17
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Motoryzacja
1 r
27
Wiedza
1 r
2
Opowieść ta swój początek miała 22 lipca 1881 roku w niewielkiej wsi Maksymówka (obecnie na terenie Ukrainy), gdzie za sprawą Bolesława seniora i Józefy ze Struszkiewiczów na świat przyszedł przyszły doktor, oficer, poeta i bon-vivant [1]. Człowiek ten z powodzeniem mógłby zostać polskim Jamesem Bondem. Gdyby tylko Bond miał wąsy i skłonność do jazdy konno po salonach. Bolesław Wieniawa-Długoszowski, bo takie imię dostał po ojcu, był nieprzeciętnym jegomościem, który miał przebić szarość codzienności szablą, słowem i nieprzyzwoicie dobrym stylem.
Młody Bolek dorastał w Bobowie koło Gorlic, gdzie hartował ducha i trzymał fason nawet w dziecięcych awanturach. Jako nastolatek trafił do lwowskiego gimnazjum. Cóż, szkoła może nie padła przed nim na kolana, ale za to on z gracją nad nią przegalopował. Maturę zdał eksternistycznie [2] w Nowym Sączu, bo nie każdy bohater musi jak onegdaj hetmana Żółkiewski, siedzieć w knigach. Po maturze przyszła pora na studia medyczne. I to nie w Collegium Humanum, wzorem obecnego marszałka Sejmu, lecz na prawdziwej akademickiej arenie: Uniwersytecie Lwowskim. Tam, gdzie zwykli zjadacze chleba gubili się w podręcznikach, Wieniawa błyszczał. W 1906 roku, z tytułem doktora wszechnauk lekarskich w kieszeni, był gotów na podbój świata. Był to dopiero początek tego rollercostera, który z dumą nazywał swoim życiem.
Jeszcze zanim zdążył wypowiedzieć pierwsze „Carpe diem!” albo „Dawaj szampana, pijem!”- trudno dziś stwierdzić, co padło jako pierwsze. Młodzieniec zanurzył się w świat sztuki jak wróżka w absynt. Od szkolnych lat ciągnęło go do ludzi z wyobraźnią, talentem i lekkim niepokojem w duszy. Nie szukał towarzystwa moli książkowych, lecz poetów z sercem na dłoni i żarem pod skórą. W legendarnym Lwowie wpadał na takich tuzów polskiej literatury jak Kornel Makuszyński, Jan Kasprowicz, Leopold Staff czy Stanisław Wyspiański. Z takim składem to nie były spotkania przy herbatce, tylko artystyczne eksplozje z odrobiną dymu, szczyptą buntu i obowiązkową szklaneczką czegoś mocniejszego.
W 1906 roku, jak przystało na bohatera z klasą, poślubił operową diwę Stefanię Calvas. Bo Wieniawa nie zakochiwał się w byle kim, tylko w kobietach z głosem tak donośnym, że mury Berlina drżały. W kolejnym roku państwo młodzi ruszyli w świat niczym duet marzeń: ona śpiewała, on malował. W stolicy Prus Bolesław zanurkował w świat sztuki. Pędzlem operował niemal tak dobrze, jak później szablą. Lecz to dopiero Paryż miał ich porządnie zakręcić. Miasto świateł, absyntu i rewolucyjnych pomysłów przywitało ich szeroko otwartą bramą kabaretów i kawiarni. Wśród secesyjnych luster i konspiracyjnych szeptów Długoszowski spotkał człowieka z wąsem, który odmieni jego życie. Nie, nie był to artysta, bez złych skojarzeń, proszę. To był żołnierz: Józef Piłsudski, który przybył do stolicy Francji w celu przeprowadzenia odczytu o ruchu strzeleckim. Tak oto sztuka zderzyła się z polityką, malarz z wojownikiem, a bohater w eleganckim płaszczu z przyszłością, która miała okazać się pełna niebezpiecznych przygód i wojaczki.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Bolesław nie zamierzał spoczywać na laurach ani zawieszać szabli nad kominkiem. Brał udział w wojnie o granice, dając kolejny pokaz odwagi, stylu i ułańskiej fantazji. Wyprawa kijowska, Bitwa Warszawska, był tam, oczywiście walcząc w pierwszym szeregu. Odznaczony został również Orderem Virtuti Militari. Zaś w 1915 roku został osobistym adiutantem Józefa Piłsudskiego. Po wojnie przebywając w stolicy dobrze imprezował, już wtedy rozwiedziony z pierwszą żoną. Do legendy przeszły jego powiedzenia podczas wojaży po warszawskich kawiarniach i salonach. Przykładowo raz pijany w warszawskiej kawiarni Ziemiańska, po przyjściu tam Zbigniewa Stypułkowskieg wykrzyczał na głos: „Żydy wynoście się, bo mój przyjaciel endek przyszedł”. Czy też słynny zakład o wjechanie konno na piętro gmachu, gdzie miał rzec: „Skończyły się żarty, panowie, zaczynają się schody”. Zakład oczywiście wygrał.
W czerwcu 1920 roku awansował na podpułkownika. Nie dlatego, że dobrze wyglądał w mundurze, choć to też. Lecz dlatego, że zasłużył krwią, potem i nieprzyzwoicie celnie rzucanym rozkazem. W listopadzie 1921 roku został mianowany attaché wojskowym w Bukareszcie. Z kawalerzysty przeistoczył się w dyplomatę, który zamiast szarżować konno, szarżował po salonach i rautach. Garnitur leżał na nim równie dobrze jak mundur, a toast wznosił z gracją, która powinna mieć osobny rozkaz dzienny. W 1923 roku, gdy Piłsudski wycofał się z życia publicznego, Wieniawa również został odstawiony na boczny tor i przeniesiony w stan spoczynku. Rok później wrócił do służby, jak bohater z drugiego aktu filmu. Jeszcze bardziej doświadczony, jeszcze lepiej ubrany.
Służył w 1 Pułku Szwoleżerów im. Józefa Piłsudskiego w Warszawie, gdzie 1 grudnia 1924 roku został awansowany do stopnia pułkownika. A że nie był typem, który zadowala się jedną gwiazdką na pagonie. Ukończył kurs sztabowy, zdobył dyplom oficera Sztabu Generalnego i ruszył dalej. Tym razem do Inspektoratu Armii Nr II w Warszawie, gdzie został pierwszym referentem. Nawet za biurkiem Wieniawa potrafił siać zamieszanie z klasą. W kolejnych latach był przerzucany z jednostki do jednostki.
10 grudnia 1931 roku Ignacy Mościcki, prezydent Rzeczypospolitej, zrobił to, co było od dawna nieuniknione awansował Wieniawę-Długoszowskiego na generała brygady. Choć sam zainteresowany nie był bardzo rad z takiej decyzji. O czym może świadczyć jego wizytówka z tamtego okresu: Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, były pułkownik. W kolejnych latach Wieniawa nie zwalniał tempa. Dowodził 2 Dywizją Kawalerii, a potem 1 Brygadą Kawalerii w Warszawie. W kwietniu 1937 objął komendę nad całą Dywizją Kawalerii w stolicy. Choć formalnie tytuł generała brygady otrzymał dopiero 27 maja 1938 roku. Jednak zamiast wysyłać go na front, skierowano go do dyplomacji. A jak sam mawiał: „W dyplomacji można czasem robić świństwa, ale nigdy głupstw. W kawalerii jest odwrotnie”. W maju 1938 roku obejmuje stanowisko ambasadora RP w Rzymie. Z tym wyjazdem wiąże się pewna anegdotka mająca na celu parodiowanie rozmowy austriackiego malarza z włoskim socjalistą. Podasz odjazdu pociągu Bolesław krzyknął do swojego kolegi Adolfa Dymszy takie oto słowa: „Adolfie! Ja ci nigdy tego nie zapomnę!”.
Lecz historia nie miała zamiaru traktować Wieniawy ulgowo. 25 września 1939 roku, w dramatycznych dniach po upadku Polski, prezydent Mościcki zgodnie z Konstytucją Kwietniową wskazał Wieniawę jako swego następcę. W teorii miał zostać prezydentem RP. W praktyce, jak to u bohaterów bywa, wszystko poszło pod górę. Kiedy Wieniawa dowiedział się o nominacji, opuścił Włochy i przybył do Paryża. Tam jednak czekały na niego nie wiwaty, lecz mur oporu. Obóz antysanacyjny, wspierany przez Francję i Wielką Brytanię, nie zaakceptował jego kandydatury.
Ostatecznie, zachowując klasę, zrezygnował z urzędu, zanim zdążył oficjalnie go objąć. W 1940 roku wyjechał do Portugalii, a potem do Stanów Zjednoczonych. W marcu 1942 roku powierzono mu nową misję: stanowisko ambasadora RP na Kubie. Wyspa rumu dostała swojego generała w tropikalnym wydaniu. Tam, z dala od frontu i politycznych rozgrywek, czekał na ewentualną szansę, by jeszcze raz zabłysnąć w historii. Chwila ta jednak już nigdy nie nadeszła.
1 lipca 1942 roku w Nowym Jorku zgasła jedna z najbarwniejszych postaci II Rzeczypospolitej. Bolesław Wieniawa-Długoszowski- generał, dyplomata, kawalerzysta z fantazją, odebrał sobie życie, skacząc z piątego piętra kamienicy, w której mieszkał. W kieszeni jego piżamy znaleziono list:
"Myśli plączą mi się w głowie… Nie czuję się na siłach reprezentować Rządu… Boże, zbaw Polskę. B." [3]
"Myśli plączą mi się w głowie… Nie czuję się na siłach reprezentować Rządu… Boże, zbaw Polskę. B." [3]
Oficjalnie mówiono, że targnął się na życie z powodu rozgoryczenia po odsunięciu od spraw państwowych. Wysłany do USA, miał reprezentować kraj, który nie chciał już jego legendy. Wieniawa, jak każdy prawdziwy bohater, część prawdy zabrał ze sobą. W 1990 roku jego prochy sprowadzono do Polski. Spoczął na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Bolesław wrócił do ojczyzny.
[1] fr. „dobrze żyjący”- osoba prowadząca beztroskie, towarzyskie życie, ceniąca przyjemności, dobre jedzenie, wino i styl.
[2] zdanie egzaminu (np. maturalnego) bez uczęszczania na regularne zajęcia szkolne, jako tzw. uczeń eksternistyczny, po samodzielnym przygotowaniu.
[3] pełna wersja: „Myśli plączą mi się w głowie i łazmią jak zapałki lub słoma. Nie mogę spamiętać najprostszych nazw miejscowości, nazwisk ludzi oraz proste wypadki z mego życia. Nie czuję się w tych warunkach na siłach reprezentować Rząd, gdyż miast pożytku, mógłbym szkodzić sprawie. Zdaję sobie sprawę, że popełniam zbrodnię wobec żony i córki, zostawiając je na pastwę losu i obojętnych ludzi. Proszę Boga o opiekę nad nimi. Boże, zbaw Polskę. B”..
[2] zdanie egzaminu (np. maturalnego) bez uczęszczania na regularne zajęcia szkolne, jako tzw. uczeń eksternistyczny, po samodzielnym przygotowaniu.
[3] pełna wersja: „Myśli plączą mi się w głowie i łazmią jak zapałki lub słoma. Nie mogę spamiętać najprostszych nazw miejscowości, nazwisk ludzi oraz proste wypadki z mego życia. Nie czuję się w tych warunkach na siłach reprezentować Rząd, gdyż miast pożytku, mógłbym szkodzić sprawie. Zdaję sobie sprawę, że popełniam zbrodnię wobec żony i córki, zostawiając je na pastwę losu i obojętnych ludzi. Proszę Boga o opiekę nad nimi. Boże, zbaw Polskę. B”..