Dyskusje ogólne
1 m
54
Krótka historyja.
Sobota rano.
Mój kot zeżarl jakiegoś kwiata i się zatruł. Piana z pyska, rzygi te sprawy. Dzwonię do lokalnego weterynarza ci zajmuje się trzodą i normalnymi zwierzakami. Mówi bierz pan kota i przyjeżdżaj.
Zapakowałem sierściucha w transporter i rura.
Dzwoniłem do znajomej żeby mnie poprowadziła, bo trafić tam to nie lada wyzwanie, środek lasu, dojazd jak do jakiejś czarownicy, dojeżdżam a tam willa w środku lasu, do której prowadzi droga którą bałbym się iść, a tu trzeba było samochodem tłuc.
Wchodzę siedzi starszy pan.
- Zapraszam do gabinetu.
Mały pokoik typowy dla weterynarzy.
Nie będę się wdawał w szczegóły, ale koleś widząc tysięczny raz kota powinien być jak maszyna, a ten zaczął go głaskać, mówić jaki ładny, gada do niego, itd.
Poogladał, zerwał kamień z zębów (17 lat ma łajza to się trochę nazbierało), sprawdził węzły chłonne, migdały, temperaturę, zajebał zastrzyk antybiotyki ze sterydami, dał tabletki na 5 dni i jak nie przejdzie to mam wrócić, ale twierdził, że kotu się poprawi i miał rację, bo dzisiaj już wpierdala jak dziki i zachowuje się normalnie.
Wyciągam kasę pytam ile, a ten mi:
- Zapraszam do biura.
Usiadł przy kompie, wypisał co robił, i jeszcze rzucił tekst: jeszcze coś dla mnie.
Ja się za portfel łapię zesrany, a ten do mnie:
- 35 złotych.
Ja się pytam "trzysta pięćdziesiąt?".
A on, nie. 35 zł.
O_o
Rozumiecie coś z tego?
Każdego miesiąca płacę niemało na zusy, dodatkowe ubezpieczenie, a i tak leczę się prywatnie bo inaczej się nie da.
Jedziesz do weterynarza którego pierwszy raz na oczy widzisz, a ten bierze jałmużnę zamiast zapłatę, a do tego nie traktuje cię jak śmiecia.
Szkoda, że weterynarze nie leczą ludzi.
Sobota rano.
Mój kot zeżarl jakiegoś kwiata i się zatruł. Piana z pyska, rzygi te sprawy. Dzwonię do lokalnego weterynarza ci zajmuje się trzodą i normalnymi zwierzakami. Mówi bierz pan kota i przyjeżdżaj.
Zapakowałem sierściucha w transporter i rura.
Dzwoniłem do znajomej żeby mnie poprowadziła, bo trafić tam to nie lada wyzwanie, środek lasu, dojazd jak do jakiejś czarownicy, dojeżdżam a tam willa w środku lasu, do której prowadzi droga którą bałbym się iść, a tu trzeba było samochodem tłuc.
Wchodzę siedzi starszy pan.
- Zapraszam do gabinetu.
Mały pokoik typowy dla weterynarzy.
Nie będę się wdawał w szczegóły, ale koleś widząc tysięczny raz kota powinien być jak maszyna, a ten zaczął go głaskać, mówić jaki ładny, gada do niego, itd.
Poogladał, zerwał kamień z zębów (17 lat ma łajza to się trochę nazbierało), sprawdził węzły chłonne, migdały, temperaturę, zajebał zastrzyk antybiotyki ze sterydami, dał tabletki na 5 dni i jak nie przejdzie to mam wrócić, ale twierdził, że kotu się poprawi i miał rację, bo dzisiaj już wpierdala jak dziki i zachowuje się normalnie.
Wyciągam kasę pytam ile, a ten mi:
- Zapraszam do biura.
Usiadł przy kompie, wypisał co robił, i jeszcze rzucił tekst: jeszcze coś dla mnie.
Ja się za portfel łapię zesrany, a ten do mnie:
- 35 złotych.
Ja się pytam "trzysta pięćdziesiąt?".
A on, nie. 35 zł.
O_o
Rozumiecie coś z tego?
Każdego miesiąca płacę niemało na zusy, dodatkowe ubezpieczenie, a i tak leczę się prywatnie bo inaczej się nie da.
Jedziesz do weterynarza którego pierwszy raz na oczy widzisz, a ten bierze jałmużnę zamiast zapłatę, a do tego nie traktuje cię jak śmiecia.
Szkoda, że weterynarze nie leczą ludzi.