Zajebane z ryjbuka:
Jakiś czas temu, znajomy prawnik konsultował zwalnianie informatyka w pewnym dużym przedsiębiorstwie zajmującym się niczym (wbrew pozorom, to bardzo ważna gałąź gospodarki kapitalistycznej, może wręcz kluczowa).
Człowiek ten - nazwijmy go Marek - nie był zwalniany dlatego, że jest taka moda (choć niestety jest taka moda), tylko dlatego, że popełnił niewybaczalny błąd, dokonując tzw. "okazin".
Zanim zaczniecie sobie wyobrażać Marka w stereotypowy sposób, tj. jako zgarbionego typa w okularach, głosującego na Korwina i odczuwającego nieuzasadnione poczucie wyższości nad resztą świata, bo kiedyś ktoś nauczył go stawiać SAPa - stop-stop-stop-kurwa-stop.
Marek to był PRAWIE zupełnie normalny gość, zabawny, towarzyski, być może nawet przystojny (z oczywistych względów nie znam się na tym, umiem tylko stwierdzić, że Henry Cavill jest przystojny), a na pewno lubiany. Miał tylko dwie wady:
Po pierwsze - był bardzo kochliwy.
Po drugie - nie potrafił zrozumieć, że dziewczyny mogą być dla kogoś zwyczajnie miłe i to wcale nie oznacza, że z nim flirtują.
W rezultacie, Marek, z powodu, którego nie potrafię wyjaśnić Wam nawet jako mężczyzna (z wszystkimi tego "zadami i waletami") - w finalnym akcie swojego wyimaginowanego romansu z klasyczną "Anetką z HR" wysłał jej zdjęcie - powiedzmy że - swojego wozu strażackiego z sikawą (z naciskiem na sikawę). Były to więc niemal klasyczne, śląskie - okaziny.
Jako że uczynił to z wykorzystaniem poczty służbowej, a Pani Aneta zareagowała na ten mały pokaz w sposób, którego można się było spodziewać, był to jego ostatni mail w firmie i nazajutrz w stylu Erwina Rommla, tj. "dobrowolnie" i dość dynamicznie "wybrał rozwój i ścieżkę kariery poza strukturami przedsiębiorstwa".
Powyższe zbiegło się z faktyczną automatyzacją w ww. przedsiębiorstwie i próbą zastąpienia Marka tzw. agentem AI. "Skoro Marek i tak w zasadzie nie wyłaził z kanciapy, konfigurował rzeczy zdalnie i obsługiwał helpdeska - to czemu nie spróbować zastąpić go maszyną!?" - skonstatował jakiś "geniusz" wysokiego szczebla, zapewne nadużywający słowa "synergia".
Poza tym, skoro poza tym jednym wyskokiem - Marek był lubiany, szanowany, no i pracował tam z dziesięć lat, przez co Dział IT funkcjonował po prostu jako "Marek" - agenta też postanowiono nazwać po prostu "Marek" (tylko bez nazwiska w adresie e-mail i stopce). Jednocześnie, żeby agent "Marek" miał osobowość prawdziwego Marka, ale bez przesady - postanowiono dać mu dostęp do poczty Marka, zwłaszcza wiadomości z folderu "Wysłane" z ostatniego miesiąca.
Tak. To jest ten moment, gdy Jim z "The Office" patrzy w kamerę.
Końcowym aktem nadchodzącej katastrofy, było nakazanie agentowi "Markowi", by porannym e-mailem przywitał się z pracownikami w "stylu dawnego Marka".
No i przywitał się, w pierwszej wiadomości wysłanej do wszystkich pracowników, łącznie z zarządem - uprzejmym dzień dobry i tym samym, radosnym zdjęciem "wozu strażackiego", które załączył w mailu do Anetki...
#zasłyszane
Jakiś czas temu, znajomy prawnik konsultował zwalnianie informatyka w pewnym dużym przedsiębiorstwie zajmującym się niczym (wbrew pozorom, to bardzo ważna gałąź gospodarki kapitalistycznej, może wręcz kluczowa).
Człowiek ten - nazwijmy go Marek - nie był zwalniany dlatego, że jest taka moda (choć niestety jest taka moda), tylko dlatego, że popełnił niewybaczalny błąd, dokonując tzw. "okazin".
Zanim zaczniecie sobie wyobrażać Marka w stereotypowy sposób, tj. jako zgarbionego typa w okularach, głosującego na Korwina i odczuwającego nieuzasadnione poczucie wyższości nad resztą świata, bo kiedyś ktoś nauczył go stawiać SAPa - stop-stop-stop-kurwa-stop.
Marek to był PRAWIE zupełnie normalny gość, zabawny, towarzyski, być może nawet przystojny (z oczywistych względów nie znam się na tym, umiem tylko stwierdzić, że Henry Cavill jest przystojny), a na pewno lubiany. Miał tylko dwie wady:
Po pierwsze - był bardzo kochliwy.
Po drugie - nie potrafił zrozumieć, że dziewczyny mogą być dla kogoś zwyczajnie miłe i to wcale nie oznacza, że z nim flirtują.
W rezultacie, Marek, z powodu, którego nie potrafię wyjaśnić Wam nawet jako mężczyzna (z wszystkimi tego "zadami i waletami") - w finalnym akcie swojego wyimaginowanego romansu z klasyczną "Anetką z HR" wysłał jej zdjęcie - powiedzmy że - swojego wozu strażackiego z sikawą (z naciskiem na sikawę). Były to więc niemal klasyczne, śląskie - okaziny.
Jako że uczynił to z wykorzystaniem poczty służbowej, a Pani Aneta zareagowała na ten mały pokaz w sposób, którego można się było spodziewać, był to jego ostatni mail w firmie i nazajutrz w stylu Erwina Rommla, tj. "dobrowolnie" i dość dynamicznie "wybrał rozwój i ścieżkę kariery poza strukturami przedsiębiorstwa".
Powyższe zbiegło się z faktyczną automatyzacją w ww. przedsiębiorstwie i próbą zastąpienia Marka tzw. agentem AI. "Skoro Marek i tak w zasadzie nie wyłaził z kanciapy, konfigurował rzeczy zdalnie i obsługiwał helpdeska - to czemu nie spróbować zastąpić go maszyną!?" - skonstatował jakiś "geniusz" wysokiego szczebla, zapewne nadużywający słowa "synergia".
Poza tym, skoro poza tym jednym wyskokiem - Marek był lubiany, szanowany, no i pracował tam z dziesięć lat, przez co Dział IT funkcjonował po prostu jako "Marek" - agenta też postanowiono nazwać po prostu "Marek" (tylko bez nazwiska w adresie e-mail i stopce). Jednocześnie, żeby agent "Marek" miał osobowość prawdziwego Marka, ale bez przesady - postanowiono dać mu dostęp do poczty Marka, zwłaszcza wiadomości z folderu "Wysłane" z ostatniego miesiąca.
Tak. To jest ten moment, gdy Jim z "The Office" patrzy w kamerę.
Końcowym aktem nadchodzącej katastrofy, było nakazanie agentowi "Markowi", by porannym e-mailem przywitał się z pracownikami w "stylu dawnego Marka".
No i przywitał się, w pierwszej wiadomości wysłanej do wszystkich pracowników, łącznie z zarządem - uprzejmym dzień dobry i tym samym, radosnym zdjęciem "wozu strażackiego", które załączył w mailu do Anetki...
#zasłyszane