Rozrywka
4 m
9
Tempus fugit
Ale dni mijały.
Telefony nie przychodziły.
Bank nie zmieniał zdania.
Deweloper nie zbankrutował.
Mieszkanie nie wyparowało.
Więc powoli zaczynało do mnie docierać, że finał jest naprawdę blisko.
Termin podpisania aktu.
Piątek.
Godzina 11:00.
W związku z tym zrobiłem coś, czego nie robiłem od bardzo dawna.
Wziąłem wolne w pracy.
Nie dlatego, że potrzebowałem odpocząć.
Po prostu tego dnia miałem zostać właścicielem mieszkania.
Brzmi poważnie.
Dwa dni przed podpisaniem aktu rozpoczęły się przygotowania.
Najpierw garnitur.
Ostatni raz miałem go na sobie chyba w 2014 roku.
Albo wcześniej.
Nie pamiętam.
Pamiętam tylko, że wyciągając go z szafy czułem się trochę jak archeolog odkrywający zaginioną cywilizację.
Kurz.
Wspomnienia.
Historia.
Sprawdzam.
Ale garnitur nadal dawał radę.
Następnie koszula.
Pranie.
Prasowanie.
Podkoszulek i nadkoszulek.
Wszystko przygotowane.
Bo skoro już idę do notariusza podpisywać pierwszy w życiu akt notarialny, to wypada wyglądać jak człowiek sukcesu.
Nawet jeśli konto bankowe jeszcze o tym nie wie.
Nadszedł wielki dzień.
Wyszykowany.
Wygolony.
Wyperfumowany.
Przy czym przez "wyperfumowany" rozumiem użycie takiej ilości zamienników perfum, która według reklam powinna zamienić mnie w prezesa międzynarodowej korporacji. Chanel Bleu.png
Ruszam.
Po drodze oczywiście milion myśli.
Czy na pewno to właściwy adres?
Czy nie pomyliłem dni?
Czy istnieje jakiś przepis pozwalający bankowi zmienić zdanie pięć minut przed podpisaniem?
Docieram na miejsce.
Jestem dziesięć minut przed czasem.
Przy recepcji siedzi miła pani.
Patrzy na mnie.
Uśmiecha się.
I mówi:
- Jak pan ładnie ubrany. Jak na maturę.
W tym momencie poczułem się, jakby ktoś napluł mi w ryj.
Przez dwa dni przygotowań budowałem w głowie obraz poważnego biznesmena finalizującego największą transakcję swojego życia.
A pani właśnie sprowadziła mnie do poziomu osiemnastolatka czekającego na egzamin z polskiego.
Ale nieważne.
Nie po to tu przyszedłem.
Za kilka minut miałem podpisać pierwszy akt notarialny w życiu.
Siadam przy wielkim stole.
Takim naprawdę wielkim.
Takim, przy którym człowiek automatycznie zaczyna siedzieć prosto.
Przede mną przedstawicielka dewelopera.
Obok pani notariusz.
Atmosfera poważna.
Profesjonalna.
Dorosła.
Czyli kompletnie nie moja.
Pani notariusz zaczyna czytać.
Czyta.
Czyta.
Czyta.
I czyta dalej.
Mam wrażenie, że słucham audiobooka pod tytułem "Prawo budowlane i inne sposoby na bezsenność".
Ale staram się być skupiony.
Bo jednak podpisze dokument, przez który będę spłacał kredyt dłużej niż trwała moja edukacja.
I nagle coś mi nie pasuje.
Słucham jeszcze raz.
Potem jeszcze raz.
I myślę:
Chwila.
Zaraz.
Stop.
Podnoszę rękę.
Przerywam.
Przepraszam bardzo.
Notariusz patrzy.
Przedstawicielka dewelopera patrzy.
I mówię:
Jak to parter?
Zapada cisza.
Słucham?
No parter.
Przecież ja nie kupuję mieszkania na parterze.
Na parterze to mnie zaleje.
Ja mam mieszkać na trzecim piętrze.
W tym momencie przez moją głowę przeleciało około dwustu scenariuszy.
Że pomylili mieszkania.
Że pomylili dokumenty.
Że przez przypadek kupiłem lokal usługowy.
Że za chwilę okaże się, iż finansuję czyjąś komórkę lokatorską.
I nagle, tuż przed metą, kiedy człowiek myślał, że wszystko jest załatwione, pojawia się kolejne:
"ALE..." ALE to pewnie znowu miałem racje i kurwa wykrakałem.
CDN
Wypierdalam
Ale dni mijały.
Telefony nie przychodziły.
Bank nie zmieniał zdania.
Deweloper nie zbankrutował.
Mieszkanie nie wyparowało.
Więc powoli zaczynało do mnie docierać, że finał jest naprawdę blisko.
Termin podpisania aktu.
Piątek.
Godzina 11:00.
W związku z tym zrobiłem coś, czego nie robiłem od bardzo dawna.
Wziąłem wolne w pracy.
Nie dlatego, że potrzebowałem odpocząć.
Po prostu tego dnia miałem zostać właścicielem mieszkania.
Brzmi poważnie.
Dwa dni przed podpisaniem aktu rozpoczęły się przygotowania.
Najpierw garnitur.
Ostatni raz miałem go na sobie chyba w 2014 roku.
Albo wcześniej.
Nie pamiętam.
Pamiętam tylko, że wyciągając go z szafy czułem się trochę jak archeolog odkrywający zaginioną cywilizację.
Kurz.
Wspomnienia.
Historia.
Sprawdzam.
Ale garnitur nadal dawał radę.
Następnie koszula.
Pranie.
Prasowanie.
Podkoszulek i nadkoszulek.
Wszystko przygotowane.
Bo skoro już idę do notariusza podpisywać pierwszy w życiu akt notarialny, to wypada wyglądać jak człowiek sukcesu.
Nawet jeśli konto bankowe jeszcze o tym nie wie.
Nadszedł wielki dzień.
Wyszykowany.
Wygolony.
Wyperfumowany.
Przy czym przez "wyperfumowany" rozumiem użycie takiej ilości zamienników perfum, która według reklam powinna zamienić mnie w prezesa międzynarodowej korporacji. Chanel Bleu.png
Ruszam.
Po drodze oczywiście milion myśli.
Czy na pewno to właściwy adres?
Czy nie pomyliłem dni?
Czy istnieje jakiś przepis pozwalający bankowi zmienić zdanie pięć minut przed podpisaniem?
Docieram na miejsce.
Jestem dziesięć minut przed czasem.
Przy recepcji siedzi miła pani.
Patrzy na mnie.
Uśmiecha się.
I mówi:
- Jak pan ładnie ubrany. Jak na maturę.
W tym momencie poczułem się, jakby ktoś napluł mi w ryj.
Przez dwa dni przygotowań budowałem w głowie obraz poważnego biznesmena finalizującego największą transakcję swojego życia.
A pani właśnie sprowadziła mnie do poziomu osiemnastolatka czekającego na egzamin z polskiego.
Ale nieważne.
Nie po to tu przyszedłem.
Za kilka minut miałem podpisać pierwszy akt notarialny w życiu.
Siadam przy wielkim stole.
Takim naprawdę wielkim.
Takim, przy którym człowiek automatycznie zaczyna siedzieć prosto.
Przede mną przedstawicielka dewelopera.
Obok pani notariusz.
Atmosfera poważna.
Profesjonalna.
Dorosła.
Czyli kompletnie nie moja.
Pani notariusz zaczyna czytać.
Czyta.
Czyta.
Czyta.
I czyta dalej.
Mam wrażenie, że słucham audiobooka pod tytułem "Prawo budowlane i inne sposoby na bezsenność".
Ale staram się być skupiony.
Bo jednak podpisze dokument, przez który będę spłacał kredyt dłużej niż trwała moja edukacja.
I nagle coś mi nie pasuje.
Słucham jeszcze raz.
Potem jeszcze raz.
I myślę:
Chwila.
Zaraz.
Stop.
Podnoszę rękę.
Przerywam.
Przepraszam bardzo.
Notariusz patrzy.
Przedstawicielka dewelopera patrzy.
I mówię:
Jak to parter?
Zapada cisza.
Słucham?
No parter.
Przecież ja nie kupuję mieszkania na parterze.
Na parterze to mnie zaleje.
Ja mam mieszkać na trzecim piętrze.
W tym momencie przez moją głowę przeleciało około dwustu scenariuszy.
Że pomylili mieszkania.
Że pomylili dokumenty.
Że przez przypadek kupiłem lokal usługowy.
Że za chwilę okaże się, iż finansuję czyjąś komórkę lokatorską.
I nagle, tuż przed metą, kiedy człowiek myślał, że wszystko jest załatwione, pojawia się kolejne:
"ALE..." ALE to pewnie znowu miałem racje i kurwa wykrakałem.
CDN
Wypierdalam