Siema Dzidy,
Ostatnio tak rozkminiam temat cen paliw i tego, jak bardzo jako naród potrafimy wymyślać powody do marudzenia, a kiedy przychodzi do konkretów – potulnie płacimy i jedziemy dalej.
Francuzi przy cenie paliwa wyższej o 10 groszy potrafią spalić pół Paryża, zablokować autostrady i wywrócić ciężarówki.
A w Polsce?
Etap 1: Cena rośnie na 7,99 zł / 8,99 zł.
Etap 2: Oburzenie w internecie, 500 memów z Tuskiem/Kaczyńskim, "panieee, za moich czasów to było po 4.20!".
Etap 3: Ludzie i tak podjeżdżają pod dystrybutor, tankują do pełna, biorą hot doga na pocieszenie i wracają do domu z uczuciem, że chociaż sos był czosnkowy.
Z czego to wynika? Piekiełko polsko-polskie i polityczny podział sprawiają, że jakakolwiek próba mobilizacji od razu dostaje łatkę:
"To prowokacja PO/PiS!"
"A za tamtych to też rosło!"
"Jak cię nie stać na wchodzenie do auta, to se kup rower, biedaku."
Efekt jest taki, że narzekamy w komentarzach, a władza (obojętnie która) wie, że i tak przełkniemy każdą stawkę, bo przecież do pracy dojechać trzeba.
Co o tym myślicie? Brak nam zorganizowania, jesteśmy za bardzo podzieleni, czy po prostu wygodnictwo wygrywa z chęcią jakiegokolwiek oporu?
Wypierdalam.
Ostatnio tak rozkminiam temat cen paliw i tego, jak bardzo jako naród potrafimy wymyślać powody do marudzenia, a kiedy przychodzi do konkretów – potulnie płacimy i jedziemy dalej.
Francuzi przy cenie paliwa wyższej o 10 groszy potrafią spalić pół Paryża, zablokować autostrady i wywrócić ciężarówki.
A w Polsce?
Etap 1: Cena rośnie na 7,99 zł / 8,99 zł.
Etap 2: Oburzenie w internecie, 500 memów z Tuskiem/Kaczyńskim, "panieee, za moich czasów to było po 4.20!".
Etap 3: Ludzie i tak podjeżdżają pod dystrybutor, tankują do pełna, biorą hot doga na pocieszenie i wracają do domu z uczuciem, że chociaż sos był czosnkowy.
Z czego to wynika? Piekiełko polsko-polskie i polityczny podział sprawiają, że jakakolwiek próba mobilizacji od razu dostaje łatkę:
"To prowokacja PO/PiS!"
"A za tamtych to też rosło!"
"Jak cię nie stać na wchodzenie do auta, to se kup rower, biedaku."
Efekt jest taki, że narzekamy w komentarzach, a władza (obojętnie która) wie, że i tak przełkniemy każdą stawkę, bo przecież do pracy dojechać trzeba.
Co o tym myślicie? Brak nam zorganizowania, jesteśmy za bardzo podzieleni, czy po prostu wygodnictwo wygrywa z chęcią jakiegokolwiek oporu?
Wypierdalam.