Dyskusje ogólne
2 m
31
Miałem sen, w którym ludzie organizowali zrzutki na tajną, podziemną organizację zajmującą się eliminowaniem „wrzodów społeczeństwa” — ludzi uznawanych za wyjątkowo niebezpiecznych i szkodliwych.
Nikt nie wiedział, kto naprawdę stał za tą organizacją. Nie miała oficjalnej nazwy, siedziby ani przywódcy. Funkcjonowała jak niewidzialna sieć. Ludzie wpłacali pieniądze anonimowo, a im większe było społeczne poparcie dla usunięcia konkretnej osoby, tym większa stawała się zebrana suma.
Najbardziej niepokojące było jednak to, że organizacja zdawała się mieć dostęp do niemal wszystkich informacji. Wiedziała, gdzie przebywa dana osoba, z kim się kontaktuje, jakie ma zwyczaje i gdzie pojawi się następnego dnia. Potrafiła łączyć dane z kamer, telefonów, kont internetowych i różnych systemów, do których teoretycznie nikt nie powinien mieć jednoczesnego dostępu.
Kiedy organizacja podejmowała działanie, robiła to wyłącznie wtedy, gdy miała pewność, że nie będzie świadków. Nie zostawiała też śladów pozwalających ustalić, kto za wszystkim stoi.
Z czasem ludzie zaczęli traktować ją jak alternatywny wymiar sprawiedliwości. Jedni uważali jej członków za bohaterów robiących to, czego nie potrafiły zrobić państwo, policja i sądy. Inni widzieli w niej początek czegoś znacznie bardziej przerażającego.
Bo pojawiło się pytanie: **kto właściwie decyduje o tym, kto jest „wrzodem społeczeństwa”?**
Początkowo wybierano osoby, których czyny wydawały się nie pozostawiać żadnych wątpliwości. Z czasem granica zaczęła się jednak przesuwać. Wystarczyło oskarżenie, fala oburzenia i odpowiednio duża zrzutka.
Wtedy organizacja przestała być tylko narzędziem wymierzonym w najgorszych ludzi. Stała się niewidzialną siłą, której zaczęli bać się wszyscy.
Najdziwniejsze w tym śnie było to, że nikt nie wiedział, czy organizację rzeczywiście tworzą ludzie. Przy tak ogromnym dostępie do danych i zdolności przewidywania zachowań zaczęła pojawiać się inna teoria: być może ludzie jedynie dostarczali pieniądze i wskazywali cele, a decyzje od dawna podejmował już ktoś — albo coś — zupełnie innego.
Czy można by to nazwać demokracją bezpośrednią?
Nikt nie wiedział, kto naprawdę stał za tą organizacją. Nie miała oficjalnej nazwy, siedziby ani przywódcy. Funkcjonowała jak niewidzialna sieć. Ludzie wpłacali pieniądze anonimowo, a im większe było społeczne poparcie dla usunięcia konkretnej osoby, tym większa stawała się zebrana suma.
Najbardziej niepokojące było jednak to, że organizacja zdawała się mieć dostęp do niemal wszystkich informacji. Wiedziała, gdzie przebywa dana osoba, z kim się kontaktuje, jakie ma zwyczaje i gdzie pojawi się następnego dnia. Potrafiła łączyć dane z kamer, telefonów, kont internetowych i różnych systemów, do których teoretycznie nikt nie powinien mieć jednoczesnego dostępu.
Kiedy organizacja podejmowała działanie, robiła to wyłącznie wtedy, gdy miała pewność, że nie będzie świadków. Nie zostawiała też śladów pozwalających ustalić, kto za wszystkim stoi.
Z czasem ludzie zaczęli traktować ją jak alternatywny wymiar sprawiedliwości. Jedni uważali jej członków za bohaterów robiących to, czego nie potrafiły zrobić państwo, policja i sądy. Inni widzieli w niej początek czegoś znacznie bardziej przerażającego.
Bo pojawiło się pytanie: **kto właściwie decyduje o tym, kto jest „wrzodem społeczeństwa”?**
Początkowo wybierano osoby, których czyny wydawały się nie pozostawiać żadnych wątpliwości. Z czasem granica zaczęła się jednak przesuwać. Wystarczyło oskarżenie, fala oburzenia i odpowiednio duża zrzutka.
Wtedy organizacja przestała być tylko narzędziem wymierzonym w najgorszych ludzi. Stała się niewidzialną siłą, której zaczęli bać się wszyscy.
Najdziwniejsze w tym śnie było to, że nikt nie wiedział, czy organizację rzeczywiście tworzą ludzie. Przy tak ogromnym dostępie do danych i zdolności przewidywania zachowań zaczęła pojawiać się inna teoria: być może ludzie jedynie dostarczali pieniądze i wskazywali cele, a decyzje od dawna podejmował już ktoś — albo coś — zupełnie innego.
Czy można by to nazwać demokracją bezpośrednią?