6
Dzień dobry dzidowcy! Z racji że wyszedłem z piwnicy i w mojej okolicy sporo też się działo przez ubiegłe dziesięciolecia, postanowiłem machnąć parę zdjęć oraz krótki opis dla was (coś od siebie z życia, coś z innych źródeł). Jeśli  spotkacie podczas spaceru dziwnie okaleczone czy wyrzeźbione drzewa to wiedzcie że nie są to twory naturalne ani efekt jakiegoś wypadku tylko celowego działania, a mianowicie miało na takim drzewie miejsce: ŻYWICOWANIE, które polega na nacinaniu kory sosny (lub świerka) i zbieraniu lepkiego, naturalnego soku – żywicy, która jest cenna do celów leczniczych i przemysłowych, jak np. produkcja terpentyny czy kalafonii, a nawet farb. Te sosny widoczne na zdjęciach oczywiście są z mojego regionu tj. Śląsk. Sam już nie pamiętam takich czasów zbierania tej żywicy ale Z relacji dziadków wiem o co w tym chodziło i przekazuje wieść dalej :) obecnie nie prowadzi się już czegoś takiego a drzewa te zostały po prostu jako pomnik historii i czasów minionych. Zazwyczaj są one w skupiskach po kilkanaście/kilkadziesiąt drzew. Po nacięciu takiego drzewa poci się ono a ściekająca żywica była zbierana do specjalnych pojemników które raz na jakiś czas się opróżniało oraz poprawiało się nacięcie żeby drzewo dalej ''krwawiło''. Trzeba było też w tym mieć umiar bo zbyt głębokie nacięcia powodowały obumieranie drzewa i w konsekwencji jego śmierć.  Ogólnie istniały dwie metody tak zwana Polska i Francuska różniące się tym że nasza Polska była bardziej finezyjna i polegała właśnie na robieniu takiej swoistej rzeźby w drewnie, natomiast Francuska polegała na zdzieraniu po prostu całego płata drzewa do jego wnętrza za pomocą topora (małej siekiery), zbiór praktycznie był taki sam.
Żywicowanie
Żywicowanie
Żywicowanie
Żywicowanie
Proces pobierania tej żywicy nie odbywa się przez cały rok ale z reguły od wiosny do jesieni. Zbierało się ją średnio co 3 do 5 tygodni, w zależności jaka była ilość pozyskiwana z danego drzewa. Charakterystyczne bruzdy również trzeba było przy każdym zbiorze odnawiać lub nawet co tydzień dwa ponieważ wypływająca żywica działa podobnie jak krew u człowieka czyli tworzyła strup który miał za zadanie zagojenie tej  rany (to brzmi jak znęcanie się nad tymi drzewami). Pozyskiwanie w ten sposób żywicy zakończyło się w połowie lat 90 i dzisiaj już w ogóle się tego nie praktykuje A oczywiście sprowadzamy ją z zagranicy (głównie Chiny). Na w tym zdjęciu przedstawiam wam oryginalny cynowy kubek do zbierania powstałej w tym procesie żywicy prawdopodobnie z lat 70 lub wcześniejszych. Podobnie zbierało się też wodę brzozową na wiosnę, i w dzisiejszych czasach też jest to dosyć popularne na wsiach. Zdjęcia autorskie. Mam nadzieję że kogokolwiek zaciekawiła ta krótka historyjka, pierwsza tego typu wrzuta mojego autorstwa :p
Żywicowanie
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
29
Misja: zrobić z niej szaraka
Witam, dzidki, mamy misję. Musimy z tej niemieckiej agentury zrobić szaraka. Wierzę w was i sukces tej operacji. Nie zasługuje na czerwony nick, nawet jeśli zdobyła to robiąć laskę adminowi pod stołem.
Bardziej od niemców nienawidzę zdrajców, którzy sprzedali się niemcom, więc to ma dla mnie sentymentalne znaczenie i jest to sprawą honoru, 
zwłaszcza będąc sam rdzennym Pomorzaninem, którego dziadkowie urodzili się jeszcze przed IIwś w dzisiejszym województwie Pomorskim, które niegdyś należało do niemiec - moi przodkowie z polskimi nazwiskami nie po to nie dali się zgermanizować bym dzisiaj miał mówić, że Pomorze wróci do niemiec!
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
„Każde przegryzione włókno całunu, to jak nitka życia przecięta wśród żywych.”

- epigraf inspirowany legendami z dawnych ziem niemieckich
Nachzehrer to jeden z najbardziej niepokojących, a przy tym wciąż mało znanych krewnych wampira w Europie. Jego nazwa pochodzi od niemieckiego nach (po, później) i zehren (wyjadać, wysysać), więc dosłownie znaczy „ten, który po śmierci dalej żeruje”. W odróżnieniu od znanych z srebrnego ekranu wampirów Nachzehrer rzadko wychodzi z grobu na romantyczne polowania. Jego groza polega właśnie na tym, że leży w trumnie i działa na odległość, jednocześnie zjadając całun i samego siebie oraz wysysając życie z nawiedzanej rodziny.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
Źródła etnograficzne i popularnonaukowe lokują tę istotę przede wszystkim w północnych Niemczech (regiony nadbałtyckie, dawne ziemie hanzeatyckie), ale podobne wierzenia znane były także w Saksonii, Bawarii i na Śląsku, a nawet wśród Kaszubów na północy Polski. W tekstach o „wampirach zarazy” podkreśla się, że właśnie tam, gdzie często wracały epidemie dżumy, pojawiały się opowieści o trupach, które w grobach „przeżuwają całun” i w ten sposób podtrzymują pomór. W kaszubskich wariantach Nachzehrer bywa łączony z duszami samobójców lub „niespokojnych zmarłych” i pełni podobną funkcję jak upiór. Pierwszy zmarły podczas zarazy staje się po śmierci sprawcą kolejnych zgonów w rodzinie i we wsi.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
W ludowych opisach Nachzehrer to fizyczny rewenant, nie przezroczysty duch. Kiedy go ekshumowano, miał wyglądać „zbyt żywo”: ciało miękkie, nienaturalnie nabrzmiałe, policzki i usta jakby zaróżowione, oczy i usta otwarte. Czasem wspomina się, że jedna dłoń zaciskała kciuk drugiej- detal, który miał zdradzać jego działanie w grobie. Według podań po pochówku zaczyna przeżuwać materiał całunu, potem własne ubranie, a nawet fragmenty własnego ciała. Wierzono, że każdemu kęsowi odpowiada osłabnięcie kogoś z jego rodziny, im więcej „zje” w trumnie, tym szybciej umrą jego bliscy. Stąd przydomek Leichentuch-Fresser (pożeracz całunu), który przewija się we współczesnych opracowaniach o wampiryzmie.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
To, co dziś nazywamy Nachzehrerem, trafiło do wczesnonowożytnej literatury pod innym mianem – „masticatores mortuorum” (żu­ją­cych zmarłych). Luterański teolog Philipp Rohr i później Michael Ranft wydali łacińskie traktaty De masticatione mortuorum in tumulis („O przeżuwaniu zmarłych w grobach”), w których analizowali doniesienia o trupach, które miały gryźć własne całuny i w ten sposób szerzyć zarazę. Z dzisiejszej perspektywy to fascynująca próba „naukowego” poradzenia sobie z ludowym strachem. Autorzy jednocześnie wierzą w część relacji, a zarazem próbują znaleźć dla nich racjonalne wyjaśnienia.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
Późniejsi autorzy „wampiriologii”, tacy jak Dom Augustin Calmet w XVIII wieku, czy w XX wieku badacze pokroju Paula Barbera. Traktują Nachzehrera jako osobny typ wampira środkowoeuropejskiego. Mniej wyrafinowanego niż bałkański arystokrata-wampir, za to mocno zakorzenionego w praktykach pogrzebowych i w obserwacji rozkładu ciała. W nowoczesnych encyklopediach wampiryzmu opisuje się go jako „wampira-ghula”. Który nie tyle pije krew, ile po prostu zjada tkaniny, zwłoki i metaforycznie energię życiową rodziny.
Kompendium strachu: „Pożerając własny całun”, Nachzehrer, vol. 32
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.079110860824585