Polityka
5 m
4
Siema Dzidki. Pamiętacie, jak ostatnio gadaliśmy, że referenda w Polsce nie mają sensu przez durny próg frekwencji (50%) i że to promuje tylko polityczne cwaniactwo i kanapowe lenistwo? No to patrzcie, co się właśnie odjebało w Krakowie.
W niedzielę odbyło się tam referendum odwoławcze i prezydent Aleksander Miszalski poleciał ze stołka! Tak jest, mieszkańcy się wkurwili, poszli do urn i go oficjalnie wywalili. Za odwołaniem zagłosowało ponad 171 tysięcy ludzi (prawie 98% z tych, co przyszli).
Za co poleciał?
Miarka przebrała się z kilku powodów, ale głównym zapalnikiem była słynna Strefa Czystego Transportu (SCT). Kiedy eko-polityka wjechała za mocno i ludzie zorientowali się, że nie wjadą własnymi autami do miasta, zaczęło się wrzenie. Co dorzucono do pieca?
Gigantyczne zadłużenie miasta (Kraków tonie w długach).
Kolesiostwo w spółkach miejskich (miało być merytorycznie, wyszło jak zawsze).
Drożyzna (podwyżki cen biletów MPK i stref płatnego parkowania).
Zwykłych ludzi uderzono po kieszeni i po wolności przemieszczania się, więc obywatele powiedzieli "sprawdzam".
Dlaczego to się udało?
Bo przy referendach LOKALNYCH (odwoławczych) nie ma tego chorego, ogólnokrajowego progu 50%. Żeby odwołać prezydenta, do urn musi pójść 3/5 liczby osób, które brały udział w poprzednich wyborach. W Krakowie ten próg wynosił około 27%. Frekwencja dobiła do prawie 30%. Da się? Da się!
Co najzabawniejsze, Rada Miasta uratowała się dosłownie o włos. Do odwołania radnych próg był minimalnie wyższy (30,59%), a do urn na tej karcie poszło 29,97%. Zabrakło ułamka procenta, by zrównać z ziemią cały układ.
Wniosek
Kraków właśnie udowodnił, że politycy są bezkarni tylko do momentu, w którym próg wyborczy nie jest zaporowy. Kiedy zasady gry stają się uczciwe (nie ma wymogu 50%), nagle bojkotowanie głosowania przestaje działać, a obywatele zyskują potężną broń. Politykierom kończą się czteroletnie wakacje na koszt podatnika.
Kraków przetarł szlak i pokazał, że da się oderwać władzę od koryta przed końcem kadencji. Słychać, że już w kolejce ustawiają się inicjatywy we Wrocławiu czy innych większych miastach.
Co myślicie, u was w mieście też przydałoby się takie przymusowe wietrzenie urzędów? A może powinniśmy cisnąć, żeby ogólnokrajowe referenda (np. o podatkach czy ustroju) miały dokładnie ten sam mechanizm, zamiast sztucznego 50%?
W niedzielę odbyło się tam referendum odwoławcze i prezydent Aleksander Miszalski poleciał ze stołka! Tak jest, mieszkańcy się wkurwili, poszli do urn i go oficjalnie wywalili. Za odwołaniem zagłosowało ponad 171 tysięcy ludzi (prawie 98% z tych, co przyszli).
Za co poleciał?
Miarka przebrała się z kilku powodów, ale głównym zapalnikiem była słynna Strefa Czystego Transportu (SCT). Kiedy eko-polityka wjechała za mocno i ludzie zorientowali się, że nie wjadą własnymi autami do miasta, zaczęło się wrzenie. Co dorzucono do pieca?
Gigantyczne zadłużenie miasta (Kraków tonie w długach).
Kolesiostwo w spółkach miejskich (miało być merytorycznie, wyszło jak zawsze).
Drożyzna (podwyżki cen biletów MPK i stref płatnego parkowania).
Zwykłych ludzi uderzono po kieszeni i po wolności przemieszczania się, więc obywatele powiedzieli "sprawdzam".
Dlaczego to się udało?
Bo przy referendach LOKALNYCH (odwoławczych) nie ma tego chorego, ogólnokrajowego progu 50%. Żeby odwołać prezydenta, do urn musi pójść 3/5 liczby osób, które brały udział w poprzednich wyborach. W Krakowie ten próg wynosił około 27%. Frekwencja dobiła do prawie 30%. Da się? Da się!
Co najzabawniejsze, Rada Miasta uratowała się dosłownie o włos. Do odwołania radnych próg był minimalnie wyższy (30,59%), a do urn na tej karcie poszło 29,97%. Zabrakło ułamka procenta, by zrównać z ziemią cały układ.
Wniosek
Kraków właśnie udowodnił, że politycy są bezkarni tylko do momentu, w którym próg wyborczy nie jest zaporowy. Kiedy zasady gry stają się uczciwe (nie ma wymogu 50%), nagle bojkotowanie głosowania przestaje działać, a obywatele zyskują potężną broń. Politykierom kończą się czteroletnie wakacje na koszt podatnika.
Kraków przetarł szlak i pokazał, że da się oderwać władzę od koryta przed końcem kadencji. Słychać, że już w kolejce ustawiają się inicjatywy we Wrocławiu czy innych większych miastach.
Co myślicie, u was w mieście też przydałoby się takie przymusowe wietrzenie urzędów? A może powinniśmy cisnąć, żeby ogólnokrajowe referenda (np. o podatkach czy ustroju) miały dokładnie ten sam mechanizm, zamiast sztucznego 50%?