11
Wyobraź sobie, że jesteś sobie spokojnym człowiekiem. Żyjesz, jesz kebaby, scrollujesz JBZD i wszystko gra. Aż tu nagle... BUM! Pojawia się pies, nietoperz albo inny futrzasty dzikus i postanawia sprawdzić, jak smakujesz. Gryzie cię. Niby nic – ot, mała ranka, trochę dramatyzmu na Insta. Ale w cieniu tej sytuacji kryje się... WŚCIEKLIZNA. I nie, to nie jest nazwa nowego zespołu metalowego.

Co to w ogóle jest?
Wścieklizna to wirus. Mały, wredny i wyjątkowo nielubiany przez ludzki układ nerwowy. Działa jak haker – włamuje się do twojego systemu przez miejsce ugryzienia i zaczyna tour de force po twoim ciele, aż dotrze do mózgu. Tam rozkręca niezłą imprezę, której nikt nie chce być gospodarzem.

Objawy? Lepiej usiądź.
Zaczyna się niewinnie – gorączka, ból głowy, zmęczenie. Czyli typowe „mam grypę, dajcie mi herbatkę i serial”. Ale potem zaczyna się jazda:

Strach przed wodą. Dosłownie. Woda = panika. Prysznic? Horror.

Ślinotok. Jakbyś zamienił się w pieska rasy „St. Bernard na dopalaczach”.

Agresja i halucynacje – czyli twój mózg mówi: „Ej, chodźmy pokrzyczeć na ścianę i pogryźmy meble!”

Paraliż i... no cóż, bez leczenia praktycznie zawsze kończy się zgonem. To trochę jakby Twój organizm postanowił wypisać się z życia z powodu złych decyzji kontaktowych.

Czy można to leczyć?
Tak, ale tylko przed tym, jak objawy się pojawią. Po ugryzieniu masz okienko czasowe (kilka dni–tygodni), żeby dostać serię szczepień. Jeśli to zignorujesz – no cóż, gra się kończy. Dziękujemy za udział.

Morał z tej historii?
Nie głaszcz obcych zwierząt. Szczególnie jeśli wyglądają, jakby miały zły dzień. A jeśli już cię coś ugryzie – biegnij do lekarza szybciej niż influencer do nowego trendu.

Na filmiku widzimy objawy wścieklizny u ukraińskiego żołnierza, czyli patrzymy na żywego trupa, a gościa zawinęło na drugą stronę jakiś ± tydzień od tego nagrania. 
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
15
Witajcie.
Oglądałem sobie igrzyska olimpijskie i naszły mnie pewne przemyślenia i wątpliwości więc postanowiłem was zapytać o zdanie. W końcu mamy tu tylu ekspertów :).
By zawody sportowe były sprawiedliwe rozdzielono konkursy męskie od żeńskich. To już pokazuje że kobiety są słabsze, wolniejsze, nie skaczą tak daleko etc. ale to nie znaczy że są gorsze w ogólnym rozrachunku. Pod tym względem faktycznie są gorsze, pod innym lepsze, ale ogólnie mówiąc są po prostu inne więc taki podział ma jak najbardziej sens. Lata temu, odróżnić płeć było prosto. Kto ma pyzę to facet, a kto psioche to kobieta. Proste i niezawodne. Teoretycznie tak ale  działało do momentu rozwoju medycyny. Bo co zrobić w przypadku kiedy mamy do czynienia z kobietami które mają wyższą produkcję testosteronu od innych zawodniczek, a jest to wynikiem chorób wrodzonych/mutacji czy innych powodów nie związanych z farmakologią. I nie mówię o chorych ludziach co wmawiających innym że są kobietami z pyzą. Mówię o przypadkach, kiedy np. kobieta która ma macicę, może mieć dzieci, ma jajowody i jajniki itd. chromosomy się zgadzają, rodzi się z jądrami w brzuchu (kiedyś czytałem o takim przypadku) przez co produkcja testosteronu jest u niej wyższa niż u przeciętnej kobiety, przez co jest dużo silniejsza (oczywiście startowała w jakichś siłowych konkurencjach, czy czymś innym związanym z siłą, a ta sytuacja zdrowotna wyszła na sekcji zwłok). Jak się okazało, od urodzenia miała w brzuchu jądra o których nikt nie wiedział, ale te dały o sobie znać w formie zwiększonej siły. Jak podejść do takich przypadków.
Graniczna wartość testosteronu? No dobrze, ale co, powyżej pewnej wartości testosteronu to już nie będzie kobieta? A może babochłop? Macie jakiś pomysł który by uchronił normalną kobietę przed walką z kobietą na wrodzonych... no może nie ulepszeniach, ale boosterach/mutacjach? Może zalegalizować farmakologię na całego by sprawdzić ile ludzkie ciało jest w stanie wyciągnąć nie patrząc na zdrowie (promowanie sportu i zdrowia mocno).
No i oczywiście, czy dyskwalifikacja z takiego powodu jest sprawiedliwa, bo ktoś jest inny? 
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.089334964752197