23
Siema dzidki!

Szukam jakiejś dobrej strony do robienia własnych koszulek. 
Robię prezent koledze na urodziny.
Kiedyś poularny był cupsell. Teraz tych stron jest od zajebania.

Zamawiał ktoś z was? Może jakiś wasz znajomy? Polecacie jakąś? Odradzacie? 

Zależy mi na tym, by to nie była szmata do założenia na raz.

Pozdrawiam, miłego weekendu od jutra a no i  zdjęcia dla uwagi, nie powiązane, młoda Kasia Figura.
Zrób se koszulkę
Zrób se koszulkę
Zrób se koszulkę
Zrób se koszulkę
Zrób se koszulkę
Zrób se koszulkę
Zrób se koszulkę
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
22
Gdybym dorastała w czasach, gdzie każde „wolę dres od sukienki” równa się „urodziła się w złym ciele”, to dziś miałabym plastikowego fiuta, zmieniony PESEL i gratis dożywotnią receptę na antydepresanty. Bo serio – jako dziecko ceniłam wygodę ponad wygląd, zamiast „bądź grzeczna” mówiłam „wypierdalaj”, projektowałam suknie ślubne i jednocześnie kolekcjonowałam album z piłkarzami z Euro 2012. Czyli klasyk: „dziewczynka z błędem systemowym”.

Na szczęście moi rodzice nie byli „nowocześni”. Byli zajęci własnymi problemami – tym, że nie pasowali do siebie, ale żyli razem, bo tak wyszło. Nie było terapii, konsultacji ani rozkminek nad tożsamością płciową. Było: „ubierz się, bo zimno”. I całe szczęście. Bo nie byłam chłopakiem. Byłam po prostu rozwaloną emocjonalnie dziewczynką, której nikt nie tłumaczył, że nie musisz być jak inne, żeby być w porządku.

A potem zaczęło się dojrzewanie. Moment, w którym ciało się zmienia, ale głowa zostaje w chaosie. Przez dekadę żyłam z przekonaniem, że jestem brzydka, nienormalna, że nikt mnie nigdy nie pokocha. Więc zrobiłam to, co robi wiele dziewczyn z rozjebaną samooceną – odchudzanie na poziomie sportów ekstremalnych. Minus 20 kilo w dwa miechy, jogurt na śniadanie, obiad i kolację. Albo byłam za gruba, albo prawie mdlałam – i czułam, że mam nad sobą kontrolę.

Jak już byłam „ładna”, wjechały kolejne etapy: przypadkowy seks, relacja oparta na wspólnych traumach, mefedron dla przyspieszenia lotu w dół, imprezy, które miały przykryć fakt, że nie mam pojęcia, kim jestem i po co żyję. A potem – ciąża. Bez miłości, bez planu. Po prostu: jesteś w ciąży. I wtedy – pierwszy raz – ktoś spojrzał na mnie bez oceny. Z oczami pełnymi ufności.

Nie chciałam już być nikim więcej niż matką. Matką, która nie spierdoli życia swojemu dziecku tak, jak jej spieprzono. I to był pierwszy raz, kiedy naprawdę stanęłam na nogach.

Dziś mam dziecko. Mam faceta. Mam też długi, stany lękowe i momenty, w których serio chcę spakować torbę i zaszyć się w lesie. Ale nie uciekam. Bo moje dziecko nie potrzebuje matki, która „próbowała, ale nie wyszło”. Potrzebuje mnie – tu i teraz.

Więc kiedy słyszę, że sześciolatka mówi, że jest chłopcem, bo lubi kopać piłkę – mam ochotę spytać: a może po prostu lubi kopać piłkę? Może nie trzeba od razu zmieniać jej tożsamości i dokumentów? Może trzeba ją po prostu zostawić w spokoju?

To nie historia o przemianie. To historia o tym, jak nie rozwalić się do końca. Odcinek specjalny pt. „Jak prawie się wykoleić i jednak jakoś wrócić na tory”.

I dziś wiem jedno: nie potrzebujesz zmiany płci. Potrzebujesz spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: z tobą wszystko w porządku, nawet jeśli jeszcze tego nie ogarniasz. A jak nie masz nikogo, kto ci to powie – to zrób to sam. Codziennie.

Bo jak nie ty, to kto?
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.076225996017456