5
22 czerwca 1897 roku w Jaśle na Podkarpaciu przyszedł na świat Henryk Dobrzański - znany szerzej pod pseudonimem „Hubal".

Człowiek, który na zawsze zapisał się na kartach historii Polski jako niezłomny żołnierz, patriota, symbol honoru i odwagi.

Hubal od najmłodszych lat wyróżniał się niezwykłą odwagą i umiłowaniem Ojczyzny. Był oficerem kawalerii Wojska Polskiego, uczestnikiem walk o niepodległość, wybitnym sportowcem, ale przede wszystkim człowiekiem, który całym swoim życiem udowodnił, co znaczy być wiernym żołnierskiej przysiędze.

Po klęsce kampanii wrześniowej 1939 roku nie złożył broni. Nie zdjął munduru. Postanowił walczyć dalej, prowadząc partyzancką wojnę przeciwko niemieckiemu okupantowi. Jego oddział wydzielony Wojska Polskiego był jednym z pierwszych i najbardziej legendarnych zgrupowań partyzanckich podczas II wojny światowej.

„Broni nie złożę. Munduru nie zdejmę. Tak mi dopomóż Bóg.”

Te słowa, które przypisuje się Hubalowi, stały się symbolem jego niezłomności i do dziś poruszają serca wszystkich, którzy pamiętają o jego poświęceniu.

Henryk Dobrzański zginął w walce 30 kwietnia 1940 roku, ale jego legenda żyje dalej. Dziś, w rocznicę jego urodzin, oddajemy mu hołd i przypominamy, że w historii naszej Ojczyzny zawsze byli ludzie, którzy dla wolności gotowi byli poświęcić wszystko.

Niech pamięć o Hubalu będzie dla nas wszystkich inspiracją do życia w prawdzie, godności i miłości do Polski.
Henryk Dobrzański "Hubal"
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
Opowieść ta swój początek miała 22 lipca 1881 roku w niewielkiej wsi Maksymówka (obecnie na terenie Ukrainy), gdzie za sprawą Bolesława seniora i Józefy ze Struszkiewiczów na świat przyszedł przyszły doktor, oficer, poeta i bon-vivant [1]. Człowiek ten z powodzeniem mógłby zostać polskim Jamesem Bondem. Gdyby tylko Bond miał wąsy i skłonność do jazdy konno po salonach. Bolesław Wieniawa-Długoszowski, bo takie imię dostał po ojcu, był nieprzeciętnym jegomościem, który miał przebić szarość codzienności szablą, słowem i nieprzyzwoicie dobrym stylem.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 6 „Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń”: Bolesław Wieniawa-Długoszowski
Młody Bolek dorastał w Bobowie koło Gorlic, gdzie hartował ducha i trzymał fason nawet w dziecięcych awanturach. Jako nastolatek trafił do lwowskiego gimnazjum. Cóż, szkoła może nie padła przed nim na kolana, ale za to on z gracją nad nią przegalopował. Maturę zdał eksternistycznie [2] w Nowym Sączu, bo nie każdy bohater musi jak onegdaj hetmana Żółkiewski, siedzieć w knigach. Po maturze przyszła pora na studia medyczne. I to nie w Collegium Humanum, wzorem obecnego marszałka Sejmu, lecz na prawdziwej akademickiej arenie: Uniwersytecie Lwowskim. Tam, gdzie zwykli zjadacze chleba gubili się w podręcznikach, Wieniawa błyszczał. W 1906 roku, z tytułem doktora wszechnauk lekarskich w kieszeni, był gotów na podbój świata. Był to dopiero początek tego rollercostera, który z dumą nazywał swoim życiem.
Jeszcze zanim zdążył wypowiedzieć pierwsze „Carpe diem!” albo „Dawaj szampana, pijem!”- trudno dziś stwierdzić, co padło jako pierwsze. Młodzieniec zanurzył się w świat sztuki jak wróżka w absynt. Od szkolnych lat ciągnęło go do ludzi z wyobraźnią, talentem i lekkim niepokojem w duszy. Nie szukał towarzystwa moli książkowych, lecz poetów z sercem na dłoni i żarem pod skórą. W legendarnym Lwowie wpadał na takich tuzów polskiej literatury jak Kornel Makuszyński, Jan Kasprowicz, Leopold Staff czy Stanisław Wyspiański. Z takim składem to nie były spotkania przy herbatce, tylko artystyczne eksplozje z odrobiną dymu, szczyptą buntu i obowiązkową szklaneczką czegoś mocniejszego.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 6 „Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń”: Bolesław Wieniawa-Długoszowski
W 1906 roku, jak przystało na bohatera z klasą, poślubił operową diwę Stefanię Calvas. Bo Wieniawa nie zakochiwał się w byle kim, tylko w kobietach z głosem tak donośnym, że mury Berlina drżały. W kolejnym roku państwo młodzi ruszyli w świat niczym duet marzeń: ona śpiewała, on malował. W stolicy Prus Bolesław zanurkował w świat sztuki. Pędzlem operował niemal tak dobrze, jak później szablą. Lecz to dopiero Paryż miał ich porządnie zakręcić. Miasto świateł, absyntu i rewolucyjnych pomysłów przywitało ich szeroko otwartą bramą kabaretów i kawiarni. Wśród secesyjnych luster i konspiracyjnych szeptów Długoszowski spotkał człowieka z wąsem, który odmieni jego życie. Nie, nie był to artysta, bez złych skojarzeń, proszę. To był żołnierz: Józef Piłsudski, który przybył do stolicy Francji w celu przeprowadzenia odczytu o ruchu strzeleckim. Tak oto sztuka zderzyła się z polityką, malarz z wojownikiem, a bohater w eleganckim płaszczu z przyszłością, która miała okazać się pełna niebezpiecznych przygód i wojaczki.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 6 „Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń”: Bolesław Wieniawa-Długoszowski
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Bolesław nie zamierzał spoczywać na laurach ani zawieszać szabli nad kominkiem. Brał udział w wojnie o granice, dając kolejny pokaz odwagi, stylu i ułańskiej fantazji. Wyprawa kijowska, Bitwa Warszawska, był tam, oczywiście walcząc w pierwszym szeregu. Odznaczony został również Orderem Virtuti Militari. Zaś w 1915 roku został osobistym adiutantem Józefa Piłsudskiego. Po wojnie przebywając w stolicy dobrze imprezował, już wtedy rozwiedziony z pierwszą żoną. Do legendy przeszły jego powiedzenia podczas wojaży po warszawskich kawiarniach i salonach. Przykładowo raz pijany w warszawskiej kawiarni Ziemiańska, po przyjściu tam Zbigniewa Stypułkowskieg wykrzyczał na głos: „Żydy wynoście się, bo mój przyjaciel endek przyszedł”. Czy też słynny zakład o wjechanie konno na piętro gmachu, gdzie miał rzec: „Skończyły się żarty, panowie, zaczynają się schody”. Zakład oczywiście wygrał.
W czerwcu 1920 roku awansował na podpułkownika. Nie dlatego, że dobrze wyglądał w mundurze, choć to też. Lecz dlatego, że zasłużył krwią, potem i nieprzyzwoicie celnie rzucanym rozkazem. W listopadzie 1921 roku został mianowany attaché wojskowym w Bukareszcie. Z kawalerzysty przeistoczył się w dyplomatę, który zamiast szarżować konno, szarżował po salonach i rautach. Garnitur leżał na nim równie dobrze jak mundur, a toast wznosił z gracją, która powinna mieć osobny rozkaz dzienny. W 1923 roku, gdy Piłsudski wycofał się z życia publicznego, Wieniawa również został odstawiony na boczny tor i przeniesiony w stan spoczynku. Rok później wrócił do służby, jak bohater z drugiego aktu filmu. Jeszcze bardziej doświadczony, jeszcze lepiej ubrany.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 6 „Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń”: Bolesław Wieniawa-Długoszowski
Służył w 1 Pułku Szwoleżerów im. Józefa Piłsudskiego w Warszawie, gdzie 1 grudnia 1924 roku został awansowany do stopnia pułkownika. A że nie był typem, który zadowala się jedną gwiazdką na pagonie. Ukończył kurs sztabowy, zdobył dyplom oficera Sztabu Generalnego i ruszył dalej. Tym razem do Inspektoratu Armii Nr II w Warszawie, gdzie został pierwszym referentem. Nawet za biurkiem Wieniawa potrafił siać zamieszanie z klasą. W kolejnych latach był przerzucany z jednostki do jednostki.
10 grudnia 1931 roku Ignacy Mościcki, prezydent Rzeczypospolitej, zrobił to, co było od dawna nieuniknione awansował Wieniawę-Długoszowskiego na generała brygady. Choć sam zainteresowany nie był bardzo rad z takiej decyzji. O czym może świadczyć jego wizytówka z tamtego okresu: Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, były pułkownik. W kolejnych latach Wieniawa nie zwalniał tempa. Dowodził 2 Dywizją Kawalerii, a potem 1 Brygadą Kawalerii w Warszawie. W kwietniu 1937 objął komendę nad całą Dywizją Kawalerii w stolicy.  Choć formalnie tytuł generała brygady otrzymał dopiero 27 maja 1938 roku. Jednak zamiast wysyłać go na front, skierowano go do dyplomacji. A jak sam mawiał: „W dyplomacji można czasem robić świństwa, ale nigdy głupstw. W kawalerii jest odwrotnie”. W maju 1938 roku obejmuje stanowisko ambasadora RP w Rzymie. Z tym wyjazdem wiąże się pewna anegdotka mająca na celu parodiowanie rozmowy austriackiego malarza z włoskim socjalistą. Podasz odjazdu pociągu Bolesław krzyknął do swojego kolegi Adolfa Dymszy takie oto słowa: „Adolfie! Ja ci nigdy tego nie zapomnę!”.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 6 „Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń”: Bolesław Wieniawa-Długoszowski
Lecz historia nie miała zamiaru traktować Wieniawy ulgowo. 25 września 1939 roku, w dramatycznych dniach po upadku Polski, prezydent Mościcki zgodnie z Konstytucją Kwietniową wskazał Wieniawę jako swego następcę. W teorii miał zostać prezydentem RP. W praktyce, jak to u bohaterów bywa, wszystko poszło pod górę. Kiedy Wieniawa dowiedział się o nominacji, opuścił Włochy i przybył do Paryża. Tam jednak czekały na niego nie wiwaty, lecz mur oporu. Obóz antysanacyjny, wspierany przez Francję i Wielką Brytanię, nie zaakceptował jego kandydatury.
Ostatecznie, zachowując klasę, zrezygnował z urzędu, zanim zdążył oficjalnie go objąć. W 1940 roku wyjechał do Portugalii, a potem do Stanów Zjednoczonych. W marcu 1942 roku powierzono mu nową misję: stanowisko ambasadora RP na Kubie. Wyspa rumu dostała swojego generała w tropikalnym wydaniu. Tam, z dala od frontu i politycznych rozgrywek, czekał na ewentualną szansę, by jeszcze raz zabłysnąć w historii. Chwila ta jednak już nigdy nie nadeszła.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 6 „Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń”: Bolesław Wieniawa-Długoszowski
1 lipca 1942 roku w Nowym Jorku zgasła jedna z najbarwniejszych postaci II Rzeczypospolitej. Bolesław Wieniawa-Długoszowski- generał, dyplomata, kawalerzysta z fantazją, odebrał sobie życie, skacząc z piątego piętra kamienicy, w której mieszkał. W kieszeni jego piżamy znaleziono list:

"Myśli plączą mi się w głowie… Nie czuję się na siłach reprezentować Rządu… Boże, zbaw Polskę. B."  [3]
Oficjalnie mówiono, że targnął się na życie z powodu rozgoryczenia po odsunięciu od spraw państwowych. Wysłany do USA, miał reprezentować kraj, który nie chciał już jego legendy. Wieniawa, jak każdy prawdziwy bohater, część prawdy zabrał ze sobą. W 1990 roku jego prochy sprowadzono do Polski. Spoczął na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Bolesław wrócił do ojczyzny.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 6 „Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu panna, przed nią tylko koń”: Bolesław Wieniawa-Długoszowski
[1] fr. „dobrze żyjący”- osoba prowadząca beztroskie, towarzyskie życie, ceniąca przyjemności, dobre jedzenie, wino i styl.

[2] zdanie egzaminu (np. maturalnego) bez uczęszczania na regularne zajęcia szkolne, jako tzw. uczeń eksternistyczny, po samodzielnym przygotowaniu.

[3] pełna wersja: „Myśli plączą mi się w głowie i łazmią jak zapałki lub słoma. Nie mogę spamiętać najprostszych nazw miejscowości, nazwisk ludzi oraz proste wypadki z mego życia. Nie czuję się w tych warunkach na siłach reprezentować Rząd, gdyż miast pożytku, mógłbym szkodzić sprawie. Zdaję sobie sprawę, że popełniam zbrodnię wobec żony i córki, zostawiając je na pastwę losu i obojętnych ludzi. Proszę Boga o opiekę nad nimi. Boże, zbaw Polskę. B”..
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
W 1547 roku w niewielkiej wsi Turynka urodził się chłopiec, który miał stać się postrachem chanów, hospodarów i carewiczów, Stanisław Żółkiewski, przyszły wódz, strateg, hetman i autor jednego z najbardziej spektakularnych zwycięstw w dziejach Rzeczypospolitej.

Pochodził z rodziny, która nie okupowała kąta w historii Polski. Od XIV wieku Żółkiewscy przewijali się przez urzędy, sejmy, trybunały – często blisko centrum wydarzeń. Ojciec (Stanisław, bo w tej rodzinie nie kombinowano z imionami) był grubą rybą- wojewodą ruskim, bliskim przyjacielem Jana Zamoyskiego [1]. Dzięki tej znajomości młody Żółkiewski miał nie tylko dobre geny, ale też jak to się dziś mówi, jeszcze lepszy „networking polityczny”. Matka, Zofia z Lipskich, była kobietą silną, dumną, z krwią, która płonęła patriotyzmem. To ona zaszczepiła w synu to, co później wybuchło na polach bitew, żar miłości do ojczyzny i chłodną dyscyplinę intelektualną.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 5 „Mężnie poczynaj, niechaj się pokrzepi serce twoje”: Stanisław Żółkiewski
Młody Stanisław nie był zwykłym synalkiem magnackim. Jezuickie kolegium we Lwowie uczyniło z niego maszynę do myślenia. Znał łacinę, pochłaniał historię, czytał Cycerona, Horacego i Cezara. Tego ostatniego nie tylko studiował, ale wręcz kopiował, i to dosłownie. Później sam pisał pamiętniki tak, jakby właśnie wyszedł z rzymskiego senatu po zdławieniu kolejnej rebelii. Krótko mówiąc, zanim Żółkiewski dobył szabli, już miał ostrzejszy umysł niż większość polityków swojej epoki.

Około 1566 roku ojciec wysłał go na dwór Zamoyskiego. Tam nauczył się francuskiego, włoskiego, a prawdopodobnie także niemieckiego. Języki to jedno, ale to właśnie dzięki Zamoyskiemu Żółkiewski trafił do pierwszej ligi dyplomacji. Wysłany do Paryża, brał udział w negocjacjach z Henrykiem Walezym. Po drodze odwiedził też cesarza Maksymiliana II. Dla młodego magnata był to przedsionek wielkiej kariery.
Żółkiewski rozpoczął karierę w kancelarii króla Stefana Batorego, a potem został jego osobistym sekretarzem. Z jednej: strony dokumenty, polityka, sprawy państwowe. Z drugiej: realna szkoła wojennego rzemiosła. Uczył się od samego Batorego, jednego z najwybitniejszych wodzów w historii Rzeczypospolitej. Był przy nim w czasach wielkich triumfów. Obserwował z bliska, jak robi się politykę, dyplomację i wojnę.

Gdańsk, 1577 rok– wojna domowa, buntownicze miasto stawia opór. Żółkiewski, jako rotmistrz Zamoyskiego, błyszczy w bitwie pod Lubiszewem. W kolejnym konflikcie z Moskwą znowu staje w pierwszym szeregu. Podczas kampanii wielkołuckiej (1580) rusza do boju, a gdy Zamoyski zdobywa Wieliż, to właśnie młody Stanisław jedzie osobiście donieść o tym królowi. Człowiek akcji, nie listonosz. Pod Toropcem dowodzi już własną chorągwią i miażdży rosyjskie oddziały jak karton pod husarską podkowę. W 1581 roku bierze udział w oblężeniu Pskowa, ostatnim akcie tej wojny. Już wtedy było jasne: to nie jest zwykły dowódca. To materiał na przyszłego hetmana.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 5 „Mężnie poczynaj, niechaj się pokrzepi serce twoje”: Stanisław Żółkiewski
Gdy w grudniu 1586 roku umarł Stefan Batory, w Koronie zrobiło się tak cicho, że aż huknęło. Bezkrólewie to w Rzeczypospolitej zawsze sport ekstremalny: zamiast jednego monarchy stado ambicji, intryg i szabel. Tym razem poszło ostro, podwójna elekcja [2]. Jedni krzyczeli: „Maksymilian Habsburg, porządek, cesarska dyscyplina!”. Drudzy, zaś: „Zygmunt Waza, krew Jagiellonów, sojusz ze Szwecją!”. W obozie Wazy stają Jan Zamoyski i jego człowiek  Stanisław Żółkiewski. Habsburg nie zamierza grać w dyplomację: rusza na Kraków, chce koronę siłą. Jednak Kraków to nie jabłko do zerwania. Broni go Zamoyski i Żółkiewski. Na murach, w pyle, z muszkietami w rękach ludzi, którzy nie zamierzają wpuścić cesarskiego księcia choćby przez dziurkę od klucza. Oblężenie spełza na niczym.
W roku 1588 Polska ma nowego króla, ale granice wciąż parzą jak rozżarzone żelazo. Rzeczpospolita potrzebuje nie tylko mówców, lecz ludzi z jajami i talentem wojennym. I właśnie wtedy Stanisław Żółkiewski dostaje swój pierwszy płomień chwały. 7 marca  buława hetmana polnego koronnego ląduje w jego rękach. Protekcja Zamoyskiego pomogła, ale bez odwagi i żelaznej pracy nikt nie dostałby takiej nominacji. Od teraz ma bronić wschodnich rubieży, krainy, gdzie koń i szabla ważą więcej niż sejmowe pieczęcie. Dodatkowo zostaje starostą hrubieszowskim. W tym samym roku odchodzi jego ojciec, a Żółkiewski staje się głową rodu. Rok później staje na ślubnym kobiercu z Reginą Herburt. Małżeństwo okazuje się nie tylko politycznie korzystne, ale też zwyczajnie szczęśliwe. Trójka dzieci, harmonia i ciekawostka dla fanów genealogii: ich córka Zofia była babką króla Jana III Sobieskiego.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 5 „Mężnie poczynaj, niechaj się pokrzepi serce twoje”: Stanisław Żółkiewski
Rok 1600, Wołoszczyzna [3] płonie, a sprawcą zamieszania jest Michał Waleczny, który wyrzuca propolskich hospodarów i zaczyna flirtować z Moskwą i Szwecją. Trzeba było interwencji  i to z rozmachem. Bitwa pod Bukowem, mgła, zaskoczenie i rady Żółkiewskiego. Waleczny przestaje istnieć, Polacy zgarniają 95 chorągwi, działa i tabory. W latach 1601–1602 Żółkiewski okładał Szwedów w Inflantach. Pod Rewlem wygrał 30 czerwca 1602, a chwilę później brał udział w zdobyciu Białego Kamienia. W 1606 zastawił genialną zasadzkę na Tatarów pod Kalnikiem schował wojsko, pozwolił im wejść z jasyrem i wtedy uderzył. Tatarzy zostali rozbici w proch, łupy odzyskane, setki ludzi uratowane z niewoli. Potem przyszła wewnętrzna burza, rokosz Zebrzydowskiego. Żółkiewski, choć nie pałał miłością do Zygmunta III, stanął po stronie Korony. Bitwa pod Guzowem (1607), Żółkiewski dowodził lewym skrzydłem, Chodkiewicz prawym, Potocki centrum, a husaria odwodem. Rebelia stłumiona, a Żółkiewski w nagrodę został wojewodą kijowskim. Facet wiedział, kiedy trzeba było dać w mordę, a kiedy próbować załatwić sprawę dyplomatycznie. Prawdziwy mistrz balansu między szablą a rozsądkiem.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 5 „Mężnie poczynaj, niechaj się pokrzepi serce twoje”: Stanisław Żółkiewski
Na przełomie XVI i XVII wieku Moskwa pogrąża się w chaosie, tyrania Iwana Groźnego, dżuma, głód i wojna domowa. Borys Godunow próbuje trzymać ster, ale polscy magnaci wrzucają do gry Dymitra Samozwańca, który krótko cieszy się tronem, bojarzy go eliminują i wpychają Wasyla Szujskiego. To Rzeczpospolita wchodzi do gry na pełnej petardzie. Oficjalnie: chcemy wspomóc „nowego” Dymitra i powstrzymać sojusz Moskwy ze Szwecją. Nieoficjalnie: Zygmunt III marzy o carskiej koronie, a bojarzy widzą w Polakach szansę na szlachecki model władzy. Żółkiewski początkowo kręci nosem, ale gdy trzeba wziąć miecz i ruszyć na Moskwę, nie waha się ani chwili.
Armia Żółkiewskiego liczyła 13 tysięcy ludzi i 30 dział, za mało, by zdobyć potężnie ufortyfikowany Smoleńsk, większy od ówczesnej Warszawy. Oblężenie się ślimaczyło, ale 4 lutego 1610 roku hetman dogadał się z propolskimi bojarami: carem miał zostać Władysław, syn Zygmunta III. Tymczasem odsiecz Szujskiego już maszerowała- 30 tysięcy Rosjan i 5 tysięcy najemników, głównie Szwedów pod dowództwem Jakuba de la Gardie. Rosjanie chcieli zamknąć Żółkiewskiego w śmiertelnej pułapce: 8 tysięcy wojsk Wałujewa czekało w zasadzce, reszta parła z przodu. Żółkiewski, nie spanikował. Rozdzielił siły: jedni zablokowali Wałujewa, a trzon armii  z husarią na czele nocą ruszył na Szujskiego. Nie udało się zaskoczyć śpiącego obozu, ale Rosjanie i tak sądzili, że Polacy uciekają, to był ich ostatni błąd.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 5 „Mężnie poczynaj, niechaj się pokrzepi serce twoje”: Stanisław Żółkiewski
Tym samym nastał dzień, w którym husaria przeszła na zawsze do historii,  a było to 4 lipca 1610 roku. Pod Kłuszynem Żółkiewski stanął z 6 900 jazdy (w tym 5 500 husarzy) przeciwko armii sześć razy liczniejszej. Piechoty miał zaledwie 200 ludzi, reszta to czysta, doborowa jazda. Wrogowie Rosjanie i najemnicy kłócili się o żołd. Hetman próbował ich skłócić jeszcze bardziej. Bitwa rozpoczęła się od szarży prawego skrzydła na obóz rosyjski. Husarze wracali po nowe kopie i atakowali raz za razem, nawet 10 razy. Lewe skrzydło miało trudniej- płoty, muszkieterzy i pikinierzy. Piechota i działa usunęły przeszkody, potem nadeszła burza stali. Husaria kładła wszystko pokotem. Potężna szarża, dyscyplina i niezmącony duch. Cudzoziemcy przeszli na polską stronę, a Dymitr Szujski uciekł z pola bitwy w panice, zostawiając obóz, złoto i honor. To była totalna masakra, największa klęska w historii carskiej armii a dla Żółkiewskiego nieśmiertelny triumf.
Po zwycięstwie pod Kłuszynem hetman ruszył na Moskwę. Po drodze miasta same otwierały przed nim bramy. 3 sierpnia 1610 stanął pod stolicą Rosji, a 27 sierpnia podpisał z bojarami układ: Władysław zostanie carem, jeśli przyjmie prawosławie. Po toastach, prezentach i gestach dobrej woli, 8 września Żółkiewski wkroczył na Kreml. Polska załoga utrzymała się tam aż do 1612 roku. To on zdobył Moskwę, nie Napoleon, nie Hitler. Ale triumf okazał się krótkotrwały. Zygmunt III nie zaakceptował warunków układu. Zdrada porozumienia rozbudziła nienawiść Moskwy. To był początek końca polskiej obecności na Kremlu. 29 października 1611 roku Warszawa eksplodowała entuzjazmem. Hetman Stanisław Żółkiewski wrócił jak antyczny bohater w blasku zwycięstwa, owacjach tłumów, huku wiwatów i biciu dzwonów. I to nie wszystko: za jego plecami jechali w kajdanach pokonani zdetronizowany car Wasyl IV i jego bracia. Upokorzeni musieli złożyć hołd polskiemu królowi [4]. Jednak nawet w chwili chwały było w nim coś z goryczy. Triumf był realny, lecz zwycięstwo polityczne wyparowało.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 5 „Mężnie poczynaj, niechaj się pokrzepi serce twoje”: Stanisław Żółkiewski
Na finiszu życia fortuna odwróciła się plecami. Choć w 1618 roku Żółkiewski dostał dwa miecze władzy- buławę hetmana wielkiego koronnego i kanclerski pierścień, to nie zatrzymał tatarskiego najazdu. Kresy spłynęły łzami, a hetman, mimo że winę dzielił z niesubordynowanymi magnatami, to stał się celem ostrej krytyki. Chciał oddać buławę, król nie przyjął. Jesienią 1620 roku miała miejsce bitwa pod Cecorą. Gra na śmierć i życie. Żółkiewski ruszył z 7 tysiącami żołnierzy, by wspomóc przyjaznego Polsce hospodara. Bitwa początkowo szła po myśli hetmana, aż do zdrady Grazzianiego, który przeszedł na stronę wroga. 

Polacy cofają się do obozu. Nastąpił chaos, plotki o ucieczce dowódców. Żółkiewski ogarnia sytuację, decyduje: odwrót w pełnym szyku bojowym. Tabor jak pancerny wąż pokonuje 165 kilometrów przez piekło, odpierając atak za atakiem. Granica już na horyzoncie. Lecz wtedy nastąpił rozpad dyscypliny. Dochodzi do paniki i wyłomu w szeregach polskich. Konie czekają, Żółkiewski dostaje jednego, mógł uciec, ale nie zrobił tego. 73-letni heros schodzi z siodła, staje i ginie. Bo jak sam mawiał: „Pięknie i słodko umrzeć za ojczyznę”. I tak właśnie dokonał swojego żywota, stojąc twardo na ziemi z szablą w ręku. Jak antyczny heros.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 5 „Mężnie poczynaj, niechaj się pokrzepi serce twoje”: Stanisław Żółkiewski
[1] Kanclerz i hetman wielki koronny, jeden z najwybitniejszych polityków Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

[2] Wybory monarchy po śmierci Stefana Batorego (1587), podczas których część szlachty poparła Maksymiliana Habsburga, a druga  Zygmunta III Wazę. Konflikt zakończyła zwycięska dla Wazów bitwa pod Byczyną.

[3] Historyczna kraina leżąca na terenie dzisiejszej Rumunii, często będąca przedmiotem rywalizacji i interwencji polityczno-wojskowych między Rzeczpospolitą, Imperium Osmańskim i Habsburgami.

[4] Hołd ruski, symboliczny akt z 1611 roku, w którym car Wasyl IV Szujski i jego bracia, wzięci do niewoli po zwycięstwie pod Kłuszynem, zostali zmuszeni do złożenia hołdu królowi Zygmuntowi III Wazie na Zamku Królewskim w Warszawie.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
8
Wiedeń, rok pański 1763. W cesarstwie [1] grają walce, politycy knują, a w jednej z eleganckich rezydencji przychodzi na świat chłopak z jajami zbyt wielkimi, by zmieściły się w jeździeckich bryczesach. Józef Antoni Poniatowski- syn Andrzeja (arystokrata pełną gębą) i Teresy z rodu Kinskich (czeski glamour). Rodzice są nieźle ustawieni, ojciec jest księciem Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Tytuł przytulił w 1765, bo w rodzinie Poniatowskich mówiło się: „Jak brać, to z najwyższej półki.”
Józef, pieszczotliwie zwany Pepim, od dziecka nie bawił się w teatrzyki. Jego edukacja i zainteresowania obejmowały głównie: jazdę konną, francuski, włoski, łacinę, szablę i wojskową dyscyplinę. Już jako nastolatek nosił mundur. W wieku 17 lat został porucznikiem w armii Habsburgów, a mając 25 awansował na pułkownika i adiutanta cesarza Józefa II [2]. Służba cesarska to najwyższa liga europejska. Wszystko zmierzało ku temu, by Józef został feldmarszałkiem u Kaisera, a jego biografię pisały wiedeńskie archiwa. Ale wtedy do akcji wchodzi Rzeczpospolita.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 4 „Bóg mi powierzył honor Polaków, Jemu go tylko oddam”: Józef Poniatowski
W roku 1789 stryj Józefa, Stanisław August Poniatowski, czyli król (z koroną z oświecenia, ale z duszą melancholijnego wolnomularza), wysyła wiadomość: „Pepi, wracaj. Polska cię potrzebuje.”
I Józef zawinął z powrotem do macierzy. Bo nie ma większego testu lojalności niż porzucić cesarski luksus dla ojczyzny na krawędzi.
Wraca do kraju, gdzie Sejm dopiero co zasiadł do naprawy tego bałaganu zwanego Rzeczpospolitą. Sejm Wielki- w teorii arena reform i nadziei, w praktyce ring, na którym wszyscy krzyczą, a mało kto uderza. I wtedy wchodzi Józef: młody, przystojny, pachnący wiedeńskim porządkiem, z kieszeniami pełnymi planów. Lecz nie przyszedł tu wygłaszać przemówień. Przyszedł wojować, jak dawny husarz, który przybył, bo Polska jeszcze nie umarła, ale ledwo zipie. I to właśnie był początek legendy.

Gdyż zanim przyszedł Napoleon, zanim słyszano huk armat, zanim Warszawa wyszła na ulice płakać po nim jak po królu był jedynie młody Pepi. Książę, który miał wybór i wybrał Polskę.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 4 „Bóg mi powierzył honor Polaków, Jemu go tylko oddam”: Józef Poniatowski
Warszawa wzywa, a Józef nie siedzi z założonymi rękami i herbatką przy stoliku. Właśnie został generał-majorem. A razem z tytułem dostaje IV Dywizję i misję, która pachnie potem, krwią i reformą. Bo nie chodziło o defilady, tylko o realne uzbrojenie kraju, którego armia przypominała raczej paradę niż machinę wojenną. Na wiosnę 1792 roku Józef Poniatowski obejmuje dowództwo wojsk koronnych na Ukrainie. Ledwo zdążył rozwinąć mapy, a już przyszła wiadomość: Targowica [3]. Trzej magnaci: Szczęsny Potocki, Franciszek Branicki i Sewery Rzewuski postanowili zagrać va banque i zawiązali konfederację, oskarżając Konstytucję 3 Maja o zamach na ich „święte prawa”. A pod „prawami” kryło się głównie: hulaj dusza, piekła nie ma, a chłop ma siedzieć cicho.
Rosja, jak ten zły z kreskówki, tylko czekała za rogiem. Katarzyna II przywdziała maskę „obrończyni wolności” i wjechała do Polski z armią, która liczyła blisko 100 tysięcy bagnetów. Oficjalnie w ramach „bratniej pomocy”. Rozpoczęła się kolejna wojna polsko-rosyjska. Józef nie czekał, aż wróg zapuka do drzwi. Z marszu ruszył w pole, choć wiedział, że rosyjska przewaga jest przytłaczająca. Jednak to nie liczby decydują, tylko ci, co stoją naprzeciwko siebie. I wtedy nadszedł 18 czerwca 1792 roku i Zieleńce.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 4 „Bóg mi powierzył honor Polaków, Jemu go tylko oddam”: Józef Poniatowski
Na mapie był to tylko punkt między lasem a drogą. W historii Polski, zaś iskra nadziei. Książę Józef poprowadził swoje wojsko przeciwko przeważającym siłom Rosjan i wygrał. Polacy pokazali pazur, nie ustępowali, szarżowali. Bitwa była twarda jak skała i błotnista jak wschodnia droga po burzy. Ale polska jazda się nie cofnęła, ani o krok. Książe udowodnił, że honor nie umarł, że Konstytucja, choć zdradzona, jeszcze żyje w sercach i szablach.
Zieleńce to nie tylko wygrana na polu. To symbol. Moment, kiedy naród, rozrywany, osłabiony, zdradzany pokazał, że nie podda się bez walki. Polska potrafi stawić czoła imperiom. To z tej bitwy dzieci w przyszłości będą uczyć się, że nawet gdy jest źle, to walka ma sens. Bo Zieleńce to nie koniec, to początek mitu. Mitu o młodym księciu, który nie bał się Rosji. O armii, która mimo zdrady własnych możnych, nie złożyła broni. O Polsce, która upadała, ale nie klękała.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 4 „Bóg mi powierzył honor Polaków, Jemu go tylko oddam”: Józef Poniatowski
Król nie ukrywał radości, jakby mu ktoś skrzyżowanie husarskiego skrzydła z kawalerskim orderem podsunął pod nos. Duma go rozsadzała bratanek rozgromił Ruskich! To nie była jakaś tam potyczka o stóg siana, to była pierwsza prawdziwa wiktoria od czasów Jana III Sobieskiego. Takich rzeczy nie zapisuje się ołówkiem, tylko złotem. I wtedy monarcha zrobił to, co robi tylko ktoś, kto czuje ciężar historii na własnym karku powołał do życia Order Virtuti Militari. Na liście odznaczonych znalazło się również piętnastu innych bohaterów, którzy zamiast uciekać, wybierali szarżę prosto w ogień. Wśród nich, Tadeusz Kościuszko, facet, który też nie wymiękał, tylko robił swoje.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 4 „Bóg mi powierzył honor Polaków, Jemu go tylko oddam”: Józef Poniatowski
Mimo wszystko, Polska krwawiła. Po klęsce wojsk Rzeczypospolitej i drugim rozbiorze w 1793 roku, kraj chylił się ku upadkowi jak wojownik z rozbitą tarczą. Ale z ostatniego tchu narodził się cios rozpaczy, powstanie kościuszkowskie. I choć Józef Poniatowski nie dowodził, to stanął do walki nie z tytułu, lecz z honoru. Potem nadeszła ciemność. III rozbiór w 1795 roku był jak ostateczny cios w serce ojczyzny. Polska zniknęła z mapy, lecz nie z pamięci. Pepi wrócił do Warszawy w 1798 roku, już pod pruskim butem, żeby zamknąć sprawy po śmierci stryja, ostatniego króla. Ale to był tylko reset, przerwa przed wielkim comebackiem.
Bo kiedy w 1806 roku wiatr historii znów zawył w trąby bojowe, Poniatowski zrzucił kurz z szabli i wrócił do gry. Najpierw jako oficer pod pruskim sztandarem, ale gdy Napoleon wkroczył do Warszawy jak burza z Korsyki, Pepi zmienił barwy oraz swój los.  W 1807 roku powstało Księstwo Warszawskie, a Poniatowski został jego ministrem wojny. Dwa lata później, kiedy Austria ostrzyła bagnety, Napoleon nie miał wątpliwości kto ma zostać naczelny wodzem odrodzonej armii? Tylko Józef i nie dlatego, że był księciem. Dlatego, że był żołnierzem, który nie bał się niczego oprócz zdrady.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 4 „Bóg mi powierzył honor Polaków, Jemu go tylko oddam”: Józef Poniatowski
Raszyn 1809, dwukrotnie liczniejszy przeciwnik, Austriacy prący jak walec, a naprzeciw nich polska armia z Józefem na czele. Nie schowany za linią, nie zasypany mapami, ale na czele szarży, z szablą w ręku. Bitwa była nierozstrzygnięta, ale duch wygrany. Józef Poniatowski pokazał, że odwaga nie liczy bagnetów, tylko serca. Po Raszynie nie czekał na fanfary. Ruszył do kontrofensywy, wyzwalał Galicję krok po kroku. A gdzie niósł wolność, tam stawiał fundamenty: powołał Rząd Centralny Wojskowy Tymczasowy Obojga Galicji, a 15 lipca wkroczył do Krakowa jak rycerz wracający do twierdzy.
W 1812 roku Napoleon decyduje się rzucić kości na lód i uderza na Rosję. Dla wielu to był marsz w błotniste, a potem zamarznięte piekło. Dla Poniatowskiego jeszcze jedna szansa, żeby Polska powstała z popiołów. Gdy Wielka Armia [4] topniała na rosyjskich bezdrożach, on nie zszedł z posterunku. Odtworzył armię polską i poprowadził ją na nowy front do Saksonii.16 października 1813 roku, Lipsk. Gdy Napoleon już widział, jak wszystko się wali, spojrzał na Pepiego i rzekł: „Jesteś marszałkiem Francji.” To jedyny cudzoziemiec, który dostał tę godność z pola bitwy.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 4 „Bóg mi powierzył honor Polaków, Jemu go tylko oddam”: Józef Poniatowski
Trzy dni później, 19 października, Elstera pochłonęła bohatera. Ranny, w mundurze nasiąkniętym krwią, próbował się przeprawić przez rzekę, by osłonić odwrót resztek armii Napoleona. Nie udało się, ale legenda przetrwała. W 1814 roku jego ciało wróciło do Warszawy. Najpierw spoczął w kościele św. Krzyża. Ale to był tylko przystanek. Bo w 1817 roku jego trumna wjechała na Wawel do panteonu tych, którzy nie tylko walczyli, ale stawali się symbolem tego, co w Polsce najlepsze: odwagi, lojalności i poświęcenia.
Śmierć księcia wstrząsnęła krajem. Legendę trzeba było uwiecznić, więc zadanie wykonania pomnika powierzono mistrzowi dłuta Bertelowi Thorvaldsenowi. Artysta nie pokazał husarza, ale antycznego bohatera Józefa Poniatowskiego na wzór Marka Aureliusza, dumnie na koniu. W 1829 roku Warszawa zobaczyła model, ale wtedy wybuchło powstanie listopadowe, a po jego upadku car zabrał pomnik jako łup. Najpierw trafił do Modlina, potem do Homla jako ozdoba majątku Iwana Paskiewicza. W 1922 wrócił do Polski i stanął przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Zniszczony w czasie II wojny światowej, został odtworzony z zachowanego modelu. Nowy odlew, dar Belgii, stoi dziś przed Pałacem Prezydenckim, jakby sam książę strzegł honoru Rzeczypospolitej.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 4 „Bóg mi powierzył honor Polaków, Jemu go tylko oddam”: Józef Poniatowski
[1] Chodzi o Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, złożony organizm polityczny istniejący w latach 962–1806, obejmujący m.in. tereny dzisiejszych Niemiec, Austrii, Czech, Belgii i północnych Włoch.

[2] Józef II Habsburg (1741–1790), cesarz rzymsko-niemiecki, syn Marii Teresy i Franciszka I Lotaryńskiego, znany jako jeden z najwybitniejszych przedstawicieli absolutyzmu oświeconego.

[3] Konfederacja zawiązana 14 maja 1792 r. w Targowicy (obecnie Ukraina) przez grupę magnatów przeciwnych Konstytucji 3 maja. Pod pretekstem obrony „złotej wolności szlacheckiej” zwrócili się o pomoc do carycy Katarzyny II, co doprowadziło do interwencji rosyjskiej i wojny z Polską. Konfederacja Targowicka przeszła do historii jako symbol zdrady narodowej.

[4] Potężna, wielonarodowa armia utworzona przez Napoleona Bonapartego, uważana za jedną z najskuteczniejszych formacji wojskowych w historii. Jej trzon stanowili Francuzi, lecz walczyli w niej również żołnierze z sojuszniczych państw, w tym Polacy z Księstwa Warszawskiego.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
5
Ród Wiśniowieckich to była gorąca krew z samego trzonu dynastii Giedyminowiczów [1]. Herb Korybut [2], ziemie zadnieprzańskie i tradycja jazdy, która nie znała określenia „cofnąć się z pozycji”. Jeremi Michał Wiśniowiecki urodził się 17 sierpnia 1612 roku w Łubniach, w samym środku Ukrainy Zadnieprzańskiej, gdzie ziemia rodziła nie tylko pszenicę, ale i buntowników, kozackie zaciągi i krwawe legendy. Już na starcie miał wpisane w metrykę więcej wojny niż mleka.
Jego ojciec Michał- książę na bogato, ale bez hamulców. Miał ogromny majątek i równie ogromną słabość do rozrzutności. Gdy kończyły się pieniądze, zaczynał się najazd. Sąsiedzi nie nadążali z odbudową chutorów [3], a sądy z wystawianiem nakazów. Ojciec Jeremiego kilkukrotnie został skazany na banicję, czyli takie formalne „wynocha” z kraju. Porywczość miał wpisaną w herb, a sam Jeremi odziedziczył ją jak niechciany testament. Dorósł szybciej, niż się wszystkim wydawało, bo dzieciństwo zakończyła historia tak mroczna, że wszystkie te „Gry o Tron” to się chowaj.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 3: "Nie złożę szabli, póki Ukrainy nie uspokoję": Jeremi Wiśniowiecki
W 1616 roku ojciec Jeremiego został otruty podczas eucharystii. Mołdawski pop podał mu sakrament z wkładką w postaci trucizny. Była to zemsta za polityczną awanturę, w którą Michał Wiśniowiecki się wmieszał, próbując osadzić na mołdawskim tronie Aleksandra Mohyłę, hospodara przychylnego Polsce. Morderca dostał, co swoje. Złapano go i spalono żywcem. Bez sądów apelacyjnych, bez miłosierdzia. Takie były czasy i taki był klimat ziem ukrainnych.
Trzy lata później Jeremi Wiśniowiecki został sierotą. Matka zmarła, a on sam trafił pod skrzydła dalekiego krewnego, Konstantego Wiśniowieckiego. Ten nie szczędził mu dyscypliny, wychował go w tradycji polskiej i katolickiej, jak przystało na szlachecką linię, która miała być nie tylko bogata, ale i patriotyczna. Młody kniaź trafił do kolegium jezuickiego, gdzie uczono go łaciny, logiki, pobożności i sztuki rządzenia ludźmi. W szkole był bystry jak brzytwa i uparty jak kozacki opór, to nauki przyswajał bardzo szybko. Gdy osiągnął pełnoletniość, oficjalnie przeszedł na katolicyzm mimo że matka, jeszcze za życia, surowo mu tego zabroniła.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 3: "Nie złożę szabli, póki Ukrainy nie uspokoję": Jeremi Wiśniowiecki
Swoje pierwsze szlify wojskowe zbierał nie na dworach magnackich, tylko w Niderlandach, patrząc na prawdziwą wojnę. Obserwował oblężenie Maastricht i nie przez lunetę z bezpiecznej odległości, tylko z bliska, tak jak lubił, w błocie, huku armat. Uczył się, jak się zdobywa miasta i łamie morale przeciwnika. Po powrocie do Rzeczypospolitej rzucił się w wir wojny z Moskwą. Prowadził zuchwałe podjazdy na tyłach wroga, głęboko na terenach państwa moskiewskiego. Nie był to jeszcze czas jego legendy, ale już wtedy mówiono: „Gdzie Jeremi, tam ogień.”
Tłumił też kozackie bunty, m.in. powstanie Pawluka. Zasłynął w 1644 roku, kiedy rozbił Tatarów pod Ochmatowem. Bitwa była krótka, krwawa i dla wroga upokarzająca. A Rzeczpospolita zyskała dowódcę, który nie prowadził armii, tylko ciągnął ją za sobą jak burza. Dwa lata później został wojewodą ruskim. Ambitny był jak diabli, już wtedy starał się o buławę hetmańską. Lecz nie otrzymał jej, ani wtedy, ani nigdy (typowa polska tradycja już).
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 3: "Nie złożę szabli, póki Ukrainy nie uspokoję": Jeremi Wiśniowiecki
Jeremi odziedziczył po ojcu nie tylko temperament, ale też ogromny majątek na Wołyniu i Zadnieprzu. Wbrew oczekiwaniom okazał się świetnym gospodarzem. Zaniedbane ziemie zaczęły tętnić życiem, a chłopi chętnie osiedlali się pod jego opieką, licząc na bezpieczeństwo przed Tatarami. Łożył na cerkwie, kościoły, szkolnictwo i nowe miasta. Przed wybuchem powstania kozackiego jego majątek obejmował 38 tysięcy gospodarstw, gdzie żyło prawie 230 tysięcy chłopów (to więcej ludu niż dziś w Radomiu). Roczne dochody sięgały 600 tysięcy złotych, czyli 5% budżetu całej Rzeczypospolitej. Do tego miał własną armię około 6 tysięcy ludzi: husarzy, Tatarów, Kozaków (póki im nie odwaliło), Wołochów, a nawet przeszkolonych chłopów. Książę nie potrzebował sejmu (jak to polski magnat) miał siłę, ziemię i ludzi.
W 1648 roku wybuchło powstanie, które rozniosło Rzeczpospolitą od środka. Nie była to kolejna kozacka rozróba, to był niestety początek końca. Jedna z tych rebelii, po których państwa już się nie podnoszą cało. Jeremi Wiśniowiecki nie miał wyboru. Rebelia zahaczała o jego ziemie, paliła jego wsie, groziła jego ludziom. Miał więc osobisty powód, żeby wejść do tej wojny z szablą gotową do roboty. Od początku miał jasne pogląd na powstanie. Żadnych układów z buntownikami, żadnych kompromisów, tylko ogień i miecz.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 3: "Nie złożę szabli, póki Ukrainy nie uspokoję": Jeremi Wiśniowiecki
Po klęsce wojsk koronnych pod Korsuniem sytuacja zrobiła się dramatyczna. Rzeczpospolita straciła tysiące żołnierzy, i to nie byle jakich, gdyż padła elita wojska kwarcianego [4]. Hetmani Mikołaj Potocki i Marcin Kalinowski dostali się w kozacką niewolę, a powstanie rosło jak suchoklates po sesji z testosteronem. Czerni waliły do wojsk buntownika Chmielnickiego drzwiami i kosami. Wiśniowiecki nie czekał na cud ani posiłki z nieba. Gdy wszyscy liczyli straty, on ruszył ze swoją prywatną armią z Zadnieprza. Nie sam, wyprowadził też tysiące cywilów: służbę, mieszczan, szlachtę z rodzinami i miejscowych Żydów. Co nie zginęło od kozackiej siekiery, przetrwało dzięki kniaziowi. Bo gdzie szła jego jazda, tam ziemia drżała, a buntownicy wiedzieli, że właśnie idzie po nich książę Jarema człowiek, który nie znał litości.
Jakby mało było kłopotów po rozbiciu armii, zmarł jeszcze król Władysław IV. Rzeczpospolita została bez głowy i bez mięśni, a w powietrzu wisiało widomo chaosu. Chmielnicki, choć osłabiony po odejściu Tatarów z jasyrem, wiedział jedno, teraz może grać na czas. Pozorował chęć układów, przeciągał rozmowy, czekał, aż przeciwnik sam się potknie o własną politykę. Niestety po stronie polskiej górę wzięło „stronnictwo pokojowe”, które bardziej bało się wojny niż zdrady. Kanclerz Ossoliński, prywatny wróg Jeremiego Wiśniowieckiego (nienawiść była zresztą obustronna i szczera jak spowiedź przed śmiercią), powierzył negocjacje wojewodzie Adamowi Kisielowi, człowiekowi z dobrymi intencjami, ale złym wyczuciem czasów.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 3: "Nie złożę szabli, póki Ukrainy nie uspokoję": Jeremi Wiśniowiecki
Gdy przyszło do wyznaczenia nowych regimentarzy dla formującej się armii, zadziałał znajomy mechanizm: układy, fochy i faworyci. Pominięto ludzi doświadczonych i skutecznych. Zwyciężyła słynna trójca „pierzyna, łacina i dziecina” [5]. Okazało się to nie tylko złośliwym przezwiskiem, ale niestety również proroctwem. Ich „dowodzenie” zakończyło się katastrofą, która przejdzie do historii jako hańba pod Piławcami. Wystarczyła plotka, że do Kozaków dołączają Tatarzy  i nagle cały obóz wojsk koronnych rzucił broń, namioty, działa, zapasy, i czmychnął w panice jak dzieci po wybiciu okna w szkole parafialnej.  Kiedy inni się miotali, Jeremi działał. Na długo przed klęską Piławiec, 28 lipca 1648 roku, pod Konstantynowem, stanął naprzeciwko oddziału Maksyma Krzywonosa, który miał przewagę liczebną i wiarę we własną nieśmiertelność. Wiśniowiecki rozbił go w pył. Prowadził własną, niezależną kampanię partyzancką z podjazdami, szybkim ogniem i stalową dyscypliną.
Jeremi Wiśniowiecki nie znał pojęcia „litość”. Już na pewno nie dla tych, których uznawał za zdrajców, buntowników i wrogów Rzeczypospolitej. Z pojmanymi obchodził się bezwzględnie. Pal i topór były jego najwierniejszymi „sędziami”. Najokrutniejszą z kar była nadziewka, czyli nabijanie na pal. Ta metoda miała długą historię już od czasów starożytnych. W rękach ludzi Wiśniowieckiego znalazła nowe życie na zadnieprzańskich rubieżach. Skazańca rozbierano, przywiązywano do koni, a zaostrzony pal wbijano mu przez krocze lub odbyt. Ale nie chodziło o szybkie zabicie. Wręcz przeciwnie, cała sztuka polegała na tym, żeby śmierć przyszła bardzo wolno. Pal ustawiano pionowo i pozwalano, by ostrze, pod ciężarem ciała, powoli rozcinało wnętrzności.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 3: "Nie złożę szabli, póki Ukrainy nie uspokoję": Jeremi Wiśniowiecki
Był w Wiśniowieckim nie tylko jak ogień zemsty, ale też wzorem doskonałego dowódcy. W oblężonym Zbarażu pokazał nie twarz kata, lecz obrońcy Rzeczypospolitej. To właśnie on zachował głowę, gdy wokół niego kraj walił się w gruzy. Dowodził obroną twierdzy oblężonej przez 200 tysięcy ludzi, Kozaków, Tatarów i wściekłych chłopów, którzy przyszli po własne „sprawiedliwości”. Po stronie polskiej było zaledwie 15 do 20 tysięcy obrońców, z czego tylko 9 tysięcy stanowiły regularne wojska koronne. Reszta to ochotnicy, zbrojna szlachta, mieszczanie i ci, co nie chcieli kończyć życia jako pochodnia w pożodze wywołanej przez Chmielnickiego. Kniaź nie siedział w namiocie z kielichem, był na wałach. Dowodził, krzyczał, opatrywał, walczył ramię w ramię z żołnierzami. Dostał kulę i nie zszedł z posterunku.
W czasie oblężenia rozpoczęto negocjacje. Tatarzy naciskali, by do ich obozu przybył sam Wiśniowiecki. Ale z kręgów informacyjnych wyciekło, że byłaby to droga w jedną stronę. Żywy by nie wrócił. Obrońcy Zbaraża odmówili. Gdy w twierdzy zaczęło brakować wszystkie: jedzenia, sił, nadziei, Wiśniowiecki nie zniknął w cieniu. Chodził między ludźmi, rozmawiał, motywował czasem i kłamał. Rozpuścił plotkę, że król już jedzie z odsieczą, co nie niestety nie było prawdą. Ostatecznie po negacjach z chanem krymskim [6] obrońcy opuścili twierdzę, niszcząc przy odwrocie umocnienia ziemne zamku.
Potem przyszło Beresteczko, największa lądowa bitwa XVII wieku i jedna z najświetniejszych wiktorii Rzeczypospolitej. Tysiące szabel, dym, wrzask, konie i chaos, piekło w pełnym galopie. I właśnie wtedy, gdy Polacy zapędzili się za daleko w tatarskie szyki, a kontratak wisiał w powietrzu, Wiśniowiecki ruszył. Z lewego skrzydła uderzył jak grom. Szarża kniazia przebiła, połamała i rozgoniła siły wroga. Tatarzy poszli w rozsypkę, Chmielnicki czmychnął z pola jak spłoszony lis. Po tym zwycięstwie wydawało się, że historia właśnie skręca w dobrą stronę  dla Polski. 

I tutaj los miał inne plany. Zaledwie miesiąc po Beresteczku, 20 sierpnia 1651 roku, kniaź zmarł nagle w wojskowym obozie w wieku zaledwie 39 lat. Hipotez o śmieci kniazia było wiele: podejrzenia, szeptane spiski, zarzuty cichego morderstwa. Sekcja zwłok przeprowadzona na gorąco niczego nie wyjaśniła. Był twardym dowódcą, ale potrzebnym. Gdy padł, padło też morale. Chmielnicki, słysząc o śmierci Jeremiego, miał zakrzyknąć: „Oto niebo wysłuchało naszych próśb!”. Bo nawet buntownicy wiedzieli jedno: dopóki żył kniaź Wiśniowiecki, nie było dla nich spokoju. Był ogniem, który palił zdradę. I właśnie dlatego bali się go bardziej niż samej Rzeczypospolitej.
Portrety Rzeczypospolitej: bohaterowie, dowódcy, zdrajcy vol. 3: "Nie złożę szabli, póki Ukrainy nie uspokoję": Jeremi Wiśniowiecki
„Staturą mały, ale cnotą, odwagą i powagą najwyższym równy”: tak o zmarłym kniaziu Wiśniowieckim mówił Albrecht Radziwiłł, kanclerz Wielkiego Księstwa Litewskiego. Bo choć Jarema nie mierzył dwóch metrów wzrostu, to w polu, w radzie i w duszy miał posturę kolosa. Postać Wiśniowieckiego przetrwała nie tylko w kronikach i raportach bitewnych. Uwiecznił go Henryk Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem” i jak już wiemy, nie bez powodu.
[1] Ród wywodzący się od wielkiego księcia litewskiego Giedymina. Giedyminowicze odegrali kluczową rolę w formowaniu unii polsko-litewskiej, a ich linie boczne, takie jak Wiśniowieccy czy Czartoryscy, dominowali w życiu politycznym Rzeczypospolitej.

[2] Herb szlachecki pochodzenia książęcego, wywodzący się od litewskich Giedyminowiczów, noszony przez potomków księcia Dymitra Korybuta, wnuka Giedymina. Przedstawia w polu czerwonym srebrny półksiężyc z gwiazdą pomiędzy rogami i krzyżem kawalerskim nad nią. 

[3] Niewielkie, często odizolowane gospodarstwo rolne, zazwyczaj zamieszkane przez jedną rodzinę. Charakterystyczna forma osadnictwa na Ukrainie i w południowo-wschodnich kresach Rzeczypospolitej.

[4] Stałe oddziały wojskowe Rzeczypospolitej Obojga Narodów utrzymywane z tzw. kwarcianego dochodu, czyli jednej czwartej (łac. quarta) dochodów z królewszczyzn. Utworzone w XVI wieku jako podstawowa siła zbrojna w okresie pokoju, najczęściej stacjonowały na południowo-wschodnich kresach i były wykorzystywane do obrony przed najazdami tatarskimi oraz tłumienia buntów kozackich.

[5] Pogardliwe określenie trzech regimentarzy dowodzących wojskami Rzeczypospolitej w bitwie pod Piławcami (1648): Dominika Zasławskiego („pierzyna” za wygodnictwo i brak odwagi), Mikołaja Ostroroga („łacina” za gadulstwo i brak zdecydowania) oraz Aleksandra Koniecpolskiego („dziecina” za młody wiek i brak doświadczenia).

[6] Z chanem, bo już wtedy hetman tffuuu… zdrajca nie hetman Chmielnicki, nie miał odpowiedniej pozycji negocjacyjnej będąc oficjalnie ogłoszonym proditorem patriae (czyli zdrajca ojczyzny).
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.1002881526947