Rozrywka
4 m
20
Pan Hubert się uśmiecha.
Ja się uśmiecham.
I dopiero wtedy dociera do mnie coś jeszcze.
Przez ostatnie tygodnie ten człowiek był dla mnie trochę jak przewodnik w grze komputerowej.
Kiedy nie wiedziałem co robić, mówił co robić.
Kiedy nie wiedziałem co podpisać, mówił co podpisać.
Kiedy myślałem, że wszystko się wyjebało, tłumaczył, że jeszcze nie.
A teraz misja została ukończona.
Gdyby ktoś mi to powiedział kilka miesięcy wcześniej, wyśmiałbym go i wrócił do oglądania mieszkań, na które nigdy nie było mnie stać.
A jednak.
Czasem życie naprawdę potrafi zaskoczyć.
Dawno tyle nie napisałem.
Jeżeli dotarliście do tego momentu, to szacunek większy niż dla analityka bankowego, który przeczytał wszystkie moje dokumenty bez rzucania robotą.
Mam nadzieję, że nadal tu jesteście i czekacie na finał.
Po pozytywnej decyzji kredytowej przychodzi ostatni boss tej gry.
Uruchomienie kredytu.
Brzmi groźnie i trochę takie jest.
Kilka podpisów vis-à-vis pani od kredytów w sali przypominającej bardziej pokój przesłuchań niż miejsce spełniania marzeń. Brak okien, poważne miny, dokumenty, podpisy, pieczątki.
Zakładanie konta, podpisywanie zgód, potwierdzenia, kolejne podpisy.
Bo oczywiście bez konta w banku ani rusz. Bank najpierw musi mieć miejsce, gdzie będzie mógł pobierać raty przez następne trzydziesci lat.
Logiczne.
W międzyczasie przyszło również rozstanie z pieniędzmi.
A dokładniej:
9500 zł za ubezpieczenie. Wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem ten zapach. Tak pachnie sto złotych. Tylko pomnożone przez dziewięćdziesiąt pięć.
Warunek konieczny. Nie ma ubezpieczenia, nie ma kredytu, nie ma dyskusji.
Podsumowując:
9500 zł ubezp
675 zł zabezpieczenie BGK
450 zł Notariusz
3500 zł umowa zlodziejska
= 14 125 zł
* REMONT
Tyle kosztowało mnie wejście do gry. Ulamek potrzebnej kwoty do kupna mieszkania poza programem.
Tyle wynosiła cena biletu do klubu ludzi posiadających własne M.
I wiecie co?
kilka miesięcy wcześniej siedziałem i przeglądałem ogłoszenia z poczuciem, że własne mieszkanie jest równie realne jak lot na Marsa.
A teraz?
Teraz zostało już tylko czekanie.
Tak mogło się wydawać, ale oczywiście był jeszcze jeden dokument. Bo w tej historii zawsze był jeszcze jakiś dokument. Tym razem na scenę wchodzi Cesja Wierzytelności. Dokument równie ważny jak legendarny już OIZ. Z tą różnicą, że hipoteka była już przyklepana, kredyt przyklepany, a mimo to bez tego papierka bank nie chciał wypłacić ani jednej transzy deweloperowi.
No więc ruszam do siedziby. Siedziba znajduje się mniej więcej pośrodku niczego. Takiego prawdziwego niczego. Gdyby nie nawigacja, byłbym przekonany, że jadę na spotkanie z handlarzem części do łodzi podwodnych. Docieram na miejsce i zaczyna się klasyka. Szukam wejścia, bo oczywiście nic nie jest opisane. Żadnej tabliczki, żadnego szyldu, żadnej informacji. Jakby firma funkcjonowała wyłącznie dla ludzi, którzy już wcześniej wiedzą, gdzie wejść.
Po kilku minutach błądzenia trafiam. Dzwonię domofonem. W głowie od razu odpala się „Mama, rzuć picie” hehe.mp3. Ale nie, nie tym razem. Zamiast tego słyszę głos młodej asystentki pana prezesa dyrektora. Tego samego, który według plotek ma bardzo specyficzne upodobania estetyczne w kwestii blondynek. Ale to nie moja sprawa.
Wchodzę. Kazali czekać, no to czekam. W końcu wyjaśniam po co przyszedłem. Po chwili pojawia się pani pełnomocnik. Przedstawiam sprawę. Mówię, że potrzebuję dokumentu. Najlepiej szybko. Najlepiej bardzo szybko. Najlepiej zanim bank zacznie wydzwaniać częściej niż rodzina przed świętami.
Pani słucha, kiwa głową i odpowiada:
— Panie, od ręki to się nie da.
Już wiedziałem, że będzie źle.
— Tu trzeba szereg podpisów.
Oczywiście. Bo przecież jeden podpis byłby zbyt prosty.
Mówię więc, że bank już ponagla i bardzo proszę o szybką realizację. Na co słyszę odpowiedź:
— Będzie jak będzie.
No zajebiście. Po takim zapewnieniu człowiek od razu odzyskuje spokój ducha.
1 odc do konca serii.
Wypier
Ja się uśmiecham.
I dopiero wtedy dociera do mnie coś jeszcze.
Przez ostatnie tygodnie ten człowiek był dla mnie trochę jak przewodnik w grze komputerowej.
Kiedy nie wiedziałem co robić, mówił co robić.
Kiedy nie wiedziałem co podpisać, mówił co podpisać.
Kiedy myślałem, że wszystko się wyjebało, tłumaczył, że jeszcze nie.
A teraz misja została ukończona.
Gdyby ktoś mi to powiedział kilka miesięcy wcześniej, wyśmiałbym go i wrócił do oglądania mieszkań, na które nigdy nie było mnie stać.
A jednak.
Czasem życie naprawdę potrafi zaskoczyć.
Dawno tyle nie napisałem.
Jeżeli dotarliście do tego momentu, to szacunek większy niż dla analityka bankowego, który przeczytał wszystkie moje dokumenty bez rzucania robotą.
Mam nadzieję, że nadal tu jesteście i czekacie na finał.
Po pozytywnej decyzji kredytowej przychodzi ostatni boss tej gry.
Uruchomienie kredytu.
Brzmi groźnie i trochę takie jest.
Kilka podpisów vis-à-vis pani od kredytów w sali przypominającej bardziej pokój przesłuchań niż miejsce spełniania marzeń. Brak okien, poważne miny, dokumenty, podpisy, pieczątki.
Zakładanie konta, podpisywanie zgód, potwierdzenia, kolejne podpisy.
Bo oczywiście bez konta w banku ani rusz. Bank najpierw musi mieć miejsce, gdzie będzie mógł pobierać raty przez następne trzydziesci lat.
Logiczne.
W międzyczasie przyszło również rozstanie z pieniędzmi.
A dokładniej:
9500 zł za ubezpieczenie. Wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem ten zapach. Tak pachnie sto złotych. Tylko pomnożone przez dziewięćdziesiąt pięć.
Warunek konieczny. Nie ma ubezpieczenia, nie ma kredytu, nie ma dyskusji.
Podsumowując:
9500 zł ubezp
675 zł zabezpieczenie BGK
450 zł Notariusz
3500 zł umowa zlodziejska
= 14 125 zł
* REMONT
Tyle kosztowało mnie wejście do gry. Ulamek potrzebnej kwoty do kupna mieszkania poza programem.
Tyle wynosiła cena biletu do klubu ludzi posiadających własne M.
I wiecie co?
kilka miesięcy wcześniej siedziałem i przeglądałem ogłoszenia z poczuciem, że własne mieszkanie jest równie realne jak lot na Marsa.
A teraz?
Teraz zostało już tylko czekanie.
Tak mogło się wydawać, ale oczywiście był jeszcze jeden dokument. Bo w tej historii zawsze był jeszcze jakiś dokument. Tym razem na scenę wchodzi Cesja Wierzytelności. Dokument równie ważny jak legendarny już OIZ. Z tą różnicą, że hipoteka była już przyklepana, kredyt przyklepany, a mimo to bez tego papierka bank nie chciał wypłacić ani jednej transzy deweloperowi.
No więc ruszam do siedziby. Siedziba znajduje się mniej więcej pośrodku niczego. Takiego prawdziwego niczego. Gdyby nie nawigacja, byłbym przekonany, że jadę na spotkanie z handlarzem części do łodzi podwodnych. Docieram na miejsce i zaczyna się klasyka. Szukam wejścia, bo oczywiście nic nie jest opisane. Żadnej tabliczki, żadnego szyldu, żadnej informacji. Jakby firma funkcjonowała wyłącznie dla ludzi, którzy już wcześniej wiedzą, gdzie wejść.
Po kilku minutach błądzenia trafiam. Dzwonię domofonem. W głowie od razu odpala się „Mama, rzuć picie” hehe.mp3. Ale nie, nie tym razem. Zamiast tego słyszę głos młodej asystentki pana prezesa dyrektora. Tego samego, który według plotek ma bardzo specyficzne upodobania estetyczne w kwestii blondynek. Ale to nie moja sprawa.
Wchodzę. Kazali czekać, no to czekam. W końcu wyjaśniam po co przyszedłem. Po chwili pojawia się pani pełnomocnik. Przedstawiam sprawę. Mówię, że potrzebuję dokumentu. Najlepiej szybko. Najlepiej bardzo szybko. Najlepiej zanim bank zacznie wydzwaniać częściej niż rodzina przed świętami.
Pani słucha, kiwa głową i odpowiada:
— Panie, od ręki to się nie da.
Już wiedziałem, że będzie źle.
— Tu trzeba szereg podpisów.
Oczywiście. Bo przecież jeden podpis byłby zbyt prosty.
Mówię więc, że bank już ponagla i bardzo proszę o szybką realizację. Na co słyszę odpowiedź:
— Będzie jak będzie.
No zajebiście. Po takim zapewnieniu człowiek od razu odzyskuje spokój ducha.
1 odc do konca serii.
Wypier