Siedziałem sobie cicho, bezpiecznie, w ciepełku, otulony jelitowym luksusem. Dzień jak co dzień. Nikt mnie nie popędzał, nie szturchał, nie wyciągał na światło dzienne. Sielanka.
Aż tu nagle — SKURCZ.
„Co jest, kurwa?!” — myślę sobie, bo przecież nawet kupie należy się odrobina godności.
Ale nie, typ nie pytał. Wstaje z fotela kierowcy jak jakiś goryl po przejściach: 183 cm zakolaka, bary jak Shrek, mina jakby przed chwilą zjadł kebaba od perskiego księcia.
Widzę przez półodbyt, że jakaś dziewczyna leży na jezdni. Przylepiona klejem do asfaltu, jakby miała misję zbawić świat jednym łokciem. Lewicowa aktywistka. Notabene: nie taka brzydka.exe.
I wtedy to się dzieje. Typ zdejmuje spodnie.
Ja już wiem. Zbliża się sąd ostateczny. Czuję powiew wolności, ale bez fanfar. Zamiast tego — przeciąg i wstyd.
CHLUP.
Ląduję tuż przy jej twarzy. Nos z pięć centymetrów odemnie. Patrzy na mnie z przerażeniem, ja patrzę na nią z wyrzutem. Oboje wiemy, że tego nie da się odzobaczyć.
Leżę. Paruję.
Rozglądam się.
Tak się kończy spokojne życie jelitowe.
Leżę tu, pośród eko-kleju, przy wege-deklaracjach, wegańskich butach i rozmazanym tuszu do rzęs. Ja, kupa — ostatni bastion godności — zmuszony dzielić asfalt z ideologiczną ofiarą własnych decyzji.