Dyskusje ogólne
2 m
136
UWAGA: MIEJSCAMI BĘSZIE DRASTYCZNIE!
Wszystko zaczęło się w sobotę 8 sierpnia, Krakers cały dzień nic nie jadł i wieczorem rzygał. Z racji że nasz drugi kot też jadł niewiele (ze względu na upały) trochę to zbagatelizowaliśmy - zdarzało im się jeść tyle co... kot... napłakał.
W niedzielę niestety dalej nie jadł, znów wymiotował i po południu kiedy kot już marniał mi w oczach podjąłem decyzję - jadę do weta zanim będzie za późno.
Pojechałem do jedynego otwartego w niedzielę po foszinie 15 weta - Amavet przy ul. Centralnej w Krakowie (jak się pewnie już domyślacie NIE POLECAM!).
Na wejściu opisałem sprawę i poinformowałem o naszym niepokoju - kilka dni wcześniej narzeczonej zaginęły airpodsy i jest szansa że je głupek zeżarł i mu gdzieś stanęły, ale taka na prawdę nie wiemy co mu jest.
Facet go zmacał, stwierdził że coś tam czuje fakrycznie, zmierzył mu temperaturę- gorączka- podał kroplówkę, i powiedział że zostawia go na obserwację na szpitalu a jutro zrobi rtg i pewnie trzeba będzie otworzyć jamę brzuszną.
Spoiler: nie trzeba było... tutaj zaznaczę kilka istotnych faktów co do stanu tego przybytku, które zaświeciły mi w głowie całą choinkę lampek ostrzegawczych, a które ze względu na pilną sytuację wtedy zignorowałem. Bez wyolbrzymiania- wszędzie walały się zużyte igły, strzykawki, zakrwawione wenflony, rurki i zużyte kroplówki. Dosłownie wszędzie- na blatach, biurkach, na podłodze.
Wszystko zaczęło się w sobotę 8 sierpnia, Krakers cały dzień nic nie jadł i wieczorem rzygał. Z racji że nasz drugi kot też jadł niewiele (ze względu na upały) trochę to zbagatelizowaliśmy - zdarzało im się jeść tyle co... kot... napłakał.
W niedzielę niestety dalej nie jadł, znów wymiotował i po południu kiedy kot już marniał mi w oczach podjąłem decyzję - jadę do weta zanim będzie za późno.
Pojechałem do jedynego otwartego w niedzielę po foszinie 15 weta - Amavet przy ul. Centralnej w Krakowie (jak się pewnie już domyślacie NIE POLECAM!).
Na wejściu opisałem sprawę i poinformowałem o naszym niepokoju - kilka dni wcześniej narzeczonej zaginęły airpodsy i jest szansa że je głupek zeżarł i mu gdzieś stanęły, ale taka na prawdę nie wiemy co mu jest.
Facet go zmacał, stwierdził że coś tam czuje fakrycznie, zmierzył mu temperaturę- gorączka- podał kroplówkę, i powiedział że zostawia go na obserwację na szpitalu a jutro zrobi rtg i pewnie trzeba będzie otworzyć jamę brzuszną.
Spoiler: nie trzeba było... tutaj zaznaczę kilka istotnych faktów co do stanu tego przybytku, które zaświeciły mi w głowie całą choinkę lampek ostrzegawczych, a które ze względu na pilną sytuację wtedy zignorowałem. Bez wyolbrzymiania- wszędzie walały się zużyte igły, strzykawki, zakrwawione wenflony, rurki i zużyte kroplówki. Dosłownie wszędzie- na blatach, biurkach, na podłodze.
To tylko kilka zdjęć z opinii google, nie myślałem wtedy o dokumentowaniu dosłownego stosu igieł piętrzącego się na biurku za plecami "chirurga". Dodam też że 14 miesięcznego kotka który ze stresu nie chciał wyjść z transportera wytargał na siłę za kołnierz.
W poniedziałek z moją mieliśmy z rana do załatwienia parę spraw w Tarnowie, i ok godziny 12 gdy wracaliśmy już autobusem na dworzec zadzwonił telefon grozy.
"Dzień dobry, kot jest po operacji, zaraz go zamykamy ale w środku nie było żadnych słuchawek. Kot ma nieoperacyjnego chłoniaka z naciekami na jelito cienkie, okrężnicę i krezkę jelit, kot jwst do uśpienia, wysłalam panu zdjęcie i proszę oddzwonić z decyzją co robimy."
Ryczę. Siedzę w autobusie i ryczę, moja też ryczy mimo że nie bylem w stanie jej przez minutę powiedzieć co się dzieje.
Otwieram zdjęcie w wiadomości SMS, myśląc że zobaczę jakis rentgen, zamiast tego widzę Krakersa otworzonego na stole, z wnętrznościami na wierzchu. Nie muszę chyba mówić że nawet jakbym nie był zaryczany i widział dokładnie co jest na tym zdjęciu to i tak bym nic z tego nie zrozumiał.
Oddzwoniłem i wydukałem żeby poczekali żebyśmy się chociaż kurwa mogli pożegnać.
Cudem zdążyliśmy na pociąg z trasą 45 min. Następny byłby 20 min później z trasą 67 min, wtedy najpewniej odebralibyśmy najwyzej zwłoki.
Obdzwoniłem znajomych behawiorystów bo mają kontakty w weterynarii, że nie wiemy co robić. Dali nam namiary na różnych specjalistów, onkologów i chirurgów. Poobdzwaniałem wszystkich, część nie odebrała. U dwóch usłyszałem terminy na kobsultację onkologiczną - czwartek i kolejny poniedziałek.
Zdążyliśmy akurat zajechać do tego rzeźnika i już na wejściu było dziwnie. Recepcjonista od razu stał z naszym transporterem i pytał "czy to tu go spakować?", a gdy weszliśmy na szpital to zastaliśmy go zimnego, niewybudzonego, leżącego w zimnym metalowym kojcu z otwartymi oczami, nakrytego ręcznikiem...
W poniedziałek z moją mieliśmy z rana do załatwienia parę spraw w Tarnowie, i ok godziny 12 gdy wracaliśmy już autobusem na dworzec zadzwonił telefon grozy.
"Dzień dobry, kot jest po operacji, zaraz go zamykamy ale w środku nie było żadnych słuchawek. Kot ma nieoperacyjnego chłoniaka z naciekami na jelito cienkie, okrężnicę i krezkę jelit, kot jwst do uśpienia, wysłalam panu zdjęcie i proszę oddzwonić z decyzją co robimy."
Ryczę. Siedzę w autobusie i ryczę, moja też ryczy mimo że nie bylem w stanie jej przez minutę powiedzieć co się dzieje.
Otwieram zdjęcie w wiadomości SMS, myśląc że zobaczę jakis rentgen, zamiast tego widzę Krakersa otworzonego na stole, z wnętrznościami na wierzchu. Nie muszę chyba mówić że nawet jakbym nie był zaryczany i widział dokładnie co jest na tym zdjęciu to i tak bym nic z tego nie zrozumiał.
Oddzwoniłem i wydukałem żeby poczekali żebyśmy się chociaż kurwa mogli pożegnać.
Cudem zdążyliśmy na pociąg z trasą 45 min. Następny byłby 20 min później z trasą 67 min, wtedy najpewniej odebralibyśmy najwyzej zwłoki.
Obdzwoniłem znajomych behawiorystów bo mają kontakty w weterynarii, że nie wiemy co robić. Dali nam namiary na różnych specjalistów, onkologów i chirurgów. Poobdzwaniałem wszystkich, część nie odebrała. U dwóch usłyszałem terminy na kobsultację onkologiczną - czwartek i kolejny poniedziałek.
Zdążyliśmy akurat zajechać do tego rzeźnika i już na wejściu było dziwnie. Recepcjonista od razu stał z naszym transporterem i pytał "czy to tu go spakować?", a gdy weszliśmy na szpital to zastaliśmy go zimnego, niewybudzonego, leżącego w zimnym metalowym kojcu z otwartymi oczami, nakrytego ręcznikiem...
Poraz kolejny jakaś technik nam powiedziała że "kot jest raczej do uśpienia i możemy pakować w to pieniądze jak chcemy ale on nie przeżyje". Spytałem czy może zostać na obserwacji do czwartku bo na wtedy mamy jesyny termin na konsultację obkologiczną, na co zapewniła że "kot nie dożyje do czwartku".
W trakcie gdy moja zanosiła się płaczem powtarzając "on jest cały zimny" ja podjąłem decyzję, która jak się potem okazało uratowała mu życie - bierzemy go narychmiast do najbardziej polecanej przychodni na Złocieniu która to nie odebrała od nas telefonu z 10 razy. Loteria. Ale trafiona.
Oznajmiłem ze chcemy jednak drugą opinię, i zabieramy go do innej placówki - "ok. Jak chcecie przesiać pieniądze to go bierzcie, ja go moge spakować, ale on jest do uśpienia".
Pytam czy możemy go przewieźć - tak tak.
Pytam ponownie czy jego już można transportować - tak już go pakuję do transportera. W tym momencie dalej nie był wybudzony z narkozy po prawie dwóch godzinach od zakończenia operacji.
W trakcie gdy moja zanosiła się płaczem powtarzając "on jest cały zimny" ja podjąłem decyzję, która jak się potem okazało uratowała mu życie - bierzemy go narychmiast do najbardziej polecanej przychodni na Złocieniu która to nie odebrała od nas telefonu z 10 razy. Loteria. Ale trafiona.
Oznajmiłem ze chcemy jednak drugą opinię, i zabieramy go do innej placówki - "ok. Jak chcecie przesiać pieniądze to go bierzcie, ja go moge spakować, ale on jest do uśpienia".
Pytam czy możemy go przewieźć - tak tak.
Pytam ponownie czy jego już można transportować - tak już go pakuję do transportera. W tym momencie dalej nie był wybudzony z narkozy po prawie dwóch godzinach od zakończenia operacji.
Zamówiliśmy ubera, poczekaliśmy na niego na zewnątrz z Krakersem nieprzytomnym w transporterze, bo gsybyśmy zostali w środku to bym tam kogoś zajebał.
Uber był po 6 minutach, po kolejnych 15 byliśmy już w przychodni Lovet, na Złocieniu. Od wejścia przez łzy wyrzuciłem że mamy kota w stanie krytycznym po operacji i natychmiast nas wzięli na szpital. Moja została na recepcji nas wpisać a ja opisałem pani doktor wszystko ze szczefółami od początku aż do naszego przekroczenia ich progu.
No i tu zaczęły wychodzić niepokojące rzeczy. Pani zmierzyła mu temperaturę - hipotermia. Krakers miał 34°C i gasł. Wzięli go do ustabilizowania, w dodatku pani zaalarmowała nas że nie powinien być w tym stanie transportowany, kot powinien do transportu być wybudzony, a na dodatek spędził ostatnie dwie/trzy godziny z otwartymi oczami bez kropli lub masażu co soprowadziło do uszkodzenia rogówek - co prawda lekkiego i do ogarnięcia kroplami i żelem, ale jednak.
No i tu zaczęły padać pytania bez odpowiedzi.
-Co wyszło na badaniach krwi?
-Jakich badaniach?
-... a leukocyty?
-???
-A wycinek tego guza pobrali?
-Eeeeee.
-Dobra pokaż pan to zdjęcie z rentgena.
-Jakie zdjęcie?
-Mówił pan przecież że wysłali zdjęcie...
Pokazuję zdjęcie otwartego kota. Pani ręce opadły.
-I co ja mam z tym zrobić, to mi nic nie mówi. Potrzebuję pełny opis, co rma napisali.
Ja cytuję słowo w słowo .
-chłoniak z naciekami na jelito cienkie, okrężnicę i krezkę jelit.
-... ma pan wypis? Ja potrzebuję więcej informacji.
Tymczasem wypis zawierał tylko trzy słowa więcej: "diagnoza: rentgen lapratomia chłoniak..." itd. Zdjęcia z rentgena brak.
Uber był po 6 minutach, po kolejnych 15 byliśmy już w przychodni Lovet, na Złocieniu. Od wejścia przez łzy wyrzuciłem że mamy kota w stanie krytycznym po operacji i natychmiast nas wzięli na szpital. Moja została na recepcji nas wpisać a ja opisałem pani doktor wszystko ze szczefółami od początku aż do naszego przekroczenia ich progu.
No i tu zaczęły wychodzić niepokojące rzeczy. Pani zmierzyła mu temperaturę - hipotermia. Krakers miał 34°C i gasł. Wzięli go do ustabilizowania, w dodatku pani zaalarmowała nas że nie powinien być w tym stanie transportowany, kot powinien do transportu być wybudzony, a na dodatek spędził ostatnie dwie/trzy godziny z otwartymi oczami bez kropli lub masażu co soprowadziło do uszkodzenia rogówek - co prawda lekkiego i do ogarnięcia kroplami i żelem, ale jednak.
No i tu zaczęły padać pytania bez odpowiedzi.
-Co wyszło na badaniach krwi?
-Jakich badaniach?
-... a leukocyty?
-???
-A wycinek tego guza pobrali?
-Eeeeee.
-Dobra pokaż pan to zdjęcie z rentgena.
-Jakie zdjęcie?
-Mówił pan przecież że wysłali zdjęcie...
Pokazuję zdjęcie otwartego kota. Pani ręce opadły.
-I co ja mam z tym zrobić, to mi nic nie mówi. Potrzebuję pełny opis, co rma napisali.
Ja cytuję słowo w słowo .
-chłoniak z naciekami na jelito cienkie, okrężnicę i krezkę jelit.
-... ma pan wypis? Ja potrzebuję więcej informacji.
Tymczasem wypis zawierał tylko trzy słowa więcej: "diagnoza: rentgen lapratomia chłoniak..." itd. Zdjęcia z rentgena brak.
Pani doktor ręce już całkiem opadły, stwierdziła tylko że to jakiś dramat, że na jakiej podstawie onie niby stwierdzili chłoniaka bez badań? Do pokoju wpadła pani onkolog ze szpitala poinformować nas że w razie czego chłoniaka też da się leczyć ale na razie go stabilizują, parametry poza temperaturą ma w normie ale walczy o życie.
Spęsziliśmy kilka godzin w gabinecie, zostały zrobione badania krwi, wysłane na elwktroforezę oraz, z uwagi na to że kot był po operacji i wycinka "guza" nie dało się pobrać bez otwierania kota ponownie, biopsja pod usg. Po godzinie pani przyszła z informacją która brzmiała dla nas jak cud (w ostatnim miesiącu życie nas mega dojeżdżało, jedna zła wiadomość goniła drugą- ot w sobotę czyli dzień przed wizytą u rzeźnika z Amavet teściowie musieli uśpić psa, Rokiego, boksera z którym narzeczozna wychowywała się przez większość dzieciństwa- i w tym momencie już pragnęliśmy chociaż jednej dobrej wiadomości która przerwie to pasmo nieszczęść.
Z krwi nie wyszło nic nowotworowego, z biopsji też nic nie wskazuje na chłoniaka.
Po objawach początkowych - brak apetytu, wymioty, apatia, problemy z wypróżnianiem, gorączka, "guz" w jamie brzusznej i powiększone węzły chłonne jelita cienkiego i okrężnicy, podwyższona bilirubina - wygląda to raczej na stan zapalny, a dokładniej na FIP w postaci suchej.
Spęsziliśmy kilka godzin w gabinecie, zostały zrobione badania krwi, wysłane na elwktroforezę oraz, z uwagi na to że kot był po operacji i wycinka "guza" nie dało się pobrać bez otwierania kota ponownie, biopsja pod usg. Po godzinie pani przyszła z informacją która brzmiała dla nas jak cud (w ostatnim miesiącu życie nas mega dojeżdżało, jedna zła wiadomość goniła drugą- ot w sobotę czyli dzień przed wizytą u rzeźnika z Amavet teściowie musieli uśpić psa, Rokiego, boksera z którym narzeczozna wychowywała się przez większość dzieciństwa- i w tym momencie już pragnęliśmy chociaż jednej dobrej wiadomości która przerwie to pasmo nieszczęść.
Z krwi nie wyszło nic nowotworowego, z biopsji też nic nie wskazuje na chłoniaka.
Po objawach początkowych - brak apetytu, wymioty, apatia, problemy z wypróżnianiem, gorączka, "guz" w jamie brzusznej i powiększone węzły chłonne jelita cienkiego i okrężnicy, podwyższona bilirubina - wygląda to raczej na stan zapalny, a dokładniej na FIP w postaci suchej.
Tu trochę przyspieszę, o 20 tego samego dnia Krakers był do odbioru z wypisem i wałówką do domu w ktorej były leki i jeszonko. W domu cud nad wisłą - kot wstał i poszedł jeść! Potem było kilka dni ciągłych badań, kroplówek i dużo oczekiwania na wyniki z elektrolizy która miała nam wykluczyć lub potwierdzić FIP.
No i tu może kilka słów o tym co to jest ten FIP. Zakaźne zapalenie otrzewnej kotów (feline infectious peritonitis), w skrócie od nazwy naukowej FIP, to wbrew temu co wskazuje nazwa NIEzakaźna mutacja zakaźnego kociego koronawirusa. Działa to tak że, jak w przypadku Covida-19, kociefo koronawirusa od dawien dawna łapią koty, i nosi go jakieś 80% populacji, w większości przypadków przechodząc go bezobjawowo lub z jedynie katarem, ale wciąż zarażając.
Wirus ten losowo może zmutować w nosicielu i wtedy to nosiciel ma doczynienia z FIP, które samo w sobie zaraźliwe nie jest - FIP musi zmutować w nosicielu.
A czym się różni FIP suchy od mokrego? A no tym że FIP wiele form przybiera. W postaci mokrej atakuje otrzewną która w stanie zapalnym wypełnia się płynem, w formie suchej pojawiają się za to tzw. "Ziarniaki", dla niewprawionego chirurga nieodróżnialne od Chłoniaka, z tą różnicą że w trakcie terapii kurczą się i ewentualnie znikają samoistnie.
Do roku 2017 była to choroba ze 100% śmiertelności, aż w 2017/2018 ba rynku pojawiły się dwa leki które to zmieniły - pierwszy w testach laboratoryjnych przynosił rezultaty i w warunkach domowych miał jakieś sukcesy, ale za to drugi lek, chińskiej produkcji GS-441524, zmienił ten wyrok śmierci w chorobę wyleczalną kompletnie w ponad 90% przypadków, ale oczywiście żeby nie było za łatwo to jest dalej w fazie testów co czyni go nielegalnym w Polsce.
Oficjalnie w naszym kraju się FIP nie leczy (w wielu krajach zachodu za to już się go stosuje), ale wiele przychodni dla dobra pacjentów stosuje terapie lekiem GS poza księgami, na forach i pejsbuku istnieją grupy wsparcia gdzie ludzie odsprzedają lub nawet oddają swoje fiolki potrzebującym tych dawek na gwałt pupilom.
No i tu może kilka słów o tym co to jest ten FIP. Zakaźne zapalenie otrzewnej kotów (feline infectious peritonitis), w skrócie od nazwy naukowej FIP, to wbrew temu co wskazuje nazwa NIEzakaźna mutacja zakaźnego kociego koronawirusa. Działa to tak że, jak w przypadku Covida-19, kociefo koronawirusa od dawien dawna łapią koty, i nosi go jakieś 80% populacji, w większości przypadków przechodząc go bezobjawowo lub z jedynie katarem, ale wciąż zarażając.
Wirus ten losowo może zmutować w nosicielu i wtedy to nosiciel ma doczynienia z FIP, które samo w sobie zaraźliwe nie jest - FIP musi zmutować w nosicielu.
A czym się różni FIP suchy od mokrego? A no tym że FIP wiele form przybiera. W postaci mokrej atakuje otrzewną która w stanie zapalnym wypełnia się płynem, w formie suchej pojawiają się za to tzw. "Ziarniaki", dla niewprawionego chirurga nieodróżnialne od Chłoniaka, z tą różnicą że w trakcie terapii kurczą się i ewentualnie znikają samoistnie.
Do roku 2017 była to choroba ze 100% śmiertelności, aż w 2017/2018 ba rynku pojawiły się dwa leki które to zmieniły - pierwszy w testach laboratoryjnych przynosił rezultaty i w warunkach domowych miał jakieś sukcesy, ale za to drugi lek, chińskiej produkcji GS-441524, zmienił ten wyrok śmierci w chorobę wyleczalną kompletnie w ponad 90% przypadków, ale oczywiście żeby nie było za łatwo to jest dalej w fazie testów co czyni go nielegalnym w Polsce.
Oficjalnie w naszym kraju się FIP nie leczy (w wielu krajach zachodu za to już się go stosuje), ale wiele przychodni dla dobra pacjentów stosuje terapie lekiem GS poza księgami, na forach i pejsbuku istnieją grupy wsparcia gdzie ludzie odsprzedają lub nawet oddają swoje fiolki potrzebującym tych dawek na gwałt pupilom.
Tak się też złożyło w naszym przypadku, że oprócz świetnego podejścia do pupili oraz rzetelnego podejścia do leczenia, w tej samej przychodni Lovet pacjentem jest innt FIP'owy kotek, Salwador, którego właścicielka posiadała zapas leku i zgodziła się odsprzedać nam dwie fiolki na start.
Jak widzicie na zdjęciu powyżej importerzy muszą robić różne fikołki tekstowe na opakowanaiacb takie jak "żel do mycia futerka FIP skincare". W środku oczywiście żadnego żelu nie ma.
W czwartek przyszły wyniki elektroforezy które, mimo że wciąż nie wykluczały w stu procentach innych możliwości, infekcji i stanów zapalnych, to były typowe dla FIP, a my natychmiast rozpoczęliśmy terapię lekiem GS. Terapia ma potrwać 84 dni.
Turaj pozdrowienia dla właścicielki Salwadora, ponieważ terapia już teraz po piątej dawce przynosi rezuzltaty!
Jak widzicie na zdjęciu powyżej importerzy muszą robić różne fikołki tekstowe na opakowanaiacb takie jak "żel do mycia futerka FIP skincare". W środku oczywiście żadnego żelu nie ma.
W czwartek przyszły wyniki elektroforezy które, mimo że wciąż nie wykluczały w stu procentach innych możliwości, infekcji i stanów zapalnych, to były typowe dla FIP, a my natychmiast rozpoczęliśmy terapię lekiem GS. Terapia ma potrwać 84 dni.
Turaj pozdrowienia dla właścicielki Salwadora, ponieważ terapia już teraz po piątej dawce przynosi rezuzltaty!
Krakers miał nie dożyć czwartku. Mamy wtorek, i świetnie się trzyma. Mamy co prawda całą gamę leków - GS, krople i żel do oczu, antybiotyk, osłonka do antybiotyku, osłonka na wątrobę (bo prawie miał żółtaczkę, żeby leki mu nie rozwaliły wątroby) oraz przeciwbólowe jakiś opioid i gabapentyna po której słyszy kolory i widzi dźwięki.
Przede wszystkim odżył, zrobił się ruchliwy i gadatliwy, zaczął jeść i robić normalną kupe.
No i najważniejsze - żyje.
A do chuja z Amavet mam do powiedzenia jedno- jesteś cipa nie weterynarz. Od tej znajomej po behawiorystyce dowiedziałem się że jej przyjaciółce tam uśpili kota z białaczką (która też u kotków jest totalnie do ogarniecia).
Jeśli zrobił rtg to otwieranie go było kompletnie niepotrzebne.
Jeśli nie zrobił to po pierwsze skłamał, po drugie otwierał nie dość że niepotrzebnie, to w dodatku w ciemno.
Diagnozę postawił opartą na bredni.
Doprpowadził kota do hipotermii, na skraj śmierci.
I uszkodził mu oczy.
Faktycznie nie dożyłby tam czwartku. Nie dożyłby nawet wieczora.
Panie z Lovet są przeurocze, pomogły ogarnąć nam terapię, lek, rozpisały dawkowanie, widać że wszystkie pracucją tam z zpasji, a Krakers nawet dostał wałówkę zapakowaną i podpisaną z serduszkiwm, niczym śniadanie do pracy od ukochanej.
Krakersik pozdrawia, a rzeźnikowi z Amavet kazał przekazać siarczyste "chuj Ci w dupę, dojebiemy Cie sanepidem".
Trzymamy się mocno i się nie poddajemy bez walki! Pozdrawiamy dzidę, polecamy i pozdrawiamy cały zespół Lovet oraz polecamy unikać Amavet jak ognia, tfu, tu zacytuję znajomą: "prędzej bym w ogień wlazła niż tam!"
Myśl o tym że 5 minut spóźnienia albo chwila zawachania w podjęciu decyzji dzieliła nas od rozstania na zawsze, tak jak i myśl o tym że przez chwilę, dosłownie ułamek sekundy, na prawdę rozważaliśmy uśpienie, po prostu mnie przerażają, ale cieszę się że podjąłem same właściwe decyzje. Przed nami długa droga z terapią zastrzykami, ale damy radę!
Przede wszystkim odżył, zrobił się ruchliwy i gadatliwy, zaczął jeść i robić normalną kupe.
No i najważniejsze - żyje.
A do chuja z Amavet mam do powiedzenia jedno- jesteś cipa nie weterynarz. Od tej znajomej po behawiorystyce dowiedziałem się że jej przyjaciółce tam uśpili kota z białaczką (która też u kotków jest totalnie do ogarniecia).
Jeśli zrobił rtg to otwieranie go było kompletnie niepotrzebne.
Jeśli nie zrobił to po pierwsze skłamał, po drugie otwierał nie dość że niepotrzebnie, to w dodatku w ciemno.
Diagnozę postawił opartą na bredni.
Doprpowadził kota do hipotermii, na skraj śmierci.
I uszkodził mu oczy.
Faktycznie nie dożyłby tam czwartku. Nie dożyłby nawet wieczora.
Panie z Lovet są przeurocze, pomogły ogarnąć nam terapię, lek, rozpisały dawkowanie, widać że wszystkie pracucją tam z zpasji, a Krakers nawet dostał wałówkę zapakowaną i podpisaną z serduszkiwm, niczym śniadanie do pracy od ukochanej.
Krakersik pozdrawia, a rzeźnikowi z Amavet kazał przekazać siarczyste "chuj Ci w dupę, dojebiemy Cie sanepidem".
Trzymamy się mocno i się nie poddajemy bez walki! Pozdrawiamy dzidę, polecamy i pozdrawiamy cały zespół Lovet oraz polecamy unikać Amavet jak ognia, tfu, tu zacytuję znajomą: "prędzej bym w ogień wlazła niż tam!"
Myśl o tym że 5 minut spóźnienia albo chwila zawachania w podjęciu decyzji dzieliła nas od rozstania na zawsze, tak jak i myśl o tym że przez chwilę, dosłownie ułamek sekundy, na prawdę rozważaliśmy uśpienie, po prostu mnie przerażają, ale cieszę się że podjąłem same właściwe decyzje. Przed nami długa droga z terapią zastrzykami, ale damy radę!