39
Spotykam się z kobietą od niecałego roku. Nigdy nie było żadnej kłótni, żadnych fochów z jej strony, żadnych żądań, żadnych pretensji, żadnego "domyśl się". Tylko miłe spędzanie czasu, wspólne aktywności, wycieczki, czułość, bliskość i namiętność.

Z wczoraj na dzisiaj pierwszy raz spędziliśmy noc razem, bo wcześniej tego unikałem nauczony poprzednimi doświadczeniami. Pojechaliśmy na weekend do fajnego turystycznego miasta, pozwiedzaliśmy, poszliśmy do teatru, a potem całą noc uprawialiśmy seks. Nie przesadzam mówiąc, że całą noc. Wieczorem łyknąłem magiczną tabletkę (legalną, z apteki) i tak z przerwami na drzemki kochaliśmy się 5 albo 6 razy, nie wiem dokładnie, bo to była taka magia, że straciłem poczucie czasu i rzeczywistości.

Nad ranem, leżąc z nią i przytulając się po seksie pomyślałem, że mógłbym się w niej zakochać. Ułamek sekundy później pomyślałem - nie, kurwa, nie mógłbym i nie mam takiego zamiaru. Jak ostatni raz się zakochałem, to kosztowało mnie to 8 lat życia w chujni, fochach i kłótniach. Właśnie dlatego jest tak zajebiście, że nie ma żadnego zakochania, miłości, związku ani innego gówna. Zakochanie i miłość to tylko reakcje chemiczne w organizmie, a związek to przykry obowiązek.

Jest tak zajebiście, bo oboje się staramy. A dlaczego się staramy? Bo wiemy, że to co jest między nami nie jest na zawsze, a to jak długo będzie to trwało zależy tylko od nas.

Już na początku znajomości, kiedy wybuchła namiętność, ona mi powiedziała że gdy przestanie czuć to co czuje, to odejdzie. Ja powiedziałem, że oczywiście rozumiem, ale również zastrzegam sobie to prawo, że kiedy coś mi przestanie się podobać, to odchodzę. Zrozumiała i zaakceptowała, bez żadnych fochów ani szantaży emocjonalnych, jak to kobiety mają w zwyczaju. Nigdy więcej już o tym nie rozmawialiśmy.

Związek i obiecanie sobie nawzajem czegokolwiek sprawia, że stopniowo zaczyna zanikać cała czułość, namiętność i pożądanie. Po co mamy się starać, skoro druga osoba nam obiecała, że będzie z nami zawsze i bez względu na wszystko? No właśnie. W związku "chcę" zmienia się w "muszę", a kiedy coś musisz, to przestaje to być przyjemnością.

Chcemy być dla siebie nawzajem jak najlepsi i dawać sobie nawzajem to, co mamy najlepszego. Dopóki jest dobrze i mamy z tego przyjemność, to jesteśmy razem. Kiedy przestaje być dobrze, to każde idzie w swoją stronę. To jest najpiękniejsza i najuczciwsza  relacja jaką można mieć. Człowiek ma tylko jedno życie i jest ono za krótkie by marnować je na relacje, która nie dają nam przyjemności. 
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
43
TL;DR dla leniwych:
Halo, byłem wczoraj na tym podstawowym kursie bezpieczeństwa organizowanym przez wojsko. Obawiałem się nudnego pierdolenia i czytania z kartki, czy innego PowerPointa, a wyszło jedno z fajniejszych szkoleń, jakie zaliczyłem. Było cyberbezpieczeństwo, survival, pierwsza pomoc, rozpalanie ognia jak w jakimś Minecraftcie, rollercoaster Jelczem, kiełba z ogniska, grochówka i prezenty na koniec. Mega polecam, ale ubierzcie kalesony, bo w lesie strasznie piździ.
Jak naprawdę wygląda ten dobrowolny podstawowy kurs bezpieczeństwa? Byłem, więc się dzielę
Dobra, do rzeczy. Jakiś czas temu wyskoczyło mi na FB info o tych szkoleniach, że niby można zapisać się przez mObywatela i z ciekawości postanowiłem sprawdzić, jak bardzo topornie zostało to zrobione. Ku mojemu zaskoczeniu widać, że ktoś raczej się przyłożył do tego, żeby cały proces był szybki i wygodny, bo wystarczyło pyk, pyk, pyk, jako tako kilka kliknięć, żeby już z mapy wybierać nasze miasto i pasujący termin, enter i gotowe. Na koniec apka zapytała, czy chciałbym od razu dodać informację o tym do kalendarza w telefonie – Polska 2077 XD. Potwierdzenie na maila, dodatkowe info, przypomnienia dzień przed, dwa dni przed, rano w dniu szkolenia – elegancko.

Lecimy z opisem dnia, ale ostrzegam, że będzie długo. Mieliśmy być w jednostce o 7:45. Przed wejściem sprawdzenie dowodu i pyk, już czekamy sobie na portierni na resztę uczestników, bo zapisanych było +/- 15 osób. Koniec końców była nas 4 lol – byłem szczerze zaskoczony tak małym zainteresowaniem i tym, że tyle osób się zapisało, a koniec końców nie przyszło. Była wcześniej w mailu informacja, że jeśli będzie nas mniej niż 10 osób, to szkolenie może się nie odbyć, ale organizatorzy postanowili, że wszystko będzie według planu. O 8:00 dziewczyna nas zawinęła i czasem zastanawiałem się, czy na pewnie wie, gdzie idzie, bo zapierdalaliśmy do drugiego budynku ponad 10 minut.

1. Cyberbezpieczeństwo
Na początku przywitanie i prezentacja planu dnia, a po tym - pierwsze szkolenie z podstaw cyberbezpieczeństwa. Prowadziła je młoda babeczka, która widać, że była zajarana tematem. Wyjaśnienie najczęstszych ataków wraz z przykładami oraz dużo porad, jak się przed nimi chronić – akurat miałem podobne szkolenie z pracy kilka tygodni temu, więc większość wiedziałem, ale widać, że chciało jej się przygotować. Drugą część tego szkolenia prowadził gość, który opowiadał  o ryzykach związanych z powszechnym IoT, czyli tym, że nasza lodówka czy inny włącznik światła ma połączenie z internetem i jak to ogarnąć, żeby było bezpiecznie – tu osobiście więcej rzeczy było dla mnie nowych. Babki pewnie gdyby nie stopowali i nie przypominali, że czas nas goni, to pewnie do wieczora byśmy tam siedzieli – tyle miała przykładów. :D

2. Wstęp do podstaw bezpieczeństwa
Dowiedzieliśmy się, w jaki sposób są ogłaszane alarmy, a jak anulowane i co należy zrobić słysząc taki alarm. Jak zabezpieczyć dom na wypadek ewakuacji i jak już się wcześniej do czegoś takiego przygotować. Jak zabezpieczyć ważne dokumenty, a co zrobić ze zwierzętami. Jak gadać z ratownikami w śmigłowcu i czego przy tym absolutnie nie robić. Co w przypadku skażenia chemicznego z jakiegoś zakładu i możliwej w takiej sytuacji chmurze trującego pyłu, czy tam gazu i jak na coś takiego zabezpieczyć swój dom i dużo, dużo, dużo więcej. Gość też konkretny i ogarnięty.

3. Plecak przetrwania
Kolejnym punktem był plecak przetrwania. Tę część prowadziło dwóch gości po 30 – jeden wyglądający bardziej na pracownika biurowego, a drugi taki „koksik”. Jak chłopaki przynieśli swoje plecaki i rozłożyli je na podłodze, to wyglądało to jak jakiś loot z Tarkova. Rozpakowywali rzeczy, pokazywali, opowiadali, podpowiadali, gdzie coś takiego można kupić, na co zwracać uwagę, co jest zbędne, co warto kupić w pierwszej kolejności, a co można dokupić z czasem. Autentycznie widać było, że się tym jarają i w tym siedzą, a nie przyszli tylko odbębnić i fajrant.
4. Pierwsza pomoc
Dowiedzieliśmy się o podstawach udzielania pierwszej pomocy, o niedawnych zmianach w wytycznych do RKO, jak zadbać o własne bezpieczeństwo chcąc pomóc komuś innemu, były ćwiczenia praktyczne na fantomie, było omówienie pierwszej pomocy u osoby dorosłej, u dziecka i u niemowlęcia. Był pokazany defibrylator AED (to są te pomarańczowe skrzyneczki, które czasem widać w miejscach typu urzędy miasta, szkoły, baseny, itp.), jak z niego korzystać i czego pod żadnym pozorem nie robić, żeby nie porazić siebie. Pani prowadząca na co dzień, jak akurat nie jest w WOT, pracuje w szpitalu miejskim, co też było dla mnie ciekawe.

Potem było omówienie i prezentacja różnych rodzajów opatrunków od zwykłych bandaży, po takie, jakie zakłada się w przypadku dziury na wylot; przez plaster, który wyglądał jak wielka łatka na dętkę rowerową, którego używa się w sytuacji przebitego płuca, żeby poszkodowany nie nabawił się odmy płucnej, po szczegółowe omówienie zastosowania stazy taktycznej. Wszystko można było zobaczyć, wziąć do ręki i założyć sobie – mega fajnie i ciekawie.

5. Wycieczka Jelczem i podstawy survivalu
Zapakowali nas na pakę do Jelcza i pojechaliśmy w pizdu za miasto na poligon-nie-poligon, gdzieś do lasu, gdzie tego dnia szkolili się też żołnierze WOT – oj, wytelepało nas po tych wertepach... XD

6. Nawigacja
Na miejscu zaczęliśmy od szkolenia z orientacji w terenie, korzystania mapy i użycia busoli w celu wyznaczenia swojego położenia na mapie. Czytałem o tym kiedyś, ale dopiero praktyka sprawiła, że faktycznie zaczęło mieć sens. Czas gonił, więc zaraz po tym zawinął nas kolejny instruktor.

7. Rozpalanie ognia i uzdatnianie wody
Pora na rozpalanie ognia i uzdatnianie wody. W tej części zobaczyliśmy, jak rozpalić ogień za pomocą nadmanganianu potasu i gliceryny albo nadmanganianu potasu i płynu chłodniczego. Dowiedzieliśmy się też, że ten nadmanganian jest fajny, bo można nim rozpalić ogień, zdezynfekować ranę, a także uzdatnić wodę do picia, jeśli jest skażona biologicznie. Potem było rozpalanie ognia za pomocą krzesiwa, wacików, tamponów i kory brzozowej – ćwiczyliśmy tak długo, aż każdy z nas samodzielnie go nie rozpalił. Dowiedzieliśmy się też, jak przygotować ognisko, które samo się rozpala bez dmuchania, a które można łatwo i szybko zgasić tak, żeby nie zostawić po nim śladu.

Potem była część o uzdatnianiu wody w przypadku różnych skażeń, że warto kupić sobie specjalną rurkę do picia, która odkaża wodę i jak uzdatnić wodę w przypadku zanieczyszczeń fizycznych, biologicznych i chemicznych, kiedy akurat takiej nie mamy. Tu znowu widać było lata praktyki u instruktora i to, jak ten gość był tym wszystkim zajarany – on pewnie nawet grilla w ten sposób rozpala. Strasznie, ale to strasznie piździło w tym lesie, więc wszelkie ćwiczenia praktyczne, a najbardziej rozpalanie ognia umilały nam marznięcie. Z uzdatniania wody przeszliśmy do przygotowania improwizowanego schronienia w lesie.
8. Schronienie
Tu znowu wysłuchaliśmy o rodzajach schronień, o czym należy wiedzieć przygotowując takie schronienie, na co warto zwracać uwagę jeszcze zanim zaczniemy je przygotowywać i jaki sprzęt jest przydatny do ich budowy. Na koniec tej części sami zbudowaliśmy takie prowizoryczne zadaszenie z plandeki, znalezionych kijów i linki – rezultat oceniam na mniej niż 30%, ale pewnie po jednej nocy w takim chujowym schronieniu do budowy kolejnego mielibyśmy już motywację, żeby przyłożyć się bardziej. XD

9. Zakończenie szkolenia
I to by było tyle, jeśli chodzi o część szkoleniową. Nadszedł czas na ogrzanie się przy ognisku, kiełbasę,  grochówkę i podsumowanie szkolenia. Ludzi w tym lesie było od groma i pomimo tej piździawy, wszyscy wydawali się być z tego faktu zadowoleni. Byli młodzi, starzy, faceci, kobitki, które o dziwo, nie były jakąś hiper rzadkością. Wypełniliśmy anonimowe ankiety oceniające naszą satysfakcję ze szkolenia, otrzymaliśmy certyfikaty ukończenia i nawet upominki były. Każdy z nas dostał w pełni wyposażoną apteczkę wojskową, co dla mnie było miłym zaskoczeniem.

Tak, jak wcześniej pisałem – rozjebany byłem niskim zainteresowaniem. Byłem ja, jakiś emeryt, kobieta koło 60 i jeszcze jedna kobieta na oko przed 50 – dla taka frekwencja jest dość dziwna. 

Podsumowując – ja jestem bardzo zadowolony i, jak wcześniej nie planowałem zapisywać się na inne z tych szkoleń, tak po tym zapisałem się od razu na całodniowy kurs medyczny z tej serii. 

Jeśli ktoś też chciałby się wybrać, to zalecam kalesony, coś dodatkowego z długim rękawem, grube skarpety i zimowe buty. Według mnie naprawdę warto i choć grafik mam ostatnio bardzo napięty, to nie żałuję. Jak ktoś się waha, to po tej dzidzie mam nadzieję, że już nie będzie. Jeśli będzie zainteresowanie, to napiszę też opinię o kolejnym szkoleniu. Trzymajcie się, a ja wypierdalam.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.075798034667969