2
Jak to, przecież działa
Wygląda na to, że oficjalny przekaz wojska i rządu po spadnięciu rosyjskiej rakiety Ch-101 na wschodzie Polski nie pokazywał pełnego obrazu sytuacji.

Premier Donald Tusk i gen. Ireneusz Nowak zapewniali, że służby zadziałały bardzo sprawnie, obrona była w gotowości, a jeden z naszych F-16 był tuż przy rakiecie i zestrzeliłby ją, gdyby leciała dalej. Z oficjalnych komunikatów wynikało, że obiekt wykryto o 3.40, wysłano samolot do przechwycenia, a o 3.46 rakieta zniknęła z radarów.

Ustalenia „Rzeczpospolitej” pokazują jednak, że wcale nie było tak idealnie:

Pary F-16 nie było w miejscu zdarzenia: Gdy rakieta wlatywała do Polski, jeden z naszych samolotów akurat tankował w powietrzu z sojuszniczej cysterny. Drugi sprawdzał inny obiekt przy granicy — okazało się, że to ukraiński MiG-29, który prawdopodobnie próbował wcześniej dogonić tę rosyjską rakietę (oficjalne).

Problem z komunikacją: W naszych F-16 nie działał system Link-16. To standardowy NATO-wski system do wymiany danych, dzięki któremu piloci dokładnie widzą swoje pozycje na ekranach. Ponieważ nie działał, piloci musieli podawać sobie pozycje przez radio. W wojsku wiedziono o tej usterce już wcześniej, ale jej nie naprawiono.

Brak integracji systemów: System Dunaj (służący do śledzenia i rozpoznawania obiektów) oraz system Patriot nie są ze sobą połączone. Operator Patriota musiał patrzeć na dwa osobne monitory i działać trochę „na oko”. Tej nocy akurat Patriotów nie użyto. Obiekty były poza ich zasięgiem? Czy to pokazuje lukę w systemie?

Gdy dziennikarze zapytali o te konkretne problemy Dowództwo Operacyjne, rzecznik ppłk Jacek Goryszewski odmówił odpowiedzi. Zasłonił się tajemnicą wojskową i ochroną informacji niejawnych, zaznaczając, że brak odpowiedzi nie oznacza ani potwierdzenia, ani zaprzeczenia tym informacjom. Dodał jedynie, że trwa szczegółowa analiza tego incydentu.
0.11311078071594