26
Czarna klacz
TTV nie zawodzi. Telewizja, która wypromowała już rzesze pato-celebrytów, ma nowego czarnego konia, a raczej czarną klacz - Margaretę, wesołą lambadziarę, o której - gdyby była mężczyzną - pisano by, że zamieniła się z chujem na głowy, ale jest kobietą, więc wszyscy klaszczą i nabijają oglądalność kolejnemu wytworowi celebropodobnemu. Małgorzata, medialny alias Margareta, zawodowo związana jest z sektorem medycznym. W Łodzi prowadzi własną działalność w branży usług pielęgniarskich. Wynika zatem, że szkoły jakieś skończyła i jest raczej z grupy tych inteligentnych. Szkoda, że tego nie widać.
Love story Margarety ciągnie się bardziej niż kluska spaghetti pomiędzy psami w Zakochanym Kundlu i jest taka, że wyjechała na wakacje do Tunezji i tam spotkała o trzy dekady młodszego od siebie Tunezyjczyka, władającego językami mówionymi na etapie dwulatka i to ich połączyło, bo umiejętności językowe Margareta ma podobne. Jak się dogadywali na początku, nie wiem, musieli na start grać w kalambury. Albo po prostu dogadali się prawdziwym językiem miłości i najzwyczajniej w świecie połączył ich oral.
Publika oszalała, mamy język margaretański, nowomowę dla debili. Margareta, personifikacja Furby bez baterii, wyrzuca z siebie strzępki słów jak niemowle przed pierwszym poważnym zatwardzeniem: Brrr, brrr, am, am, trawaj, trawaj, la la la la, wiżiwe, tayara! Wtóruje jej Mohamed tłumacząc, że Margareta polanda, tunisia cry... Komunikacja Kali jeść, Kali pić, złożona ze złamanego angielskiego, francuskiego, polskiego i arabskiego. Plejada zwichrowań, które pokochała idiocejąca publika. Bo przecież nie ma w tym nic szkodliwego!
Ogłupianie ludzi i koloryzowanie takich historyjek jest szkodliwe. Szczególnie dla wjeżdżających w inną kulturę, niczego nieświadomych kobiet na moment oślepionych działającym penisem.
Kiedy mężczyzna wybiera sobie o trzydzieści lat młodszą partnerkę natychmiast robi się z niego starego zboka w kryzysie wieku średniego, a z niej utrzymankę, która na pewno leci na hajs. Kim jest Mohamed w uroczej historii Margarety jak nie rasowym Visa hunterem? Kim według publiki jest Margaret? Sugar Mamą, kuguarem? Nie. Jest kobietą, która nie boi się żyć! Emancypantką! Głodną życia, równą babeczką, która ma prawo kochać i być kochaną. Wszyscy drą łacha z Chajzera i jego młodej żonki, ale przecież Margareta to Chajzer w spódnicy, tyle że z o dekadę większą przepaścią wieku.
Dlaczego tej relacji nie krytykujemy? Dziwnie podwójne standardy w tym społeczeństwie nagle mamy. Filip, szwedzka pizza i żonka to be, ale Margareta, am, am i Mohamed to już cacy. Kukukurwaryku. Mentalnie muszę być chyba ciężko uszkodzony, że nie kręcą mnie love story kuguarów i ich kociaków, wszak obie relacje uważam za solidnie zwichrowane. Jednych łączy Eurowizja i Ursynów, drugich fascynacja nowomową. Całą czwórkę łączy zaś kebab.   
Obserwuję od lat taśmową produkcję pseudo-celebrytów, wytworów dowcipnie patologicznych i zakrywam oczy, jak przy najstraszniejszym horrorze ze strachu. Nagle te wyroby idolo-podobne atakują mnie zewsząd, nawet jak ich oglądać nie chcę, bo algorytm jest bezlitosny tak samo jak bezlistośnie debilniejące społeczeństwo zachwycające się taką chałą. Brr, brr. Ja nie smajl. Ja fruuu. Ja wysiadam. Tak jak Mohamed, który wykurwi na paralotni z okna po ślubie, rozpościerając skrzydła na świat z polskim paszportem krzycząc z parapetu radośnie przed skokiem: Margareta! KRAJ, KRAJ! Mohamed BAJ, BAJ!
0.064803838729858