Dyskusje ogólne
6 m
147
Długo się zbierałem z napisaniem tej dzidy, jak przystało na rasowego dzidowca, nie mam się, za bardzo komu wygadać. Ale do rzeczy.
Kilka lat temu poznałem swoją obecną żonę, dobrze się dogadywaliśmy. Spędzaliśmy całe dnie razem i było nam razem ze sobą dobrze. Oboje byliśmy raczej takimi średniakami, także wagowo. Nie byliśmy fit ale też nie byliśmy ulańcami. Na rok przed ślubem zaczęła coraz więcej ważyć. Rozmawiałem z nią o tym, ale zapewniała mnie że zacznie się brać za siebie bo do wesela chce schudnąć. Nie schudła. Po weselu zaczęliśmy razem ćwiczyć, poszliśmy do dietetyka, przeszliśmy na dietę itp. Ale wtedy żona zaszła w ciąże. Podczas ciąży znów sporo przytyła. Ja przy wzroście nieco ponad 190 cm ważę koło 95 kg. Ona po ciąży ważyła tyle co ja tyle tylko, że jest odemnie sporo niższa. Rozmawialiśmy o tym kilka razy, ona sama nawet mówiła, że musi się za siebie wziąć. Nigdy nie trwało to dłużej jak miesiąc czy dwa. Po jakimś czasie powiedziała ze smutkiem, ze dobiła do 100 kg. To był trochę szok, późniejsze kilogramy to było jak odliczanie 104, 105 itd. Obecnie to jest już ponad 110 kg dla dziewczyny, która nie ma nawet 165 cm wzrosu. Wielki bebech, opuchnięta twarz i zapach potu. Ale nie to jest najgorsze. Straciłem do niej całkowicie pociąg, nawet gdy widzę ją nago to mnie nie podnieca. Długo to ukrywałem ale w końcu jej o tym powiedziałem. Finalnie skończyło się tym, że jestem cham i prostak. Mijają miesiące, żona ciśnie mi że stałem się oziębły i brakuje jej seksu. Bo tego wręcz unikam. Kilka razy żartowała do psiapsi, że mało się ruchamy i to moja wina. Nasze relacje mocno podupadły a do tego dochodzą częste fochy. Mam wrażenie, że ona kompletnie nie widzi problemu w swojej wadze i oczekuje tego samego odemnie. Wiem, że nawet jeśli by schudła to i tak zostanie jej wisząca skóra itp.
Mam wrażenie, że moje życie się skończyło. Nie widzę szans na zmianę i poprawę. Zdrada nie wchodzi w grę, rozwód raczej też bo wiem, że stracę wtedy kontakt z dzieckiem a jeszcze pozostaje nam wspólny kredyt.
Moją jedyną radością w życiu jest moja córka.
Kilka lat temu poznałem swoją obecną żonę, dobrze się dogadywaliśmy. Spędzaliśmy całe dnie razem i było nam razem ze sobą dobrze. Oboje byliśmy raczej takimi średniakami, także wagowo. Nie byliśmy fit ale też nie byliśmy ulańcami. Na rok przed ślubem zaczęła coraz więcej ważyć. Rozmawiałem z nią o tym, ale zapewniała mnie że zacznie się brać za siebie bo do wesela chce schudnąć. Nie schudła. Po weselu zaczęliśmy razem ćwiczyć, poszliśmy do dietetyka, przeszliśmy na dietę itp. Ale wtedy żona zaszła w ciąże. Podczas ciąży znów sporo przytyła. Ja przy wzroście nieco ponad 190 cm ważę koło 95 kg. Ona po ciąży ważyła tyle co ja tyle tylko, że jest odemnie sporo niższa. Rozmawialiśmy o tym kilka razy, ona sama nawet mówiła, że musi się za siebie wziąć. Nigdy nie trwało to dłużej jak miesiąc czy dwa. Po jakimś czasie powiedziała ze smutkiem, ze dobiła do 100 kg. To był trochę szok, późniejsze kilogramy to było jak odliczanie 104, 105 itd. Obecnie to jest już ponad 110 kg dla dziewczyny, która nie ma nawet 165 cm wzrosu. Wielki bebech, opuchnięta twarz i zapach potu. Ale nie to jest najgorsze. Straciłem do niej całkowicie pociąg, nawet gdy widzę ją nago to mnie nie podnieca. Długo to ukrywałem ale w końcu jej o tym powiedziałem. Finalnie skończyło się tym, że jestem cham i prostak. Mijają miesiące, żona ciśnie mi że stałem się oziębły i brakuje jej seksu. Bo tego wręcz unikam. Kilka razy żartowała do psiapsi, że mało się ruchamy i to moja wina. Nasze relacje mocno podupadły a do tego dochodzą częste fochy. Mam wrażenie, że ona kompletnie nie widzi problemu w swojej wadze i oczekuje tego samego odemnie. Wiem, że nawet jeśli by schudła to i tak zostanie jej wisząca skóra itp.
Mam wrażenie, że moje życie się skończyło. Nie widzę szans na zmianę i poprawę. Zdrada nie wchodzi w grę, rozwód raczej też bo wiem, że stracę wtedy kontakt z dzieckiem a jeszcze pozostaje nam wspólny kredyt.
Moją jedyną radością w życiu jest moja córka.