37
Siema Dzidy,

Ostatnio tak rozkminiam temat cen paliw i tego, jak bardzo jako naród potrafimy wymyślać powody do marudzenia, a kiedy przychodzi do konkretów – potulnie płacimy i jedziemy dalej.

Francuzi przy cenie paliwa wyższej o 10 groszy potrafią spalić pół Paryża, zablokować autostrady i wywrócić ciężarówki.

A w Polsce?

Etap 1: Cena rośnie na 7,99 zł / 8,99 zł.

Etap 2: Oburzenie w internecie, 500 memów z Tuskiem/Kaczyńskim, "panieee, za moich czasów to było po 4.20!".

Etap 3: Ludzie i tak podjeżdżają pod dystrybutor, tankują do pełna, biorą hot doga na pocieszenie i wracają do domu z uczuciem, że chociaż sos był czosnkowy.

Z czego to wynika? Piekiełko polsko-polskie i polityczny podział sprawiają, że jakakolwiek próba mobilizacji od razu dostaje łatkę:

"To prowokacja PO/PiS!"

"A za tamtych to też rosło!"

"Jak cię nie stać na wchodzenie do auta, to se kup rower, biedaku."

Efekt jest taki, że narzekamy w komentarzach, a władza (obojętnie która) wie, że i tak przełkniemy każdą stawkę, bo przecież do pracy dojechać trzeba.

Co o tym myślicie? Brak nam zorganizowania, jesteśmy za bardzo podzieleni, czy po prostu wygodnictwo wygrywa z chęcią jakiegokolwiek oporu?

Wypierdalam.
0.11637902259827