Amerykanie mieli problem. Zaskakujący atak na Pearl Harbour i szybka ofensywa Japonii oznaczała, że po drugiej stronie Pacyfiku wyrósł im rywal, który obsadził większość strategicznych punktów. Jeżeli miałaby się toczyć z Cesarstwem walka, to trzeba było każdą wyspę z osobna zdobywać desantem, przy znacznych stratach. W poszukiwaniu rozwiązania z szalonym pomysłem do U.S. Army zgłosił się niejaki William A. Prestre. Mieszkający w Santa Fe Szwajcar przedstawił wizję innowacyjnej strategii walki.
Co by było, gdyby to nie tysiące żołnierzy zeskakiwało z ramp dziobowych barek desantowych, aby zdobywać plaże okupowanych wysp? A co, jeśli zamiast tego wypuścić hordę wściekłych psów atakujących zdezorientowanego wroga?
Pentagonowi spodobał się pomysł Prestre'a. W ramach tajnego projektu na małej wyspie barierowej u wybrzeży Zatoki Meksykańskiej utworzono wojskowe centrum szkolenia psów i do tego jakgdyby cała historia nie była wystarczająco kuriozalna, wspomniana wyspa nazywała się Wyspą Kotów (Cat Island).
Psy na wojnie nie były niczym nowym: już w trakcie poprzedniego konfliktu brały czynny udział w walkach. Pilnowały śpiących żołnierzy, tropiły miny lub przenosiły wiadomości.
Psy Prestre'a miały jednak robić coś zupełnie innego, a mianowicie planowano nauczyć je rozpoznawania Japończyków po zapachu, a następnie zabijania ich. Pozostawał jednak jeden problem. W jaki sposób wyszkolić te zwierzęta pod kątem rozpoznawania wroga?Nie można było do tego wykorzystać japońskich jeńców wojennych, ponieważ ich nie było. Japończycy woleli raczej odebrać sobie życie niż iść w niewolę. Pomysł wykorzystania Japończyków mieszkających w USA został porzucony ze względów etycznych, a raczej z obawy o opinię publiczną. Ostatecznie oddelegowano w tym celu 25 żołnierzy amerykańskich pochodzenia japońskiego. Zapakowani w grubych kombinezonach ochronnych i wyposażeni w rękawice hokejowe odgrywali rolę przynęty.W jednym z raportów wojskowych dotyczącym “Szkolenia psów i udziału tych żołnierzy” napisano:
»Chociaż ich praca przy projekcie była bardzo upokarzająca, a niektórzy z nich doznali nawet poważnych ran szarpanych, kontynuowali treningi bez narzekania«.
Szwajcar wymyślił nawet pewną taktykę użycia jego psiej armii. Charty miały prowadzić atak na okupowane wyspy Pacyfiku ze względu na swoją szybkość. Następnie wilczury powinny ruszyć w drugiej kolejności, aby zwiększyć zamieszanie wśród wroga. Dogi niemieckie miały wcielić się w rolę głównych zabójców, natomiast do oczyszczania należało używać ogarów i innych psów tropiących.W teorii brzmiało to całkiem interesująco, jednak natrafiono na opór w trakcie szkolenia i to nie żołnierze powodowali problemy, ale psy. Absolutnie nie chciały uczyć się tego, czego miały się nauczyć. Do tego Prestre, swoimi pomysłami i błędnymi założeniami ostatecznie pogrzebał projekt. Poza swoim irracjonalnym przekonaniem, że Japończycy będą się odróżniać od innych ludzi zapachem, użył waltorni, aby dać sygnał do ataku. Jednak poza zamieszaniem nie zdziałał nic. Przestraszył jedynie zwierzęta tak bardzo, że nie dało się ich już kontrolować. Natomiast niektóre z nich były zbyt potulne, by można było ich użyć do tego typu zadań.Projekt za miliony dolarów został przerwany. Idea armii psów została zweryfikowana przez rzeczywistość, a Prestre wrócił do Santa Fe dosyć rozczarowany.