11
Na nagraniu poniżej widać przechwycenie Irańskiej rakiety (nie pytajcie jakiej bo nie wiem) nad izraelem. Rakiety przechwytujące to jestem na 80% pewien, że jest to Iron Dome.

Widać jak jedna para rakiet próbowała przechwycić Irańską rakiete ale ta najwidoczniej skręciła przez co rakiety przechwytujące nie trafiły ale została wystrzelona kolejna para intercept'orów, która już zdołała przechwycić cel.

Pięknie pokazane w jaki sposób działa przechwytywanie pocisków i moment kiedy nie udaje sie go przechwycić. A dwie rakiety w jednej salwie ze względów na to, że może delikatniej wiatr zawiać lub może zaistnieć malutka usterka, która zmieni kurs rakiety przechwytującej na tyle dużą wartość, że przechwycenie kończy sie niepowodzeniem.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
29
Dzień 18 marca 1980 roku na zawsze zapisał się czarnymi zgłoskami w utajnionych wówczas kronikach radzieckiego programu kosmicznego. Katastrofa rakiety nośnej Wostok-2M na kosmodromie Plesieck, ukrywana przed światem przez blisko dekadę, stanowi do dziś memento ludzkiej omylności, systemowej pychy i heroizmu w obliczu apokalipsy. Oficjalny bilans mówiący o 48 ofiarach śmiertelnych i dziesiątkach rannych czyni to wydarzenie jedną z najkrwawszych katastrof w dziejach światowej astronautyki.
Zapomniana tragedia w Plesiecku (1980): Piekło na platformie 43
Kosmodrom Plesieck, znany pod kryptonimem Mirnyj, położony w surowym klimacie obwodu archangielskiego, pełnił w Związku Radzieckim rolę kluczowego portu dla startów o charakterze militarnym. W przeciwieństwie do „medialnego” Bajkonuru, który gościł kosmonautów i zagraniczne delegacje, Plesieck był wojskowym wołem roboczym, realizującym zadania z zakresu wywiadu, nawigacji i łączności w absolutnej dyskrecji. Rakieta nośna Wostok-2M, będąca zaawansowaną modyfikacją legendarnej rodziny R-7 – tej samej, która wyniosła na orbitę Sputnika i Gagarina – uchodziła za szczyt inżynieryjnej niezawodności. Była to konstrukcja trzystopniowa, zasilana naftą (kerozyną) oraz ciekłym tlenem. Kluczowym elementem, który odegrał fatalną rolę w późniejszym dramacie, był trzeci stopień rakiety (blok E), wykorzystujący nadtlenek wodoru jako czynnik napędzający turbopompy silnika. Przez szesnaście lat eksploatacji systemu Wostok-2M zanotowano statystyki bliskie ideału. Od 1970 roku nie wydarzyła się żadna poważna awaria. To poczucie technicznej doskonałości uśpiło czujność dowództwa i obsługi, prowadząc do fatalnego w skutkach rozluźnienia reżimu bezpieczeństwa. Rutyna stała się cichym zabójcą jeszcze przed zapłonem silników.

Celem operacji zaplanowanej na 18 marca było wyniesienie na orbitę ciężkiego satelity wywiadowczego typu Celina-D. Był to zaawansowany aparat radiotechniczny, zaprojektowany do precyzyjnego nasłuchu i analizy emisji radiowych państw NATO. Harmonogram prac przebiegał wzorcowo. Dzień wcześniej, 17 marca, rakietę przetransportowano z hali montażowej na stanowisko startowe numer 43/4, gdzie po ustawieniu w pionie przeszła pomyślnie serię testów autonomicznych i generalnych. Dokumentacja techniczna nie odnotowała najmniejszych odstępstw od normy.

Popołudnie 18 marca upływało pod znakiem procedur tankowania, procesu skomplikowanego i wymagającego chirurgicznej precyzji. Sekwencja napełniania zbiorników była ściśle określona: w pierwszej kolejności systemy chłodzono i napełniano ciekłym azotem oraz tlenem, następnie tłoczono paliwo właściwe – naftę, by na samym końcu uzupełnić zbiorniki nadtlenku wodoru w trzecim stopniu rakiety. Do godziny 19:00 czasu moskiewskiego sytuacja wydawała się opanowana. Wszystkie bloki rakiety wypełniono już naftą, a proces tankowania utleniacza oraz nadtlenku wodoru dobiegał końca. Na platformie startowej, wbrew zasadom ostrożności, panował tłok. W bezpośredniej strefie rażenia znajdowało się 141 osób – oficerów, techników i żołnierzy służby zasadniczej, zajętych ostatnimi pracami wykończeniowymi. Nikt nie spodziewał się, że stoją u stóp gigantycznej bomby zegarowej.
Zapomniana tragedia w Plesiecku (1980): Piekło na platformie 43
O godzinie 19:01, na dwie godziny i piętnaście minut przed planowanym startem, nastąpił koniec świata dla ludzi zgromadzonych na stanowisku 43/4. Świadkowie, którzy przeżyli, wspominali później o oślepiającym błysku w górnej części rakiety, w rejonie trzeciego stopnia. Była to zaledwie przygrywka do właściwego dramatu. Sekundy później potężna eksplozja wstrząsnęła fundamentami wyrzutni, inicjując reakcję łańcuchową. W ciągu niespełna pół minuty 179 ton ciekłego tlenu i 73 tony nafty zamieniły się w gigantyczną kulę ognia, która pochłonęła całą konstrukcję startową. Mieszanka paliwowa, uwolniona gwałtownie z rozerwanych zbiorników, stworzyła piekielny gejzer, topiący stal i kruszący beton. Temperatura w epicentrum była tak ekstremalna, że masywne wieże obsługowe, ważące setki ton, wyginały się i płonęły niczym papierowe makiety. Szybkość katastrofy była porażająca – obsługa nie zdążyła nadać żadnego komunikatu alarmowego. W eterze, pośród szumu i trzasków, zarejestrowano jedynie desperacki krzyk jednego z oficerów, który zdążył wydać ostatni rozkaz: „Zdjąć zasilanie z pokładu!”. Było już jednak za późno.

Skala zniszczeń była trudna do opisania. Z grupy 141 osób znajdujących się przy rakiecie, 44 zginęły na miejscu, wyparowując w ułamku sekundy lub ginąc pod gruzami infrastruktury. Kolejne 43 osoby przetransportowano do szpitali w stanie krytycznym, z głębokimi oparzeniami ciała i dróg oddechowych. Czterech z nich nie udało się uratować. Łączna liczba ofiar śmiertelnych zamknęła się w 48 istnieniach ludzkich. Fala uderzeniowa i rozrzucane na setki metrów płonące odłamki raniły również żołnierzy w sąsiednich sektorach. Pożar na stanowisku trwał wiele godzin, a dogaszanie i chłodzenie rozżarzonych zgliszcz zajęło kilka dób. Platforma startowa nr 4, duma kosmodromu, została zrujnowana i wyłączona z eksploatacji na cztery lata, wymagając niemal całkowitej odbudowy. W tym piekle znalazło się jednak miejsce na heroizm. Mimo panicznego strachu i realnego zagrożenia kolejnymi wybuchami, część oficerów i żołnierzy zachowała zimną krew. Zdołano odholować cysterny z paliwem stojące w pobliżu, co zapobiegło rozszerzeniu się katastrofy na jeszcze większy obszar. Ratownicy wyciągali kolegów bezpośrednio ze strefy ognia, używając lin i improwizowanych noszy, często samemu doznając poważnych obrażeń. Jeden z ratujących zapłacił za swoją odwagę najwyższą cenę, ginąc podczas akcji. Szpital w Mirnym przypominał w tych dniach lazaret frontowy. Lekarze wspominali o pacjentach ze zwęgloną odzieżą wtopioną w skórę, o korytarzach wypełnionych jękiem i zapachem spalonego ciała. Personel medyczny stanął przed tytanicznym wyzwaniem segregacji rannych (triażu) i walki o życie ludzi z oparzeniami obejmującymi większość powierzchni ciała oraz zniszczonymi płucami od wdychania toksycznych oparów.
Zapomniana tragedia w Plesiecku (1980): Piekło na platformie 43
Władze ZSRR zareagowały natychmiastowo, powołując rządową komisję pod przewodnictwem wicepremiera Leonida Smirnowa. Presja polityczna była ogromna. Uznanie wady konstrukcyjnej rakiety oznaczałoby konieczność wstrzymania programu kosmicznego, miliardowe straty i dymisje na najwyższych szczeblach. Znacznie wygodniej było znaleźć winnego na samym dole drabiny. Oficjalny raport, sformułowany pod dyktando politycznych potrzeb, obarczył winą martwą załogę naziemną. Stwierdzono, że przyczyną tragedii był wybuch materiału nasyconego ciekłym tlenem w wyniku nieautoryzowanych działań personelu. Sugerowano, że jeden z techników użył niewłaściwych materiałów, co doprowadziło do samozapłonu. Wina spadła na tych, którzy nie mogli się już bronić, co przez lata stanowiło dodatkową traumę dla rodzin ofiar. Mimo oficjalnej wersji, wewnątrz komisji śledczej trwał spór. Eksperci podzielili się na zwolenników „wersji dolnej” (wybuch w infrastrukturze naziemnej) i „wersji górnej” (awaria trzeciego stopnia rakiety). Brak bezpośrednich świadków ze strefy zero, którzy zginęli w pierwszej sekundzie, uniemożliwiał wówczas ostateczne rozstrzygnięcie.

Sprawiedliwość dla ofiar nadeszła z opóźnieniem, dzięki kolejnemu incydentowi. 23 lipca 1981 roku, nieco ponad rok po tragedii, podczas przygotowań do startu bliźniaczej rakiety doszło do groźnej awarii, którą jednak udało się powstrzymać przed przekształceniem w katastrofę. To wydarzenie pozwoliło inżynierom na dokładne zbadanie sprzętu i odkrycie prawdziwej, przerażającej przyczyny. Winowajcą nie był człowiek, lecz technologia – a konkretnie wadliwe filtry w układzie nadtlenku wodoru. Śledztwo wykazało, że w procesie produkcji zastosowano materiały o niedopuszczalnych właściwościach katalitycznych. Zamiast czystego stopu cyny, użyto lutu z domieszką ołowiu. Chemia była tutaj bezlitosna. Nadtlenek wodoru w wysokim stężeniu jest substancją niezwykle niestabilną. Kontakt z katalizatorem (w tym przypadku wadliwym lutem) zapoczątkował gwałtowny rozkład chemiczny. Proces ten generował ogromne ilości ciepła, co prowadziło do topienia się elementów filtra. Krople rozżarzonego metalu wpadały do strumienia nadtlenku, działając jak zapalnik w beczce prochu. Powstała w ten sposób „chemiczna bomba” rozerwała trzeci stopień rakiety, a spływający ogień zdetonował główne zbiorniki paliwa. To odkrycie ostatecznie oczyściło z zarzutów załogę naziemną. Przyczyną był błąd technologiczny w zakładach produkcyjnych, a nie błąd ludzki na wyrzutni.

Związek Radziecki potrafił perfekcyjnie strzec swoich tajemnic. Przez dziewięć lat o katastrofie w Plesiecku nie wiedział nikt poza wąskim kręgiem wtajemniczonych. Rodziny ofiar otrzymywały zdawkowe informacje o „śmierci podczas wykonywania obowiązków służbowych”. Jedynym niemym świadkiem był pomnik na terenie zamkniętego miasta Mirnyj. Dopiero w 1989 roku, dziennikarze zachodni zostali dopuszczeni do Plesiecka, a świat dowiedział się o dramacie sprzed lat. Ujawniono wówczas nie tylko kulisy roku 1980, ale i inne utajnione wypadki.
Źródła:
https://ria.ru/20150318/1053057958.html
https://www.gazeta.ru/science/2020/03/18_a_13009849.shtml
https://www.calend.ru/events/7372/
https://www.upi.com/Archives/1989/09/28/Launch-pad-disaster-revealed-during-reporters-visit/8038622958400/
https://aif.ru/society/history/strashnyy-mart-1980-go-tayna-katastrofy-na-kosmodrome-pleseck
https://topwar.ru/261419-katastrofa-na-kosmodrome-pleseck.html
https://arxiv.org/pdf/1903.02461.pdf
https://astesj.com/?download_id=18115&smd_process_download=1
http://arxiv.org/pdf/2403.10788.pdf
https://www.tandfonline.com/doi/pdf/10.1080/00141844.2020.1796735?needAccess=true
https://www.tandfonline.com/doi/full/10.1080/25751654.2019.1698507
Spis poprzednich dzid:
https://docs.google.com/spreadsheets/d/1_xflbnZnBjrdtMrPkx_njuPTsdNkrUwk5bL0pWhTfc4/edit?gid=0#gid=0
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
84
W 2013 roku, podczas startu rakiety Minotaur V z ośrodka kosmicznego NASA Wallops Flight Facility w Wirginii, kamery uchwyciły zaskakujący moment - żabę lecącą w powietrzu tuż po starcie rakiety.

Ta scena wydarzyła się, ponieważ stawy i zbiorniki wodne w pobliżu platform startowych służą do pochłaniania ciepła i redukcji intensywnej energii akustycznej generowanej podczas startu. 
Potężny podmuch z silników rakiety prawdopodobnie wyrzucił żabę w powietrze, umieszczając ją idealnie przed jedną z kamer w odpowiednim momencie.

Zdjęcie szybko stało się  jednym z najbardziej nieoczekiwanych i pamiętnych ujęć związanych z lotami kosmicznymi - przypomnieniem, że nawet najmniejsze stworzenia mogą znaleźć się w niezwykłych sytuacjach.
Krejzi Frog
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.077729940414429