Wiedza
1 m
18
Ostatnio ojciec zajrzał do mojego komputera i przy kawie rzucił:
– Muszę zrobić porządek na tym dysku. Odkładam wszystko przez rok, a potem pół soboty z głowy.
Starszy podniósł wzrok.
– Dużo tam jest?
– Foldery, zdjęcia, jakieś pliki. Trzeba poukładać i pokasować śmieci.
– Ile czasu?
– Godzina, może dwie.
Syn pomyślał.
– Za pięćdziesiąt złotych mogę ci to zrobić.
Ojciec się zaśmiał.
– Ty?
– No.
– Dobra. Jak będzie porządek, masz pięćdziesiąt.
Ucieszyłem się. Dzieci powinny wiedzieć, że pieniądze nie pojawiają się znikąd.
Po godzinie wszedłem sprawdzić. Przy komputerze pracował młodszy. Przenosił pliki, układał foldery, zmieniał nazwy. Starszy siedział na fotelu i patrzył w telefon.
– Co tu się dzieje?
– Sprzątamy.
– Widzę, kto sprząta. Co ty robisz?
– Zleciłem mu.
– Za ile?
– Dwadzieścia złotych.
Młodszy akurat przeciągał folder ze zdjęciami.
– Zgadza się?
– Tak.
Rozejrzałem się. Foldery posegregowane, zdjęcia w katalogach, stare pliki w koszu. Na jednym folderze napisane „NARZĘDZIA”. Nie miałem uwag.
– Kto wpadł na ten układ?
– Ja – powiedział starszy.
– A ty chciałeś?
Młodszy wzruszył ramionami.
– Za dwadzieścia mogę.
Wróciłem na górę. Nie ingerowałem. Wolny rynek ustalił cenę pracy, znalazł podwykonawcę i podzielił marżę.
Wieczorem ojciec obejrzał komputer. Był zadowolony. Dał starszemu pięćdziesiąt złotych. Ten od razu dał dwadzieścia młodszemu.
Wtedy weszła żona.
– Ty naprawdę nic mu nie powiesz?
– Komu?
– Jemu. – Wskazała starszego.
– Ojciec chciał go nauczyć, że na pieniądze trzeba zapracować. A on siedział z telefonem i wykorzystywał brata.
– Mamo, ja go nie zmuszałem.
– Nie wtrącaj się. – Popatrzyła na mnie. – Porozmawiaj z nimi.
Zawołałem obu do stołu.
– Dobra. Ojciec zaoferował pięćdziesiąt?
– Tak.
– Bez zastrzeżenia, że masz wykonać pracę osobiście?
– Bez.
– Ty dostałeś propozycję dwudziestu?
– Na początek piętnastu, ale negocjowaliśmy.
– Wiedziałeś, że ojciec płaci pięćdziesiąt?
– Tak.
– Mogłeś odmówić?
– Mogłem.
– Dwadzieścia było okej?
– Tak.
Spojrzałem na starszego.
– Gdyby ojciec uznał, że komputer jest źle uporządkowany, kto miałby poprawiać?
– Ja bym odpowiadał.
– A gdyby młodszy w połowie powiedział, że mu się nie chce?
– Musiałbym skończyć sam albo znaleźć kogoś innego.
Pokiwałem głową. Rozumiał ryzyko wykonawcze.
Żona patrzyła coraz mniej przychylnie.
– I co? Wszystko w porządku?
– Nie wszystko.
Odetchnęła.
Poprosiłem młodszego, żeby poszedł się bawić. Starszego zatrzymałem.
– Sam model jest w porządku. Klient zapłacił za efekt, znalazłeś wykonawcę, wziąłeś odpowiedzialność, został ci zysk.
Skinął głową.
– Ale popełniłeś błąd.
Spoważniał.
– Nie możesz brać pieniędzy za samo pilnowanie. Jeżeli ktoś ma dostać pięćdziesiąt, to albo robisz całość, albo uczciwie dzielisz się robotą i kasą.
– To jak miałem zrobić?
– Usiedliście we dwóch, zrobiliście razem, podzieliliście się po równo. Albo ty robisz trudniejsze rzeczy, on prostsze, i wtedy on dostaje mniej, bo mniej zrobił.
Milczał.
– A jeżeli już komuś zlewasz robotę, to nie siedzisz z telefonem. Pracujesz razem z nim. Inaczej to nie zlecenie, tylko wykorzystywanie.
– A jak on się zgodził?
– Zgodził się, bo nie wiedział, ile ojciec płaci. To nie uczciwa umowa, tylko okazja.
Żona patrzyła na mnie bez wściekłości.
– I co teraz?
– Oddasz bratu połowę tego, co zarobiłeś. Nie dlatego, że musisz. Dlatego, że chcesz być kimś, komu można zaufać.
Syn spojrzał na młodszego, który wracał z pokoju.
– Dobra.
Wyjął dwadzieścia pięć złotych i podał bratu.
– Serio?
– Serio.
Nie każdy w domu był gotowy na sukcesję rodzinnego biznesu. Ale tego wieczoru przynajmniej jeden przyszły prezes zrozumiał, że marża to nie to samo co wartość.
– Muszę zrobić porządek na tym dysku. Odkładam wszystko przez rok, a potem pół soboty z głowy.
Starszy podniósł wzrok.
– Dużo tam jest?
– Foldery, zdjęcia, jakieś pliki. Trzeba poukładać i pokasować śmieci.
– Ile czasu?
– Godzina, może dwie.
Syn pomyślał.
– Za pięćdziesiąt złotych mogę ci to zrobić.
Ojciec się zaśmiał.
– Ty?
– No.
– Dobra. Jak będzie porządek, masz pięćdziesiąt.
Ucieszyłem się. Dzieci powinny wiedzieć, że pieniądze nie pojawiają się znikąd.
Po godzinie wszedłem sprawdzić. Przy komputerze pracował młodszy. Przenosił pliki, układał foldery, zmieniał nazwy. Starszy siedział na fotelu i patrzył w telefon.
– Co tu się dzieje?
– Sprzątamy.
– Widzę, kto sprząta. Co ty robisz?
– Zleciłem mu.
– Za ile?
– Dwadzieścia złotych.
Młodszy akurat przeciągał folder ze zdjęciami.
– Zgadza się?
– Tak.
Rozejrzałem się. Foldery posegregowane, zdjęcia w katalogach, stare pliki w koszu. Na jednym folderze napisane „NARZĘDZIA”. Nie miałem uwag.
– Kto wpadł na ten układ?
– Ja – powiedział starszy.
– A ty chciałeś?
Młodszy wzruszył ramionami.
– Za dwadzieścia mogę.
Wróciłem na górę. Nie ingerowałem. Wolny rynek ustalił cenę pracy, znalazł podwykonawcę i podzielił marżę.
Wieczorem ojciec obejrzał komputer. Był zadowolony. Dał starszemu pięćdziesiąt złotych. Ten od razu dał dwadzieścia młodszemu.
Wtedy weszła żona.
– Ty naprawdę nic mu nie powiesz?
– Komu?
– Jemu. – Wskazała starszego.
– Ojciec chciał go nauczyć, że na pieniądze trzeba zapracować. A on siedział z telefonem i wykorzystywał brata.
– Mamo, ja go nie zmuszałem.
– Nie wtrącaj się. – Popatrzyła na mnie. – Porozmawiaj z nimi.
Zawołałem obu do stołu.
– Dobra. Ojciec zaoferował pięćdziesiąt?
– Tak.
– Bez zastrzeżenia, że masz wykonać pracę osobiście?
– Bez.
– Ty dostałeś propozycję dwudziestu?
– Na początek piętnastu, ale negocjowaliśmy.
– Wiedziałeś, że ojciec płaci pięćdziesiąt?
– Tak.
– Mogłeś odmówić?
– Mogłem.
– Dwadzieścia było okej?
– Tak.
Spojrzałem na starszego.
– Gdyby ojciec uznał, że komputer jest źle uporządkowany, kto miałby poprawiać?
– Ja bym odpowiadał.
– A gdyby młodszy w połowie powiedział, że mu się nie chce?
– Musiałbym skończyć sam albo znaleźć kogoś innego.
Pokiwałem głową. Rozumiał ryzyko wykonawcze.
Żona patrzyła coraz mniej przychylnie.
– I co? Wszystko w porządku?
– Nie wszystko.
Odetchnęła.
Poprosiłem młodszego, żeby poszedł się bawić. Starszego zatrzymałem.
– Sam model jest w porządku. Klient zapłacił za efekt, znalazłeś wykonawcę, wziąłeś odpowiedzialność, został ci zysk.
Skinął głową.
– Ale popełniłeś błąd.
Spoważniał.
– Nie możesz brać pieniędzy za samo pilnowanie. Jeżeli ktoś ma dostać pięćdziesiąt, to albo robisz całość, albo uczciwie dzielisz się robotą i kasą.
– To jak miałem zrobić?
– Usiedliście we dwóch, zrobiliście razem, podzieliliście się po równo. Albo ty robisz trudniejsze rzeczy, on prostsze, i wtedy on dostaje mniej, bo mniej zrobił.
Milczał.
– A jeżeli już komuś zlewasz robotę, to nie siedzisz z telefonem. Pracujesz razem z nim. Inaczej to nie zlecenie, tylko wykorzystywanie.
– A jak on się zgodził?
– Zgodził się, bo nie wiedział, ile ojciec płaci. To nie uczciwa umowa, tylko okazja.
Żona patrzyła na mnie bez wściekłości.
– I co teraz?
– Oddasz bratu połowę tego, co zarobiłeś. Nie dlatego, że musisz. Dlatego, że chcesz być kimś, komu można zaufać.
Syn spojrzał na młodszego, który wracał z pokoju.
– Dobra.
Wyjął dwadzieścia pięć złotych i podał bratu.
– Serio?
– Serio.
Nie każdy w domu był gotowy na sukcesję rodzinnego biznesu. Ale tego wieczoru przynajmniej jeden przyszły prezes zrozumiał, że marża to nie to samo co wartość.