu ogarnij, bo inaczej czeka nas rozwód". Tylko tutaj te uczucia z drugiej stron były...drewniane. Jak wspominałem, leciałem na autopilocie. Z tego co internety mówią, nazywa się to wypaleniem emocjonalnym. Ze wszystkich rzeczy nie spodziewałem się akurat tego. Późne wracanie z pracy, delegacje... Fajnie tak mieć czas kizie mizie gdy ktoś się zajmuje dzieckiem. A z Robercika się śmiejemy. Myślę teraz w sumie tylko o dziecku. Chciałem, żeby zawsze miał oboje rodziców, pod jednym dachem. Tak w ogóle. Jak można normalnie spać, udawać uczucia do drugiej osoby, mówić o jakiś planach na przyszłość i odpierdalać coś takiego?! To jest kurwa jakaś abominacja. Sam nie śpie drugą noc. Myślę co będzie dalej. Nie zostawiam sobie nadziei na znalezienie drugiej kobiety. Kiedyś. Nie mam siły. Szczerze to gdybym się zwyczajnie nie obudził, to byłoby najwygodniejsze. Nie miałbym nic przeciwko. A tak to leci kołowrotek spierdolenia. W tej całej sytuacji nie twierdzę też, że jestem całkowicie bez winy. Ale nigdy nawet zalotnie/flirciarsko nie zagadałem do innej kobiety. No ja pierdolę. Ten egoistyczny ruch kosztuje mnie i dziecko. Już wyobrażam sobie jego minę gdy mówimy mu, że mama i tata nie będą razem mieszkać. Serce pęka. Gdy już myślisz, że jakoś to idzie to życie pokazuje, że jesteś w błędzie. Koniec zrzutki.