Włodzimierz Edward Potasiński (ur. 31 lipca 1956 w Czeladzi, zm. 10 kwietnia 2010 w Smoleńsku) – generał dywizji Wojska Polskiego, od sierpnia 2007 do kwietnia 2010 dowódca Wojsk Specjalnych.
Opowiadanie pola walki
Świt nad Ghazni był zimny i suchy. Kurz wciskał się wszędzie — do oczu, do broni, do gardła. Polskie transportery stały w półkolu przy prowizorycznej bazie, a nad wszystkim unosił się niski pomruk generatorów i odległe echo wystrzałów.
Włodzimierz Potasiński szedł między żołnierzami bez zbędnego dystansu. Nie wyglądał jak człowiek, który dowodzi zza biurka. Miał twarde spojrzenie i spokojny krok kogoś, kto widział już piekło wojny i wiedział, że panika zabija szybciej niż kula.
— Panowie, dzisiaj nie jedziemy po medale — rzucił krótko. — Jedziemy po swoich.
Kolumna ruszyła przez kamieniste drogi Afganistanu. Nad górami wisiała blada poświata poranka. Pierwszy huk przyszedł nagle — eksplozja przy drugim transporterze. Ziemia wyrzuciła w górę fontannę pyłu i kamieni.
— Zasadzka! Kontakt z lewej! — wydarł się operator karabinu.
Seria przecięła powietrze. Polacy odpowiedzieli ogniem niemal natychmiast. W huku silników i wystrzałów słychać było krótkie komendy. Bez chaosu. Bez krzyków.
Potasiński wyszedł zza osłony, ignorując świst pocisków.
— Nie cofamy się! Trzymać flankę!
Jeden z młodych żołnierzy spojrzał na niego z niedowierzaniem. Generał stał praktycznie na linii ognia, wskazując kierunki ruchu ręką ubrudzoną pyłem.
Talibowie próbowali zamknąć drogę odwrotu, ale Polacy uderzyli zdecydowanie. Karabiny maszynowe ryczały krótkimi seriami, a transporter z polską flagą przebił się przez kamienny mur jak taran.
Ranny sanitariusz leżał przy kole pojazdu. Potasiński dopadł do niego razem z medykiem.
— Wyciągać go! Już!
Pociski uderzały w pancerz z metalicznym trzaskiem. Ktoś rzucił granat dymny. Biała zasłona rozlała się po drodze.
Po kilkunastu minutach walki przeciwnik zaczął znikać w górach. Został tylko dym, kurz i ciężki zapach prochu.
Jeden z żołnierzy usiadł obok transportera, oddychając ciężko.
— Panie generale… myślałem, że nas tam zamkną.
Potasiński spojrzał w stronę gór.
— Dopóki polski żołnierz stoi i walczy, nic nas kurwa nie zamknie.
Nad bazą zaczęło wschodzić słońce. Czerwone światło odbijało się od biało-czerwonych naszywek pokrytych pyłem wojny.
Opowiadanie pola walki
Świt nad Ghazni był zimny i suchy. Kurz wciskał się wszędzie — do oczu, do broni, do gardła. Polskie transportery stały w półkolu przy prowizorycznej bazie, a nad wszystkim unosił się niski pomruk generatorów i odległe echo wystrzałów.
Włodzimierz Potasiński szedł między żołnierzami bez zbędnego dystansu. Nie wyglądał jak człowiek, który dowodzi zza biurka. Miał twarde spojrzenie i spokojny krok kogoś, kto widział już piekło wojny i wiedział, że panika zabija szybciej niż kula.
— Panowie, dzisiaj nie jedziemy po medale — rzucił krótko. — Jedziemy po swoich.
Kolumna ruszyła przez kamieniste drogi Afganistanu. Nad górami wisiała blada poświata poranka. Pierwszy huk przyszedł nagle — eksplozja przy drugim transporterze. Ziemia wyrzuciła w górę fontannę pyłu i kamieni.
— Zasadzka! Kontakt z lewej! — wydarł się operator karabinu.
Seria przecięła powietrze. Polacy odpowiedzieli ogniem niemal natychmiast. W huku silników i wystrzałów słychać było krótkie komendy. Bez chaosu. Bez krzyków.
Potasiński wyszedł zza osłony, ignorując świst pocisków.
— Nie cofamy się! Trzymać flankę!
Jeden z młodych żołnierzy spojrzał na niego z niedowierzaniem. Generał stał praktycznie na linii ognia, wskazując kierunki ruchu ręką ubrudzoną pyłem.
Talibowie próbowali zamknąć drogę odwrotu, ale Polacy uderzyli zdecydowanie. Karabiny maszynowe ryczały krótkimi seriami, a transporter z polską flagą przebił się przez kamienny mur jak taran.
Ranny sanitariusz leżał przy kole pojazdu. Potasiński dopadł do niego razem z medykiem.
— Wyciągać go! Już!
Pociski uderzały w pancerz z metalicznym trzaskiem. Ktoś rzucił granat dymny. Biała zasłona rozlała się po drodze.
Po kilkunastu minutach walki przeciwnik zaczął znikać w górach. Został tylko dym, kurz i ciężki zapach prochu.
Jeden z żołnierzy usiadł obok transportera, oddychając ciężko.
— Panie generale… myślałem, że nas tam zamkną.
Potasiński spojrzał w stronę gór.
— Dopóki polski żołnierz stoi i walczy, nic nas kurwa nie zamknie.
Nad bazą zaczęło wschodzić słońce. Czerwone światło odbijało się od biało-czerwonych naszywek pokrytych pyłem wojny.