63
Uzbekistan #2 - W pustyni i w mieście
Siema, dzidki!

Ciąg dalszy opowieści. Poprzednia część zakończyła się wjazdem do Uzbekistanu. Od tamtego momentu spędziłem dwie doby w Taszkencie, ale o mieście opowiem kiedyś osobno.

Wspomnę tylko, że jeszcze tego samego dnia odpaliłem Tindera. Aby sprawdzić czy będąc obcokrajowcem (z zamożniejszego kraju i w pewnym sensie egzotycznym) rzeczywiście będę miał łatwiej niż miałbym w Polsce. Trudno obiektywnie porównać, bo w Polsce nigdy z tej szatańskiej aplikacji nie korzystałem. Ale wątpię, abym nad Wisłą, ze swoim chłopskim ryjem, zakolami i nadmiarem kilogramów dostał cztery dopasowania w cztery godziny.
Uzbekistan #2 - W pustyni i w mieście
Do tego tematu jeszcze kiedyś wrócę.

Wieczorem piątego dnia wyprawy udałem się dworzec i to dobry moment, aby opowiedzieć jak wyglądają wejścia do dworców w Kazachstanie i Uzbekistanie.
A z grubsza wyglądają tak, jak w Polsce wejścia do sądów. Jest bramka i skaner z taśmą. Ludzie przepuszczają przez skanery torby, plecaki, kurtki itp.
Po co to jest? To długa historia, opowiem osobno, w komentarzu.

Ktoś pytał o zdjęcia wnętrz wagonów. W odpowiedzi filmik poniżej. Można pominąć, chyba, że ktoś jest miłośnikiem kolei.
W odróżnieniu od Kazachstanu, w uzbeckiej pierwszej klasie oba miejsca w przedziale są na dole i nie musisz się nigdzie wspinać. Albo, jak pisał ktoś pod poprzednią dzidą - ryzykować, że ktoś nad tobą się zleje i będzie na ciebie kapać.

Wybierałem się do słabo zaludnionej północy Uzbekistanu - Autonomicznej Republiki Karakałpacji. Podróż miała potrwać 17 godzin (1000 kilometrów). Miejscowi polecieliby z Taszkentu samolotem - szybciej i w podobnej cenie. Ale jadąc pociągiem oszczędzam na noclegu. Dodatkowo są lepsze widoki z okna i szansa pogadać z kimś tutejszym.

Kolega, na którego trafiłem okazał się pracownikiem działu windykacji któregoś z banków. Mówi, że co miesiąc wyjeżdża do jakiegoś oddziału na prowincji, aby "wesprzeć ich pracę". Cokolwiek miałoby to oznaczać. Jeśli ma blisko, jedzie pociągiem, jeśli gdzieś dalej, firma ogarnia mu samolot.
Uzbekistan #2 - W pustyni i w mieście
Wysiadł w Dżyzak (przed Samarkandą). Z dziadkiem, który wsiadł na jego miejsce nie gadałem, bo była noc i wolałem spać. Wcześniejszej nocy spałem słabo, bo od 46-stopniowych upałów spaliła mi się skóra na karku i ramionach. Przez to jak się nie ułożyć, tak zawsze piekło. Rano ogarnąłem maść z apteki.
Powyżej widok rano z okien pociągu. Krajobraz to pustynia Kyzył-Kum. Nie wygląda jak Sahara, której zdjęcia na pewno widzieliście. Czasami rosną na niej jakieś krzaki.

Tutaj ciekawostka co do jej nazwy i innych nazw. Kyzył-Kum dosłownie znaczy "czerwony piach". Ale nie chodzi o kolor piachu czy kamieni. U narodów turkijskich kierunki geograficzne kojarzy się z kolorami. A nie z porami dnia, jak po polsku (południe, północ itd.).
Północ jest według nich czarna. Gdy Turcy nazwali Morze Czarne, to chodziło im o to, że z ich perspektywy jest na północy. A potem ktoś źle przetłumaczył i tak zostało.
Morze Śródziemne to po turecku Ak Deniz czyli dosłownie "Białe Morze". Bo dla nich zachód jest biały. W sumie, podoba mi się ten tok rozumowania. Zachód powinien być biały...
A południe jest według nich czerwone. I stąd Morze Czerwone.

Rano wysiadłem na dworcu w Nukus, mieście trochę mniejszym od Białegostoku. Tradycyjnie, pierwsza rzecz to sprawdzenie gdzie się można umyć. Na piętrze dworca znalazłem miejsce podpisane jako "pokój odpoczynku". W Kazachstanie nie spotkałem się z czymś takim.
Było otwarte. Żadnych napisów zabraniających wstępu albo informujących o opłatach. No to skorzystałem z prysznica i postarałem się, aby zostawić po sobie porządek.

Wcześniej zapytałem sprzątaczkę gdzie tu się można umyć i pewnie o to jej chodziło, gdy powiedziała, że na górze.

Samo miasto od razu wydało się zupełnie innym miejscem niż stolica. Jakby było wręcz w innym kraju i w pewnym sensie rzeczywiście było, bo Karakałpacja od czasów radzieckich ma autonomię.

Taksówkarzy pod dworcem było mało i nie zaczepiali podróżnych. Stali przy swoich Chevroletach i rozmawiali ze sobą. O ile w Taszkencie co druga kobieta na ulicy nosi chustę zasłaniającą włosy, o tyle w Nukus chustę nosiła może co dziesiąta, może co piętnasta.
Uzbekistan #2 - W pustyni i w mieście
(na zdjęciu Deawoo Tico, a obok chyba Chevrolet Cobalt)

Miałem mało czasu na zwiedzanie, bo kolejny pociąg o 15:00. W pierwszej kolejności chciałem zobaczyć rzekę Amu-darię, póki jeszcze istnieje. Tak, to ta rzeka, która wysycha, bo w czasach radzieckich zaczęto zabierać jej wodę. Zbudowano kanały, aby doprowadzać wodę na wpół pustynne tereny i umożliwić prowadzenie tam jakiegokolwiek rolnictwa.
Na wysokości Nukusu rzeka jest już okradziona ze sporej części wody, dodatkowo płynie przez suchy teren, gdzie żadna inna rzeka do niej nie wpada. A przy temperaturach rzędu 45 - 50 stopni (normalny lipiec), to co zostało, szybko wyparowuje.
Uzbekistan #2 - W pustyni i w mieście
Uzbekistan #2 - W pustyni i w mieście
Rzeka, która dawniej uchodziła do Jeziora Aralskiego, teraz dosięga go tylko wczesną wiosną. Gdy w górach topnieją śniegi, a na pustyni nie jest jeszcze na tyle gorąco, by woda parowała.

Z centrum miasta nad rzekę jest około 7 kilometrów. Przejazd taksówką w jedną stronę kosztował 26 000 somów, czyli trochę ponad 8 złotych. W porównaniu z Taszkentem, to na prawdę inny świat.

Po powrocie do centrum, wstąpiłem do muzeum poświęconego Berdachowi i innym poetom z Karakałpacji.
Uzbekistan #2 - W pustyni i w mieście
Uzbekistan #2 - W pustyni i w mieście
Uzbekistan #2 - W pustyni i w mieście
Rekonstrukcja namiotów, w jakich mieszkali Karakałpacy w XIX wieku, czyli w czasach Berdacha. O ile zrozumiałem, Berdach był dla nich Mickiewiczem i Słowackim w jednej osobie (żył w latach 1827 - 1900).

W uzbeckich muzeach zwykle można robić zdjęcia. Tylko kupując bilet trzeba o to zapytać, bo czasami za pozwolenie na fotografowanie trzeba zapłacić.

O 15:00 byłem już w pociągu do Buchary.

Dziękuję za doczytanie do końca. Jeśli macie jakieś pytania, to dawajcie. W komentarzu dam linki do poprzednich części i do serii o rozpadzie ZSRR.

Pozdrawiam i wypierdalam!
ObywatelPiwnicy
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
113
W samym sercu pustyni Karakum, ponad tysiąc kilometrów od najbliższych ośrodków cywilizacji, znajduje się miejsce przywodzące na myśl dantejskie sceny – gigantyczne zapadlisko, z którego wnętrza od ponad pół wieku nieustannie bucha ogień. To krater w Derweze, znany szerzej jako „Brama do Piekła” (słowo Darvaza w języku turkmeńskim oznacza właśnie „drzwi” lub „bramę”). Historia tego fenomenu jest równie niezwykła, co samo zjawisko geologiczne. Stanowi ona swoisty pomnik, będący wynikiem splotu radzieckich ambicji przemysłowych, niefortunnego wypadku oraz jednej, brzemiennej w skutkach decyzji, która na zawsze odmieniła turkmeński krajobraz, przyciągając uwagę naukowców i poszukiwaczy przygód z całego świata.
Krater w Derweze: brama do piekła
Historia powstania
W latach 70. XX wieku Związek Radziecki prowadził intensywną i zakrojoną na szeroką skalę eksploatację zasobów naturalnych w Azji Środkowej. Pustynia Karakum, mimo swojego surowego, nieprzyjaznego klimatu i znikomego zaludnienia, jawiła się jako niezwykle obiecujący rezerwuar paliw kopalnych. Sowieccy geofizycy i inżynierowie otrzymali wyraźne rozkazy: zbadać potencjał terenu dzisiejszego Turkmenistanu, kraju, który – jak się później okazało – skrywa w sobie jedne z największych złóż gazu ziemnego na globie. Ekspedycja badawcza dotarła w okolice wioski Derweze (Darwaza), położonej około 260 kilometrów na północ od Aszchabadu. Lokalizację tę wytypowano na podstawie obiecujących wyników wstępnych badań sejsmicznych, które sugerowały istnienie podziemnych struktur mogących gromadzić znaczne ilości surowca.

Prace wiertnicze rozpoczęto z nadzieją na szybki sukces. Inżynierowie wwiercali się w grunt, dążąc do głębokości, która w ówczesnych realiach technologicznych była standardem. Na poziomie około 100 metrów kolumna wiertnicza natrafiła jednak na potężną kieszeń wypełnioną metanem. To, co nastąpiło później, było podręcznikowym przykładem błędu w sztuce inżynieryjnej o katastrofalnych skutkach. Podłoże pod ciężkim sprzętem okazało się niestabilne. Grunt gwałtownie zapadł się, pochłaniając całą platformę wiertniczą oraz sprzęt pomocniczy. Upadek ten był tak gwałtowny, że doprowadził do przebicia ścianek podziemnego zbiornika. Uwolniony pod olbrzymim ciśnieniem gaz zaczął wydobywać się na powierzchnię z niszczycielską siłą, wyrzucając w powietrze masy skał i piasku. W ciągu zaledwie kilku chwil powstało rozległe zapadlisko – nieregularny krater o średnicy blisko 70 metrów i głębokości sięgającej 20 metrów.

Sytuacja na miejscu stała się krytyczna. Radzieccy specjaliści błyskawicznie zdali sobie sprawę z powagi zagrożenia. Ulatniający się metan, choć bezbarwny i bezwonny, w dużych stężeniach jest silnie toksyczny i grozi uduszeniem. Istniało realne ryzyko, że gaz zacznie gromadzić się w nieckach terenu, zagrażając życiu mieszkańców pobliskich osad oraz lokalnej faunie. Ponadto, niekontrolowana chmura wybuchowego gazu stanowiła tykającą bombę. Obawiano się efektów długofalowych i nieprzewidywalnego wpływu na mikroklimat regionu.
Krater w Derweze: brama do piekła
Decyzja, która zmieniła wszystko
W obliczu tego dylematu podjęto decyzję, która wówczas wydawała się racjonalna, a z perspektywy czasu okazała się jedną z najbardziej spektakularnych pomyłek w historii inżynierii środowiskowej. Postanowiono podpalić ulatniający się gaz. Kalkulacja była prosta: spalanie metanu przekształci go w dwutlenek węgla, a sam proces, zasilany ograniczonymi – jak sądzono – zasobami kieszeni gazowej, powinien wygasnąć samoistnie w ciągu kilku dni, maksymalnie tygodni. Naukowcy byli przekonani, że ciśnienie gazu szybko spadnie, a problem rozwiąże się samoczynnie. Niestety, dramatycznie nie docenili oni objętości i zasobności podziemnego złoża.

W 1971 roku rzucono iskrę – najprawdopodobniej przy użyciu flary lub innego materiału łatwopalnego. Rezultat przeszedł wszelkie oczekiwania. Z krateru wystrzelił gigantyczny słup ognia, a zapadlisko zamieniło się w buzujący gejzer płomieni, przypominający erupcję wulkaniczną pozbawioną lawy. Obserwatorzy byli pewni, że są świadkami krótkotrwałego fenomenu. Myli się jednak. Ogień nie zgasł ani po kilku dniach, ani po kilku miesiącach. Proces, który miał być chwilowym środkiem zaradczym, trwa nieprzerwanie od ponad pięciu dekad.
Pięć dekad niekończącego się ognia
To, że ogień w Derweze nie gaśnie, wynika z kilku fascynujących czynników geofizycznych. Przede wszystkim złoże okazało się praktycznie niewyczerpalne w ludzkiej skali czasu. Gaz nieustannie przeciska się ku powierzchni pod ciśnieniem wystarczającym, by podtrzymywać stabilną emisję. Temperatura w centrum paleniska osiąga około 1100°C, co gwarantuje podtrzymanie reakcji spalania nawet w najtrudniejszych warunkach pogodowych. Cyrkulacja powietrza wewnątrz krateru nie jest w stanie wystarczająco szybko rozproszyć metanu, by przerwać zapłon, a generowane ciepło tworzy specyficzny układ konwekcyjny, zasysający świeże powietrze i podsycający płomienie. Powstał samonapędzający się system termiczny, odporny na wiatr i deszcz. Krater nie jest tworem statycznym. Od momentu powstania jego wymiary systematycznie się powiększają. Ekstremalne temperatury, sięgające na krawędziach 70°C, powodują degradację skał i termiczne wietrzenie gruntu. Ściany zapadliska, pozbawione roślinności i spękane od gorąca, regularnie osuwają się do wnętrza, poszerzając otwór. Współczesne pomiary wskazują, że średnica krateru przekroczyła już 70 metrów, a w niektórych miejscach dochodzi do 100 metrów, przy głębokości wahającej się między 30 a 40 metrami.

Analizy chemiczne potwierdzają, że z wnętrza ziemi wydobywa się niemal czysty metan, stanowiący ponad 90% objętości gazu. Szacunki prowadzone przez niezależne ośrodki badawcze są alarmujące. Krater emituje średnio około 2000 kilogramów metanu na godzinę, co przekłada się na roczną emisję rzędu 700–800 ton. Biorąc pod uwagę, że metan jest gazem cieplarnianym o potencjale wielokrotnie przewyższającym dwutlenek węgla, „Brama do Piekła” jest znaczącym punktowym źródłem zanieczyszczeń. Szacuje się, że od momentu zapalenia do atmosfery trafiło blisko 50 000 ton metanu, co w przeliczeniu na ekwiwalent CO₂ daje ponad milion ton. To ilość, która dorównuje rocznej emisji przemysłowej niejednego małego państwa.
Krater w Derweze: brama do piekła
Zjawiska lokalne i efekty ekologiczne
Dla obserwatora stojącego na krawędzi, widok jest hipnotyzujący i zarazem przerażający. Za dnia ogień mieni się odcieniami pomarańczy i żółci, wibrując w rozgrzanym powietrzu, jednak to nocą zjawisko ukazuje swoje prawdziwe, demoniczne oblicze. Krater świeci niczym otwarte wrota do podziemi, rzucając upiorną łunę na pustynny krajobraz. Turyści opisują to doświadczenie jako mieszankę fascynacji i lęku – odczuwalny żar, charakterystyczny szum płomieni i drżenie ziemi tworzą atmosferę niespotykaną nigdzie indziej.

Wokół krateru panują warunki uniemożliwiające życie. Gleba w bezpośrednim sąsiedztwie jest wypalona i wyjałowiona. Powstała swoista „pustynia w pustyni” – martwa strefa, której unikają większe zwierzęta, takie jak wielbłądy czy lisy. Jedynie nieliczne, termofilne mikroorganizmy i owady zapuszczają się w te rejony. Krater wpływa również na lokalny mikroklimat, generując anomalie termiczne i specyficzne prądy powietrzne.
Próby gaszenia i dylematy polityczne
Władze Turkmenistanu wielokrotnie podejmowały temat neutralizacji krateru. W 2007 roku ówczesny prezydent zaproponował plan wygaszenia ognia, obejmujący m.in. wywołanie kontrolowanej eksplozji lub zalanie otworu specjalistycznym żelem. Projekt ten upadł jednak ze względu na astronomiczne koszty i ryzyko inżynieryjne – ingerencja w tak niestabilny system mogłaby doprowadzić do niekontrolowanego wybuchu i pogorszenia sytuacji.

Temat powrócił w 2022 roku za sprawą prezydenta Serdara Berdimuhamedova, który ogłosił ambitny plan zamknięcia „Bramy” przy pomocy zagranicznych ekspertów. Mimo szumnych zapowiedzi, postępy są znikome, a kraj wciąż nie dysponuje odpowiednią technologią, by bezpiecznie przeprowadzić taką operację. W środowisku naukowym toczy się zażarta dyskusja. Zwolennicy gaszenia podnoszą argumenty ekologiczne i bezpieczeństwa, wskazując na marnotrawstwo surowca i emisję gazów cieplarnianych. Przeciwnicy argumentują, że krater jest unikalnym laboratorium badawczym i bezcenną atrakcją turystyczną. Ponadto istnieje ryzyko, że zablokowanie ujścia gazu w tym miejscu spowoduje jego wyciek w innej, być może groźniejszej lokalizacji. Paradoksalnie, spalanie metanu jest mniejszym złem niż pozwolenie na jego swobodną ucieczkę do atmosfery, gdyż dwutlenek węgla (produkt spalania) jest mniej szkodliwy dla klimatu niż czysty metan. Krater w Derweze stał się nieoczekiwaną ikoną turystyki ekstremalnej. Choć dotarcie do niego wymaga pokonania trudów podróży przez pustynię, miejsce to przyciąga rocznie od kilkuset do kilku tysięcy śmiałków. Są to fotografowie, naukowcy, blogerzy i poszukiwacze wrażeń, pragnący na własne oczy zobaczyć błąd ludzkości, który stał się cudownym zjawiskiem.

W kulturze Turkmenistanu krater zyskał status symbolu narodowego, pojawiając się na pocztówkach i w materiałach promocyjnych, mimo że jest fizycznym dowodem sowieckiej niegospodarności. Stał się on nowoczesną legendą, miejscem, gdzie styka się historia zimnej wojny z potęgą natury.
Źródła:
https://lps25.esa.int/lps25-presentations/presentations/607/_607.pdf
https://meetingorganizer.copernicus.org/EGU25/EGU25-11171.html?pdf
https://ciet-turkmenistan.com/en/post/438
https://www.bbc.com/reel/video/p08vxl52/how-the-soviets-accidentally-discovered-the-gates-of-hell-
https://www.bbc.com/travel/article/20210610-the-darvaza-crater-the-ussrs-top-secret-desert-mystery
https://timesca.com/turkmenistan-contains-gate-to-hell-fire-after-decades-of-inferno/
https://www.reddit.com/r/AskHistorians/comments/1hfg7sx/why_is_the_myth_of_the_soviets_being/
https://www.codastory.com/climate-crisis/turkmenistan-crater/
https://greenly.earth/en-gb/blog/industries/the-gates-of-hell-in-turkmenistan
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
13
Największy cmentarz samolotów na świecie. W Tucson w stanie Arizona znajduje się gigantyczne składowisko samolotów na terenie bazy sił powietrznych Davis-Monthan, gdzie przechowywanych jest około 4 400 maszyn, co czyni go największym tego typu miejscem na świecie.

Ten obszar o powierzchni 2 600 akrów służy do magazynowania samolotów (niektóre są utrzymywane w gotowości), a inne są rozbierane na części do ponownego wykorzystania lub sprzedaży.

Cmentarze samolotów zwykle znajdują się na pustynnych terenach, tak jak ten na południowym zachodzie USA, gdzie suchy klimat ogranicza korozję, a twarde podłoże eliminuje potrzebę utwardzania nawierzchni. To imponujące miejsce, gdzie historia lotnictwa znajduje swój ostatni przystanek.
Ostatni przystanek
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.081238031387329