A co jakby tak stworzyć Narodowy Bank Spółdzielczy, który zamiast maksymalizować zysk z prowizji i spreadów, działałby jak serce gospodarki, przepompowując pieniądz tam, gdzie jest potrzebny? Wyobraź sobie system, w którym:
– ludzie wkładają nadwyżki na konto i dostają przyzwoite oprocentowanie, a ich pieniądze trafiają od razu na kredyty dla lokalnych przedsiębiorstw i inwestycji;
– firmy mają tanie i stabilne kredyty, więc zamiast czekać na cud inwestycyjny, rozwijają produkcję, zatrudniają ludzi i tworzą realną wartość;
– państwo czerpie stałe zyski z odsetek, zamiast uzależniać się od długu i spekulacji finansowych;
– inflacja przestaje być demonem, bo pieniądz krąży w gospodarce, a nie leży w skarpetach, motywując wszystkich do działania.
Efekt? Gospodarka przypomina żywy organizm: kapitał nie stagnuje, inwestycje rosną, rynek jest bardziej odporny na wstrząsy, a ludzie i firmy czują, że ich pieniądze naprawdę pracują dla innych i dla nich samych. To taki ekonomiczny „dopalacz”, który w krajach bogatych mógłby zwiększyć dynamikę, a w biedniejszych pomóc wyjść z spiral zadłużenia.
Wystarczy tylko wyciąć z pomiędzy NBP, a obywatelem bank komercyjny i zastąpić go narodowo-spółdzielczym.