2
Mój stary to fanatyk Hezbollahu. Pół mieszkania zajebane flagami z Cedrem i portretami brodatych liderów, a drugie pół mapami południowego Libanu i planami rozmieszczenia słoików z bigosem w piwnicy. Średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżącego na ziemi  aidika i trzeba go wieźć do szpitala, bo stary twierdzi, że to „system wczesnego ostrzegania przed syjonistyczną inwazją na kuchnię”. W swojej 16-letniej karierze  byłem na SORze już 11 razy. Tydzień temu poszedłem po bułki, to stary mnie wyklął, że naruszam linię demarkacyjną między salonem a przedpokojem, którą wyznaczył przy pomocy starej pralki i worków z piaskiem.
Największym wrogiem starego nie jest jednak żaden rząd, tylko pan Zbyszek z czwartego – fanatyk Mossadu. Zbyszek od 10 lat chodzi tylko w czarnym garniturze i okularach przeciwsłonecznych, nawet jak wyrzuca śmieci o 23:00. Jak tylko się spotkają przy domofonie, to zaczyna się inba. Stary krzyczy, że Zbyszek ma podsłuch w protezie zębowej, a Zbyszek tylko milczy, patrzy w dal i szepcze coś do rękawa marynarki, sugerując, że właśnie namierza starego dronem.
Żeby było mało, Zbyszek ma córkę, Sarę. Los chciał, że jest 10/10 i od gimnazjum do niej startuję, co w tym domu jest uznawane za zdradę stanu i kolaborację z okupantem. Jak stary się dowiedział, że polajkowałem jej zdjęcie na Instagramie, to zwołał w kuchni radę wojenną. Przez trzy godziny pokazywał mi na rzutniku prezentację o „pułapkach miodowych” i przekonywał, że Sara to agentka przeszkolona w Krav Madze, która chce wyciągnąć od nas kody do domofonu.
Raz Sara podrzuciła mi liścik w pudełku po pizzy. Stary przejął dostawę na klatce, zamknął się w łazience z chemikaliami i przez pół nocy sprawdzał, czy kartka nie jest nasączona gazem paraliżującym. Rano mi oddał – dokument był pocięty w paski, wyprany w benzynie i z pieczątką „OCENZUROWANO – BRAK ZAGROŻENIA”. Jedynie numeru telefonu nie dało się odczytać, bo stary uznał, że to na pewno szyfr do odpalenia rakiet Jericho.
Kulminacja nastąpiła na wywiadówce w liceum. Stary ubrał swoją „wyjściową” kurtkę taktyczną z tysiącem kieszeni i ciemne okulary, bo twierdził, że oświetlenie w szkole to narzędzie deprywacji sensorycznej. Wchodzimy do klasy, a tam już siedzi Zbyszek – tyłem do okna, żeby mieć widok na drogę ucieczki. Usiadłem w ławce tuż przed Sarą. Gdy nauczycielka zaczęła nawijać o składkach, Sara złapała mnie za rękę pod blatem. Czułem na plecach dwa palące spojrzenia.
Nagle stary przerwał wywód o wycieczce do kopalni soli, pytając, czy plan lekcji uwzględnia „zajęcia z asymetrycznych działań w terenie zalesionym”. Zbyszek prychnął: „Amatorszczyzna” i zaczął robić staremu zdjęcia telefonem, mrucząc do mikrofonu: „Obiekt Alfa wykazuje oznaki niestabilności”. Wtedy stary wyciągnął wskaźnik laserowy i zaczął nim jeździć Zbyszkowi po czole, krzycząc coś o świętej wojnie o dostęp do automatu z kawą.
Zaczęli się szarpać przy tablicy, wyzywając od terrorystów i agentów wpływu, aż w końcu dyrektorka wezwała policję. Przyjechali, zawinęli obu na zewnątrz, a my z Sarą patrzyliśmy przez okno, jak  policjanci kładą ich na maskę radiowozu. Obaj dostali po 500 zł mandatu za zakłócanie porządku i „stwarzanie zagrożenia przy użyciu przedmiotów przypominających elementy uzbrojenia” (stary miał w kieszeni atrapę granatu zrobioną z ziemniaka i taśmy izolacyjnej).
Policjant kazał im podać sobie ręce albo jadą na dołek. Uścisnęli je z taką nienawiścią, jakby podpisywali traktat w Camp David. Od tamtej pory jest względny spokój – stary tylko czasem mruczy pod nosem, że policja to „siły pokojowe ONZ, które sprzyjają syjonistom”, a Zbyszek przestał do mnie celować laserem, jak idę wyrzucić śmieci
0.24028182029724