Dyskusje ogólne
3 m
70
Szczęść Boże, ratuj się kto może!
Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem podzielenia się swoimi przemyśleniami nt. gruntownych przyczyn wszelkich (albo miażdżącej większości) naszych obecnych oraz przyszłych problemów społecznych. Problemów z systemem emerytalnym, podatkowym, służbą zdrowia, bezrobociem, etc., etc., etc. Tylko tak, żeby to do kogokolwiek trafiło, nie do garstki osób. Uważam, że tak naprawdę powinny się tym problemem zająć poważne media, ale tak naprawdę niby kto - to raz, a dwa - jak ja, szary gołodupiec, miałby do takowych mediów się przebić? Jedyną nadzieją wydaje mi się Kanał Zero, który ma odpowiednie zasięgi, co ważne, wśród tzw. normalsów, więc może ktoś stamtąd się tu gdzieś zawieruszy i podłapie temat?
Chodzi mi oczywiście o problem dzietności w Polsce. Prędzej, czy później ZUS zbankrutuje (tak naprawdę już jest bankrutem), bo wpłacających będzie wielokrotnie mniej niż pobierających. Podatki będą coraz wyższe, bo będzie mało podatników. Służba zdrowia wejdzie w stan całkowitej zapaści, bo będzie za mało lekarzy i pielęgniarek przy rzeszy potrzebujących. Etc. etc. etc.
Są tylko i wyłącznie dwie możliwości - albo Polacy zaczną rodzić dużo dzieci (i to szybko) albo za kilkadziesiąt lat w Polsce Polacy będą stanowili mniejszość, czy połowę populacji kraju, tudzież będzie nas np. 20 zamiast 40 milionów.
Żeby nie było, że jestem kompletnym laikiem i teoretykiem, to pochwalę się, że jestem pękającym z dumy ojcem rodziny 2 + 5. Mogę więc powiedzieć co nieco z pozycji człowieka, który wie, co i jak z tą dużą rodziną. Bo tak naprawdę nie wydaje mi się, żeby jakiekolwiek 500, 800, czy 2000 plusy były game changerem przy podejmowaniu decyzji o ilości planowanego potomstwa (chyba, że dla patologii). Również żadne programy in vitro nie sprawią, że zacznie się rodzić 3 razy więcej dzieci (a tego nam trzeba). Ani nie darmowy kredyt, czy nawet darmowe mieszkanie. Wydaje mi się, że większość ludzi po prostu przeraża perspektywa 3, 4, 5, czy 6 biegających po domu berbeciów. No i właśnie.
Da się ten strach opanować? Wydaje mi się, że tak, przynajmniej w jakimś stopniu. Jak? No to zapraszam do wysłuchania. Po pierwsze, według statystyk w Polsce rodziny z 3 dzieci stanowią ZALEDWIE nieco ponad 8% wszystkich rodzin! To załamująca ilość. Rodzin z większą ilością dzieci jest dosłownie garstka, jakieś 2-3%. Dla mnie samego pierwszą myślą, gdy słyszałem kiedyś, że ktoś ma 3, 4, 5, czy więcej dzieci było - jak oni do cholery ogarniają z taką gromadą małych, wrzeszczących berbeciów!? Ale przecież, o ile komuś nie urodziły się czworaczki, czy pięcioraczki, to najstarsze dzieci są już nastolatkami albo przynajmniej dziećmi w wieku szkolnym i nie trzeba im zmieniać pieluch, ani ich karmić. Bardzo rzadko zdarza się, żeby trzeba było 24h opiekować się kilkoma niemowlakami. Dzieci rosną i oczywiście, jest to wysiłek, ale 5 dzieci to nie jest gehenna z niemowlakiem, której wielu się obawia, x5, tylko x1 + reszta. Wymagająca psychicznie i fizycznie, nie przeczę, ale chyba nie w taki sposób, jaki wielu sobie wyobraża. To coś jak zarządzanie zespołem, tylko trochę inaczej, czyli coś, czego boi się już o wiele mniej osób. Dochodzimy zatem do tego, że potrzebne jest po prostu oswojenie ludzi z rzeczywistością dużej rodziny. Media powinny ocieplać wizerunek dużej rodziny, a robią nie tylko coś odwrotnego, tylko wręcz wszędzie słychać wrzask, żeby dbać o siebie, moje 15 minut, bądź świadomy, kochaj siebie, itd. itd. itd. Czyli potrzebna byłaby tu praca u podstaw, żeby uświadomić ludzi, że żyjemy dla innych, nie dla siebie (o sobie tylko nie należy zapominać), ale to o wiele głębszy problem, więc nie będę tu filozofował i robił z siebie psychologa eksperta i fachowca.
Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem podzielenia się swoimi przemyśleniami nt. gruntownych przyczyn wszelkich (albo miażdżącej większości) naszych obecnych oraz przyszłych problemów społecznych. Problemów z systemem emerytalnym, podatkowym, służbą zdrowia, bezrobociem, etc., etc., etc. Tylko tak, żeby to do kogokolwiek trafiło, nie do garstki osób. Uważam, że tak naprawdę powinny się tym problemem zająć poważne media, ale tak naprawdę niby kto - to raz, a dwa - jak ja, szary gołodupiec, miałby do takowych mediów się przebić? Jedyną nadzieją wydaje mi się Kanał Zero, który ma odpowiednie zasięgi, co ważne, wśród tzw. normalsów, więc może ktoś stamtąd się tu gdzieś zawieruszy i podłapie temat?
Chodzi mi oczywiście o problem dzietności w Polsce. Prędzej, czy później ZUS zbankrutuje (tak naprawdę już jest bankrutem), bo wpłacających będzie wielokrotnie mniej niż pobierających. Podatki będą coraz wyższe, bo będzie mało podatników. Służba zdrowia wejdzie w stan całkowitej zapaści, bo będzie za mało lekarzy i pielęgniarek przy rzeszy potrzebujących. Etc. etc. etc.
Są tylko i wyłącznie dwie możliwości - albo Polacy zaczną rodzić dużo dzieci (i to szybko) albo za kilkadziesiąt lat w Polsce Polacy będą stanowili mniejszość, czy połowę populacji kraju, tudzież będzie nas np. 20 zamiast 40 milionów.
Żeby nie było, że jestem kompletnym laikiem i teoretykiem, to pochwalę się, że jestem pękającym z dumy ojcem rodziny 2 + 5. Mogę więc powiedzieć co nieco z pozycji człowieka, który wie, co i jak z tą dużą rodziną. Bo tak naprawdę nie wydaje mi się, żeby jakiekolwiek 500, 800, czy 2000 plusy były game changerem przy podejmowaniu decyzji o ilości planowanego potomstwa (chyba, że dla patologii). Również żadne programy in vitro nie sprawią, że zacznie się rodzić 3 razy więcej dzieci (a tego nam trzeba). Ani nie darmowy kredyt, czy nawet darmowe mieszkanie. Wydaje mi się, że większość ludzi po prostu przeraża perspektywa 3, 4, 5, czy 6 biegających po domu berbeciów. No i właśnie.
Da się ten strach opanować? Wydaje mi się, że tak, przynajmniej w jakimś stopniu. Jak? No to zapraszam do wysłuchania. Po pierwsze, według statystyk w Polsce rodziny z 3 dzieci stanowią ZALEDWIE nieco ponad 8% wszystkich rodzin! To załamująca ilość. Rodzin z większą ilością dzieci jest dosłownie garstka, jakieś 2-3%. Dla mnie samego pierwszą myślą, gdy słyszałem kiedyś, że ktoś ma 3, 4, 5, czy więcej dzieci było - jak oni do cholery ogarniają z taką gromadą małych, wrzeszczących berbeciów!? Ale przecież, o ile komuś nie urodziły się czworaczki, czy pięcioraczki, to najstarsze dzieci są już nastolatkami albo przynajmniej dziećmi w wieku szkolnym i nie trzeba im zmieniać pieluch, ani ich karmić. Bardzo rzadko zdarza się, żeby trzeba było 24h opiekować się kilkoma niemowlakami. Dzieci rosną i oczywiście, jest to wysiłek, ale 5 dzieci to nie jest gehenna z niemowlakiem, której wielu się obawia, x5, tylko x1 + reszta. Wymagająca psychicznie i fizycznie, nie przeczę, ale chyba nie w taki sposób, jaki wielu sobie wyobraża. To coś jak zarządzanie zespołem, tylko trochę inaczej, czyli coś, czego boi się już o wiele mniej osób. Dochodzimy zatem do tego, że potrzebne jest po prostu oswojenie ludzi z rzeczywistością dużej rodziny. Media powinny ocieplać wizerunek dużej rodziny, a robią nie tylko coś odwrotnego, tylko wręcz wszędzie słychać wrzask, żeby dbać o siebie, moje 15 minut, bądź świadomy, kochaj siebie, itd. itd. itd. Czyli potrzebna byłaby tu praca u podstaw, żeby uświadomić ludzi, że żyjemy dla innych, nie dla siebie (o sobie tylko nie należy zapominać), ale to o wiele głębszy problem, więc nie będę tu filozofował i robił z siebie psychologa eksperta i fachowca.
Druga sprawa, to też sporo ludzi wydaje mi się, że obawia się, że nie podoła finansowo. Tu też nie chcę filozofować, więc powiem tylko jak to wygląda z mojego doświadczenia. Znam na pewno ponad 100 rodzin wielodzietnych, z czego z kilkanaście, z którymi mamy bardzo dobry kontakt i sytuacja, w której ojciec albo rodzice razem mają jakieś poważne firmy albo stanowiska i zarabiają dużo, tj. powiedzmy więcej niż 20k miesięcznie, to jest max. 10%. Miażdżąca większość to rodziny, w których rodzice pracują w banku (na szeregowym stanowisku), znam wykończeniowca, który zajmuje się raczej drobnymi remontami i pracuje sam, księgową w małej firmie, nauczycielkę, szeregowego pracownika biurowego, itd., czyli ich dochody nie przekraczają 10-15k z 800+ włącznie. I w żadnym z tych przypadków nie słyszałem nigdy, żeby były tam jakieś problemy finansowe uniemożliwiające zapewnienie przyzwoitego bytu rodzinie. Ja sam gdy zakładałem rodzinę i rodziło się nasze 1 dziecko, to 500+ było dopiero pomysłem, a ja pracowałem jako kurier w gównianej firmie, w której żeby zarobić 3k, to musiałem się natyrać na pewno sporo ponad etat. Dlatego jeśli jesteśmy przy finansach to chętnie przedstawię swój pomysł na zmiany w 800+ - ja bym to widział tak: na jedno, tudzież pierwsze dziecko myślę, że każdy się zdecyduje kompletnie bez związku, czy jest 500, 800, czy 2000+, czy go nie ma. Dlatego na pierwsze dziecko uważam, że nie powinno być nic albo w porywach 500. Na drugie 1000, na trzecie 1500, a na czwarte i każde kolejne 2500 zł. Bo to jest system, który robiłby różnicę. Oczywiście przy wymogu, że przynajmniej jeden rodzic pracuje, żeby wykluczyć patologię, przynajmniej w jakimś stopniu. Koszty programu, przy stawce 0 zł na pierwsze dziecko pewnie byłyby sporo mniejsze, niż są obecnie, a realnie zachęcałyby rodziny do rodzenia chociaż tego 3 dziecka.
Po trzecie wreszcie, na pewno nie nazwałbym siebie osobą zamożną, ale określiłbym siebie na poziomie przynajmniej takiej wyższej klasy średniej. Miałem w życiu do czynienia ze sporymi pieniędzmi - nie milionami, ale setkami tysięcy, pracuję m.in. w branży nieruchomości i wiem, co znaczy duża satysfakcja z pracy. Ale zapewniam - ABSOLUTNIE NIC nie daje takiej satysfakcji jak satysfakcja i duma ze swoich dzieci. Możesz zarabiać grube miliony albo i miliardy, kierować kilkusetosobowymi zespołami ludzi i tworzyć projekty, które się nikomu nie śnią. Ale ani zapewnienie bezpieczeństwa finansowego na 178 pokoleń do przodu swojej rodzinie, ani stworzenie firmy większej od Amazona, SpaxeX, Inpostu i CD Projektu razem wziętych nie da Ci takiej radości, dumy i satysfakcji jak stworzenie domu pełnego miłości, w którym żona kocha Cię nad życie i vice versa, a dzieci nie widzą poza Tobą świata i piszczą, śmieją się i odpychają, żeby to one były pierwsze, żeby się na Tobie uwiesić, gdy wracasz z pracy. Nic tego nie przebije, ani nawet nie stanie obok.
Dlatego apeluję - zakładajcie rodziny i bądźcie płodni :) jeśli dzida się spodoba, to mogę jeszcze coś napisać, najlepiej piszcie pytania w komentarzach. Wyp...ikam nasze znane pożegnanie, pozwólcie, może moje dzieci to kiedyś przeczytają ;)
Po trzecie wreszcie, na pewno nie nazwałbym siebie osobą zamożną, ale określiłbym siebie na poziomie przynajmniej takiej wyższej klasy średniej. Miałem w życiu do czynienia ze sporymi pieniędzmi - nie milionami, ale setkami tysięcy, pracuję m.in. w branży nieruchomości i wiem, co znaczy duża satysfakcja z pracy. Ale zapewniam - ABSOLUTNIE NIC nie daje takiej satysfakcji jak satysfakcja i duma ze swoich dzieci. Możesz zarabiać grube miliony albo i miliardy, kierować kilkusetosobowymi zespołami ludzi i tworzyć projekty, które się nikomu nie śnią. Ale ani zapewnienie bezpieczeństwa finansowego na 178 pokoleń do przodu swojej rodzinie, ani stworzenie firmy większej od Amazona, SpaxeX, Inpostu i CD Projektu razem wziętych nie da Ci takiej radości, dumy i satysfakcji jak stworzenie domu pełnego miłości, w którym żona kocha Cię nad życie i vice versa, a dzieci nie widzą poza Tobą świata i piszczą, śmieją się i odpychają, żeby to one były pierwsze, żeby się na Tobie uwiesić, gdy wracasz z pracy. Nic tego nie przebije, ani nawet nie stanie obok.
Dlatego apeluję - zakładajcie rodziny i bądźcie płodni :) jeśli dzida się spodoba, to mogę jeszcze coś napisać, najlepiej piszcie pytania w komentarzach. Wyp...ikam nasze znane pożegnanie, pozwólcie, może moje dzieci to kiedyś przeczytają ;)