92
Powracamy do Korei Południowej. No i tym razem, zaczniemy od takiej mojej prywatnej obserwacji – czy tylko mnie się wydaje, że wszelakie oddziały policji, których zadaniem jest poszukiwanie osób zaginionych po prostu… Mają wyjebane na swoją robotę? Tak szczerze się teraz pytam, ile razy oglądaliście jakiś dokument na temat osób zaginionych, gdzie padały wyrażenia „dzieciaki często uciekają z domów, to normalka, pewnie wróci za jakiś czas” albo „on/ona jest dorosły/dorosła, dorośli mają prawo decydować o swoim życiu, jeśli chcą zniknąć, ich wybór”? I to nie jest problem tylko u nas, czy też u Amerykanów, to jest problem na całym świecie, o czym przekonamy się w tej chwili. Aczkolwiek tutaj są też głosy, że to mogło być coś więcej niż zwyczajne lenistwo.
Kim Jong-sik (10 lat), Jo Ho-yeon (13 lat), Kim Yeong-gyu (11 lat), Park Chan-in (11 lat) i Woo Cheol-won (14 lat). Tych pięciu było bardzo zżytymi przyjaciółmi, ponieważ mieszkali blisko siebie w wiosce nieopodal miasta o nazwie „Daegu”.
26 marca 1991 roku w Korei Południowej był świętem narodowym. Wszystko wynikało z faktu, że tego oto dnia w kraju przeprowadzano wybory prezydenckie. Pierwsze od 30 lat. Ponieważ ten dzień był wyjątkowo ciepły, a dzieciaki nie musiały iść do szkoły, tych pięciu chłopców zdecydowało się wyruszyć na poszukiwania żabich skrzeków (stąd przydomek tej całej sprawy) nieopodal góry Waryong. O tej informacji wiadomo od jednego ze znajomych tych chłopców, który chciał się wybrać z nimi na przechadzkę, jednak chciał wpierw zjeść obiad (ta decyzja uratowała mu życie). Takie poszukiwanie skrzeków było czymś bardzo pospolitym wśród koreańskich chłopców w tamtych latach, więc rodzice nie drążyli tematu. Wyszli… No i już nigdy nie wrócili.
Pierwszą osobą, która pokapowała się, że coś było nie tak był ojciec Cheol-wona, Woo Jong-u. Otrzymał on telefon od szkoły Taekwondo, do której uczęszczał jego syn, gdzie to poinformowali go, że nie zjawił się na wieczornych zajęciach. Kiedy zaczął szukać swojego syna w wiosce, przepytywał on innych rodziców. Dosyć szybko okazało się, że Cheol-won nie był jedynym, który wtedy nie zjawił się na zajęciach.
Członkowie Rodzin zaginionych dosyć szybko wyruszyli w kierunku góry Waryong, jednak tam nie znaleźli nikogo ani niczego. W przerażeniu udano się na posterunek, aby zgłosić zaginięcie, jednak tam sprawa została potraktowana po macoszemu.
26 marca 1991 roku w Korei Południowej był świętem narodowym. Wszystko wynikało z faktu, że tego oto dnia w kraju przeprowadzano wybory prezydenckie. Pierwsze od 30 lat. Ponieważ ten dzień był wyjątkowo ciepły, a dzieciaki nie musiały iść do szkoły, tych pięciu chłopców zdecydowało się wyruszyć na poszukiwania żabich skrzeków (stąd przydomek tej całej sprawy) nieopodal góry Waryong. O tej informacji wiadomo od jednego ze znajomych tych chłopców, który chciał się wybrać z nimi na przechadzkę, jednak chciał wpierw zjeść obiad (ta decyzja uratowała mu życie). Takie poszukiwanie skrzeków było czymś bardzo pospolitym wśród koreańskich chłopców w tamtych latach, więc rodzice nie drążyli tematu. Wyszli… No i już nigdy nie wrócili.
Pierwszą osobą, która pokapowała się, że coś było nie tak był ojciec Cheol-wona, Woo Jong-u. Otrzymał on telefon od szkoły Taekwondo, do której uczęszczał jego syn, gdzie to poinformowali go, że nie zjawił się na wieczornych zajęciach. Kiedy zaczął szukać swojego syna w wiosce, przepytywał on innych rodziców. Dosyć szybko okazało się, że Cheol-won nie był jedynym, który wtedy nie zjawił się na zajęciach.
Członkowie Rodzin zaginionych dosyć szybko wyruszyli w kierunku góry Waryong, jednak tam nie znaleźli nikogo ani niczego. W przerażeniu udano się na posterunek, aby zgłosić zaginięcie, jednak tam sprawa została potraktowana po macoszemu.
Dni mijały, a po chłopcach dalej nie było śladu. Wtedy to, trzy dni po tym, jak chłopcy zaginęli, rodziny otrzymały anonimowy telefon. Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki twierdził, że chłopcy są w jego rękach… Przy czym bardzo cierpią. W tej rozmowie zażądał okupu. Kim Hyeon-do, ojciec Yeong-gyu’a, wyruszył do wskazanego miejsca nieopodal stacji kolejowej, z sumą jakiej żądał porywacz. Oczywiście, nie wyruszył na tę stację sam, było z nim kilku innych rodziców, jak i również funkcjonariusze policji, którzy czekali nieopodal. Jednakże… Nic. Nikt nie przyszedł, czy to którykolwiek z porwanych chłopców, czy to sam porywacz. Po godzinie czekania akcję odwołano. Według funkcjonariuszy udało im się wyśledzić numer, po czym okazało się, że ten telefon miał być „żartem”… Chryste panie…
Słowo na temat całej sprawy zaczęło się dosyć szybko rozprzestrzeniać, przez co po tygodniu wszelakie gazety i media robiły na ten temat reportaże. Teraz o zaginięciu wiedziała cała Korea Południowa. To też poskutkowało tym, że funkcjonariusze ruszyli się z dupy, jednak robili to chyba na pokaz, ponieważ na nic się nie zdali. Zresztą, uparcie wręcz wspominali w każdym wywiadzie, że to była sprawa spierdolenia z domu, a nie zaginięcia. Wtedy jednak wydano rozkaz przeszukania góry Waryong. Ten rozkaz nie pochodził od żadnego komisarza policji… Tylko od świeżo wybranego prezydenta, faceta imieniem Roh Tae-woo. Łącznie w poszukiwaniach brało udział 300,000 ludzi, wliczając to funkcjonariuszy policji, wojskowych oraz ochotników. To nie było też tak, że to było pobieżne przeszukanie. Nie, oni przeczesywali tę górę jakieś 500 razy… No i gówno znaleźli.
Powołano specjalny zespół zadaniowy, który miał na celu znalezienie chłopców, wyznaczając tym samym nagrodę w postaci 42 milionów wonów (jakieś 35 tysięcy dolców w tamtych latach). Niestety, sprawa ugrzęzła w miejscu, a po latach wszelakie zainteresowanie zaczęło zanikać. Oczywiście, rodzice dalej byli zdruzgotani. Zamiast jednak poddawać się, ojcowie zaginionych chłopców zdecydowali się szukać dalej – porzucili swoje roboty tylko i wyłącznie po to, aby odnaleźć swoich synów, rozdając ulotki oraz przeczesując tereny pozamiejskie. Wykupili nawet ciężarówkę, na której wywiesili zdjęcia i informacje dotyczące zaginionych, jeżdżąc nią po całym kraju. Oczywiście, w poszukiwaniach nie byli sami, pomagał im Na Ju-bong, który to był przewodniczącym organizacji zajmującej się zaginionymi dziećmi. Dostarczał on im wszelakiego typu pomoc pieniężną, jak i również wygłaszał przemówienia i wywiady w telewizji (w których to z resztą nie jeden raz opieprzał policję). Powodem, dla którego Na Ju-bong w ogóle był tak zainteresowany tą sprawą, był… Żal. Otóż widział on jak bardzo zaginięcie chłopców wpłynęło na rodziny. Na przykład Kim Hyeon-do, ojciec Yeong-gyu’a – przez zaginięcie syna w ogóle nie mógł spać sam z siebie, tylko musiał używać do tego pigułek nasennych, od których niestety się uzależnił. Widząc to, Ju-bong nie mógł po prostu siedzieć bezczynnie.
Czemu się teraz tak skupiam na Na Ju-bongu? A to dlatego, że ilekroć wygłaszał on przemówienia czy udzielał wywiadów, wśród publiczności zawsze widział pewnych podejrzanych typów. To byli Ci sami faceci, ubrani w garnitury, siedzący z dala od innych ludzi na tyłach. Pewnego dnia, po przemówieniu, on podszedł do jednego z nich, pytając go kim on jest. Ten tajemniczy mężczyzna przekazał mu wizytówkę, na której nie było żadnych informacji oprócz imienia oraz telefonu. Jak się później okazało, ten mężczyzna był… Agentem wywiadu. Z jakiegoś powodu, Koreańska agencja wywiadowcza obserwowała członków rodzin zaginionych, czy to poprzez śledzenie ojców, czy to zwyczajnie ustawiając agentów nieopodal ich domów.
Słowo na temat całej sprawy zaczęło się dosyć szybko rozprzestrzeniać, przez co po tygodniu wszelakie gazety i media robiły na ten temat reportaże. Teraz o zaginięciu wiedziała cała Korea Południowa. To też poskutkowało tym, że funkcjonariusze ruszyli się z dupy, jednak robili to chyba na pokaz, ponieważ na nic się nie zdali. Zresztą, uparcie wręcz wspominali w każdym wywiadzie, że to była sprawa spierdolenia z domu, a nie zaginięcia. Wtedy jednak wydano rozkaz przeszukania góry Waryong. Ten rozkaz nie pochodził od żadnego komisarza policji… Tylko od świeżo wybranego prezydenta, faceta imieniem Roh Tae-woo. Łącznie w poszukiwaniach brało udział 300,000 ludzi, wliczając to funkcjonariuszy policji, wojskowych oraz ochotników. To nie było też tak, że to było pobieżne przeszukanie. Nie, oni przeczesywali tę górę jakieś 500 razy… No i gówno znaleźli.
Powołano specjalny zespół zadaniowy, który miał na celu znalezienie chłopców, wyznaczając tym samym nagrodę w postaci 42 milionów wonów (jakieś 35 tysięcy dolców w tamtych latach). Niestety, sprawa ugrzęzła w miejscu, a po latach wszelakie zainteresowanie zaczęło zanikać. Oczywiście, rodzice dalej byli zdruzgotani. Zamiast jednak poddawać się, ojcowie zaginionych chłopców zdecydowali się szukać dalej – porzucili swoje roboty tylko i wyłącznie po to, aby odnaleźć swoich synów, rozdając ulotki oraz przeczesując tereny pozamiejskie. Wykupili nawet ciężarówkę, na której wywiesili zdjęcia i informacje dotyczące zaginionych, jeżdżąc nią po całym kraju. Oczywiście, w poszukiwaniach nie byli sami, pomagał im Na Ju-bong, który to był przewodniczącym organizacji zajmującej się zaginionymi dziećmi. Dostarczał on im wszelakiego typu pomoc pieniężną, jak i również wygłaszał przemówienia i wywiady w telewizji (w których to z resztą nie jeden raz opieprzał policję). Powodem, dla którego Na Ju-bong w ogóle był tak zainteresowany tą sprawą, był… Żal. Otóż widział on jak bardzo zaginięcie chłopców wpłynęło na rodziny. Na przykład Kim Hyeon-do, ojciec Yeong-gyu’a – przez zaginięcie syna w ogóle nie mógł spać sam z siebie, tylko musiał używać do tego pigułek nasennych, od których niestety się uzależnił. Widząc to, Ju-bong nie mógł po prostu siedzieć bezczynnie.
Czemu się teraz tak skupiam na Na Ju-bongu? A to dlatego, że ilekroć wygłaszał on przemówienia czy udzielał wywiadów, wśród publiczności zawsze widział pewnych podejrzanych typów. To byli Ci sami faceci, ubrani w garnitury, siedzący z dala od innych ludzi na tyłach. Pewnego dnia, po przemówieniu, on podszedł do jednego z nich, pytając go kim on jest. Ten tajemniczy mężczyzna przekazał mu wizytówkę, na której nie było żadnych informacji oprócz imienia oraz telefonu. Jak się później okazało, ten mężczyzna był… Agentem wywiadu. Z jakiegoś powodu, Koreańska agencja wywiadowcza obserwowała członków rodzin zaginionych, czy to poprzez śledzenie ojców, czy to zwyczajnie ustawiając agentów nieopodal ich domów.
Po pewnym czasie wszelakie media w niemalże patologiczny sposób przestały się interesować sprawą. Zaczęto odmawiać Na Ju-bongowi wszelakich wywiadów, a ojcowie byli wypraszani z budynków gazet. Oficjalne wytłumaczenie było takie, że sprawą już się nikt nie interesuje, a czy to faktycznie był powód to cholera jedna wie. Po trzech latach poszukiwań, z bólem serca ojcowie musieli się poddać – musieli wracać do pracy, ponieważ obowiązki w domu czekały, trzeba było jakoś wyżywić innych członków rodziny, były rachunki do zapłacenia. Próbowali odbudować jakoś swoje życia… Wtedy jednak do akcji wkroczył pewien ciul.
Po dwóch latach od zakończenia poszukiwań, do Korei przyleciał psycholog kryminalny ze stanów zjednoczonych, Kim Ga-won. Widzicie go powyżej. No i ten koleś twierdził, że on przestudiował całą sprawę, po czym wytypował podejrzanego. Według niego sprawcą był… Kim Cheol-gyu, ojciec Jong-sika. Ga-won twierdził też, że chłopcy są pochowani w podwórku domu Cheol-gyu’a. O tyle, co rodzice zaginionych szczerze podważali prawdziwość tej teorii, to zainteresowali się nią funkcjonariusze. Zrobili przeszukanie domu, gdzie to rzekomo znaleziono buty po jednym z chłopców. Zanim jednak zaczniecie krzyczeć, że to niepodważalny dowód, to chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz… Jakie są szanse na to, że we własnym domu trzymacie własne buty? Co więcej, jakie są szanse na to, że po tylu latach rodzice nie wyjebaliby tych butów, bo na przykład byłoby to jednoznaczne z tym, że poddali się? To są pytania, których policjanci ewidentnie nie zadali, ponieważ podjęto decyzję, aby przekopać tereny domu przy użyciu koparki. Oprócz ekipy wydobywczej, na miejscu zebrał się tłum gapiów oraz dziennikarze… Ile oszczerstw na swój temat Kim Cheol-gyu musiał się nasłuchać, to tylko on wie. Przekopali w końcu całe to podwórko… No i nic nie znaleźli. Następnie przekopali ogródek… Dalej nic. Wtedy to… Wtedy to podjęto decyzję, aby wyburzyć cały dom, łącznie z fundamentami, aby zobaczyć, czy nie ma jakiejś zbiorowej mogiły pod tym domem. Tereny całej posesji zostały przeczesane, wykopano w piździec ziemi… No i nie muszę wam chyba mówić, że tam nie było żadnych szczątek, żadnych dowodów, nic. Całej rodzinie dosłownie zniszczono dom po nic.
Kiedy już nie było żadnych wątpliwości, ludzie zaczęli się zastanawiać, skąd niby Kim Ga-won wpadł na teorię odnośnie ojca Jong-sika. Otóż wytypował go jako podejrzanego, ponieważ… W dniu zaginięcia nie był w stanie przypomnieć sobie, co robił w okresie trzech godzin w jakimś momencie. Tak kurwa, to był powód, dla którego odbył się ten cały cyrk.
Ludzie chcieli zamordować tego psychologa. Przy czym nie mówię tutaj tylko o rodzinach i przyjaciołach zaginionych, ta cała akcja była emitowana w telewizji. Prawie cała Korea chciała tego typa zlinczować. Koniec końców, udało mu się jakimś cudem spieprzyć z kraju. Jedyne pocieszenie, jakie mogę zaoferować to fakt, że po dziś dzień Kim Ga-won jest srogo jebany w całej Korei Południowej.
Niestety, wszystko to odbiło się na zdrowiu Kima Cheol-gyu. Zdiagnozowano u niego raka wątroby, który uśmiercił go w 2001 roku. Przyjmuje się, że stres związany z poszukiwaniem chłopców oraz oskarżenia Ga-wona przyczyniły się do powstania raka. Ile w tym prawdy to nie wiem, nie jestem lekarzem. Nie zmienia to faktu jednak, że szczerze żal mi chłopa.
Kiedy już nie było żadnych wątpliwości, ludzie zaczęli się zastanawiać, skąd niby Kim Ga-won wpadł na teorię odnośnie ojca Jong-sika. Otóż wytypował go jako podejrzanego, ponieważ… W dniu zaginięcia nie był w stanie przypomnieć sobie, co robił w okresie trzech godzin w jakimś momencie. Tak kurwa, to był powód, dla którego odbył się ten cały cyrk.
Ludzie chcieli zamordować tego psychologa. Przy czym nie mówię tutaj tylko o rodzinach i przyjaciołach zaginionych, ta cała akcja była emitowana w telewizji. Prawie cała Korea chciała tego typa zlinczować. Koniec końców, udało mu się jakimś cudem spieprzyć z kraju. Jedyne pocieszenie, jakie mogę zaoferować to fakt, że po dziś dzień Kim Ga-won jest srogo jebany w całej Korei Południowej.
Niestety, wszystko to odbiło się na zdrowiu Kima Cheol-gyu. Zdiagnozowano u niego raka wątroby, który uśmiercił go w 2001 roku. Przyjmuje się, że stres związany z poszukiwaniem chłopców oraz oskarżenia Ga-wona przyczyniły się do powstania raka. Ile w tym prawdy to nie wiem, nie jestem lekarzem. Nie zmienia to faktu jednak, że szczerze żal mi chłopa.
Przełomu w sprawie dokonano 26 września 2002 roku, czyli rok po śmierci Kima Cheol-gyu. Wtedy to dwóch spacerowiczów odwiedziło górę Waryong, aby zbierać żołędzie w lesie. Jeden z nich jednak natrafił na coś bardziej makabrycznego – buty i ubrania o dziecięcych rozmiarach… Oraz kości.
Funkcjonariusze zjawili się na miejscu, po czym znaleziono łącznie szczątki pięciu ciał. Ze względu na to, że po ciałach pozostały tylko kości, trudno było początkowo określić przyczynę zgonu oraz tożsamość, jednak ze względu na szczegóły, dosyć szybko zaczęto podejrzewać, że szczątki należą do chłopców, którzy zaginęli 11 lat wcześniej. Rodzice przyjechali na miejsce, gdzie to stwierdzili, że ubrania, jakie znaleziono były tymi samymi, które chłopcy nosili w dniu zaginięcia. Wtedy to członkowie rodzin pogrążyli się w rozpaczy. Rozpacz ta jednak zamieniła się w gniew po tym, jak zobaczyli co funkcjonariusze zrobili z ciałami ich dzieci.
Zamiast kurwa ułożyć wszystko tak, aby przedstawiało ciało, układając kości w miejscach, w których powinny się znajdować, na jakiejś specjalnej plandece, to policjanci zwyczajnie pizgnęli wszystkie kości na kupę, układając czaszki obok nich, na zwyczajnych gazetach, co z resztą widać na zdjęciu powyżej.
Kiedy na miejsce przyjechał specjalista medycyny sądowej, Chae Jong-min, to z przerażeniem patrzył, co funkcjonariusze zrobili z ciałami. Tam co prawda nie było wtedy w Korei przepisów mówiących, że wydobywaniem ciał powinni zajmować się specjaliści sądowi, a nie zwyczajni mundurowi, ale nie zmienia to faktu, że to wszystko było karygodne. Jakby tego było mało, to te patałachy niepoprawnie zabezpieczyli miejsce zbrodni. Nie było jednak czasu na opieprz, więc Chae Jong-min szybko wziął się za naprawianie bajzlu, który zostawili po sobie funkcjonariusze. Wtedy to w trakcie oględzin znalazł fragment ubrania jednego z chłopców. Ten fragment był naprawdę dziwnie zawiązany. Kiedy tylko rozwiązał ten węzeł, z ubrania posypały się pociski do karabinu i pistoletu – niektóre były tylko łuskami, aczkolwiek kilka było jeszcze zdatnych do użytku.
Funkcjonariusze zjawili się na miejscu, po czym znaleziono łącznie szczątki pięciu ciał. Ze względu na to, że po ciałach pozostały tylko kości, trudno było początkowo określić przyczynę zgonu oraz tożsamość, jednak ze względu na szczegóły, dosyć szybko zaczęto podejrzewać, że szczątki należą do chłopców, którzy zaginęli 11 lat wcześniej. Rodzice przyjechali na miejsce, gdzie to stwierdzili, że ubrania, jakie znaleziono były tymi samymi, które chłopcy nosili w dniu zaginięcia. Wtedy to członkowie rodzin pogrążyli się w rozpaczy. Rozpacz ta jednak zamieniła się w gniew po tym, jak zobaczyli co funkcjonariusze zrobili z ciałami ich dzieci.
Zamiast kurwa ułożyć wszystko tak, aby przedstawiało ciało, układając kości w miejscach, w których powinny się znajdować, na jakiejś specjalnej plandece, to policjanci zwyczajnie pizgnęli wszystkie kości na kupę, układając czaszki obok nich, na zwyczajnych gazetach, co z resztą widać na zdjęciu powyżej.
Kiedy na miejsce przyjechał specjalista medycyny sądowej, Chae Jong-min, to z przerażeniem patrzył, co funkcjonariusze zrobili z ciałami. Tam co prawda nie było wtedy w Korei przepisów mówiących, że wydobywaniem ciał powinni zajmować się specjaliści sądowi, a nie zwyczajni mundurowi, ale nie zmienia to faktu, że to wszystko było karygodne. Jakby tego było mało, to te patałachy niepoprawnie zabezpieczyli miejsce zbrodni. Nie było jednak czasu na opieprz, więc Chae Jong-min szybko wziął się za naprawianie bajzlu, który zostawili po sobie funkcjonariusze. Wtedy to w trakcie oględzin znalazł fragment ubrania jednego z chłopców. Ten fragment był naprawdę dziwnie zawiązany. Kiedy tylko rozwiązał ten węzeł, z ubrania posypały się pociski do karabinu i pistoletu – niektóre były tylko łuskami, aczkolwiek kilka było jeszcze zdatnych do użytku.
Po wykopaliskach mundurowi wydali oświadczenie. Według nich przyczyną śmierci chłopców było… Zmęczenie i hipotermia.
…Wkurwiło to rodziny ofiar, biegłych sądowych, dziennikarzy… No i w sumie chyba wszystkich w Korei. Nawet jakby był jakikolwiek argument względem tego, że chłopcy mogli się zgubić na terenie, który znali, po czym natura ich zajebała, to znalezione pociski oraz łuski były niepodważalnym dowodem, że coś było kurewsko nie tak. Otóż według policji… Nie było związku pomiędzy pociskami a zgonem… Ja pierdole…
Koroner zrobił głębsze oględziny, według których wyszło, że na trzech czaszkach były ślady po uderzeniu tępym narzędziem, a w czaszce czwartego chłopca znaleziono dziury po obu stronach, ale nie był w stanie stwierdzić, czy były to rany wlotowe i wylotowe po kuli.
Po srogim opierdolu policja zdecydowała, że pora przestać się ośmieszać, przez co sprawę w końcu uznano za morderstwo. Wytłumaczenie teraz wybrzmiewało „ktoś pewnie się wkurwił i ich pozabijał”.
…Wkurwiło to rodziny ofiar, biegłych sądowych, dziennikarzy… No i w sumie chyba wszystkich w Korei. Nawet jakby był jakikolwiek argument względem tego, że chłopcy mogli się zgubić na terenie, który znali, po czym natura ich zajebała, to znalezione pociski oraz łuski były niepodważalnym dowodem, że coś było kurewsko nie tak. Otóż według policji… Nie było związku pomiędzy pociskami a zgonem… Ja pierdole…
Koroner zrobił głębsze oględziny, według których wyszło, że na trzech czaszkach były ślady po uderzeniu tępym narzędziem, a w czaszce czwartego chłopca znaleziono dziury po obu stronach, ale nie był w stanie stwierdzić, czy były to rany wlotowe i wylotowe po kuli.
Po srogim opierdolu policja zdecydowała, że pora przestać się ośmieszać, przez co sprawę w końcu uznano za morderstwo. Wytłumaczenie teraz wybrzmiewało „ktoś pewnie się wkurwił i ich pozabijał”.
Dobra, skupmy się teraz na analizowaniu dowodów i miejsca zbrodni. Według jełopów z posterunku ziemia na miejscu zbrodni wskazywała na to, że chłopcy zostali zamordowani tam, gdzie znaleziono ich ciała. Wielu ludzi jednak powątpiewa w to ze względu na jeden mały fakt… Góra Waryong została przeczesana przez 300,000 ludzi, nie raz, nie dwa, a 500 kurwa razy. Jakie są szanse na to, że podczas tych wszystkich poszukiwań zwyczajnie nie zauważono ciał czy też płytkich grobów? To z kolei zasugerowało teorię, że chłopcy zostali zamordowani w innym miejscu, a ich ciała zostały przeniesione tam znacznie później.
Na pewno wiele wątpliwości zostałoby rozwianych, gdyby zidentyfikowano pochodzenie pocisków… No i tak się składa, że jednak to zidentyfikowano. Otóż nieopodal góry Waryong znajduje się baza wojskowa, w której stacjonuje 50-ta dywizja piechoty. Ta dywizja potwierdziła, że pociski i łuski znalezione przy ciałach chłopców pochodziły z ich zbrojowni. Nie mieli bladego pojęcia jednak, jak się tam mogły znaleźć… Ta… Cóż, oni może „nie wiedzą”, ale ludzie zaczęli trochę szperać. Okazało się, że w 1991 roku, nieopodal góry Waryong znajdowała się strzelnica wojskowa. Samą strzelnicę przeniesiono w inne miejsce w 1994 roku, aczkolwiek to nie ma większego znaczenia (a nawet daje podwaliny względem kilku teorii). Był tylko jeden problem – jak już wspominałem, dzień zaginięcia chłopców był świętem narodowym, a to oznaczało, że wielu ludzi miało wolne… W tym żołnierze piechoty. To z kolei sprawiło, iż policja wysnuła hipotezę, że chłopcy mogli przechadzać się w okolicach strzelnicy, po czym znaleźli kule i łuski porzucone nieopodal… Ocenę prawdopodobności tej teorii pozostawiam wam.
Już fakty obgadane, możemy się skupić na teoriach spiskowych, mniej lub bardziej niedorzecznych. Są tutaj dwie warte uwagi. Zacznijmy od mniej prawdopodobnej. Niektórzy twierdzą, że cała sprawa może być winą jakiegoś psychopaty, który przechadzał się po lasach, po czym zobaczył chłopców no i mu odjebało. Problem z tą teorią jest taki, że gdyby faktycznie takie coś miało miejsce, to nie byłby to odosobniony przypadek, coś podobnego zdarzyłoby się znowu. A tak się składa, że podobnych przypadków w Korei praktycznie nie ma.
Druga teoria jest natomiast tą, której jestem zwolennikiem. Otóż zwyczajni żołnierze mogli mieć wolne w trakcie wyborów, jednak tego samego nie można było powiedzieć o oficerach. Tego dnia oficerowie, zwłaszcza Ci wysoko postawieni byli w stanie gotowości. Możliwe jest zatem to, że jeden taki oficer albo cała ich grupka zdecydowała się wybrać na strzelnice, aby trochę się zabawić bronią ze zbrojowni. Pech jednak chciał, że któryś oficer chybił, przez przypadek mordując jednego z chłopców (tak, wiem, że koroner nie był w stanie w stu procentach stwierdzić, czy rany w jednej z czaszek były wynikiem kuli, ale jakoś nie zdziwiłbym się, gdyby coś było na rzeczy). Kiedy przyszedł na miejsce i zrozumiał co zrobił, ten zaczął się bać, że wybuchnie z tego afera, która postawi go przed plutonem egzekucyjnym, dlatego zdecydował się zatrzeć pozostałe ślady, mordując innych chłopców przy użyciu czegoś cichszego niż broń palna. Ten oficer następnie ukrywał ciała w jakimś miejscu, a jak sprawa zaczynała obumierać po kilku latach, to zakopał ich na terenach, które były już przeszukiwane setki razy, bo był przekonany, że nikt już dalej nie będzie tam szukał. Oczywiście, istnieje teoria, że to wszystko sprawka jakiegoś szeregowego, który na samowolce wparował do strzelnicy, ale wariant z oficerem wydaje mi się bardziej prawdopodobny, bo tłumaczy w zasadzie wszystko. Taki oficer miałby na tyle wielkie wpływy, że łatwiej byłoby dla niego tuszować prawdę, oraz łatwiej przekonałby agencję wywiadowczą, aby monitorowali rozwój sprawy.
Na pewno wiele wątpliwości zostałoby rozwianych, gdyby zidentyfikowano pochodzenie pocisków… No i tak się składa, że jednak to zidentyfikowano. Otóż nieopodal góry Waryong znajduje się baza wojskowa, w której stacjonuje 50-ta dywizja piechoty. Ta dywizja potwierdziła, że pociski i łuski znalezione przy ciałach chłopców pochodziły z ich zbrojowni. Nie mieli bladego pojęcia jednak, jak się tam mogły znaleźć… Ta… Cóż, oni może „nie wiedzą”, ale ludzie zaczęli trochę szperać. Okazało się, że w 1991 roku, nieopodal góry Waryong znajdowała się strzelnica wojskowa. Samą strzelnicę przeniesiono w inne miejsce w 1994 roku, aczkolwiek to nie ma większego znaczenia (a nawet daje podwaliny względem kilku teorii). Był tylko jeden problem – jak już wspominałem, dzień zaginięcia chłopców był świętem narodowym, a to oznaczało, że wielu ludzi miało wolne… W tym żołnierze piechoty. To z kolei sprawiło, iż policja wysnuła hipotezę, że chłopcy mogli przechadzać się w okolicach strzelnicy, po czym znaleźli kule i łuski porzucone nieopodal… Ocenę prawdopodobności tej teorii pozostawiam wam.
Już fakty obgadane, możemy się skupić na teoriach spiskowych, mniej lub bardziej niedorzecznych. Są tutaj dwie warte uwagi. Zacznijmy od mniej prawdopodobnej. Niektórzy twierdzą, że cała sprawa może być winą jakiegoś psychopaty, który przechadzał się po lasach, po czym zobaczył chłopców no i mu odjebało. Problem z tą teorią jest taki, że gdyby faktycznie takie coś miało miejsce, to nie byłby to odosobniony przypadek, coś podobnego zdarzyłoby się znowu. A tak się składa, że podobnych przypadków w Korei praktycznie nie ma.
Druga teoria jest natomiast tą, której jestem zwolennikiem. Otóż zwyczajni żołnierze mogli mieć wolne w trakcie wyborów, jednak tego samego nie można było powiedzieć o oficerach. Tego dnia oficerowie, zwłaszcza Ci wysoko postawieni byli w stanie gotowości. Możliwe jest zatem to, że jeden taki oficer albo cała ich grupka zdecydowała się wybrać na strzelnice, aby trochę się zabawić bronią ze zbrojowni. Pech jednak chciał, że któryś oficer chybił, przez przypadek mordując jednego z chłopców (tak, wiem, że koroner nie był w stanie w stu procentach stwierdzić, czy rany w jednej z czaszek były wynikiem kuli, ale jakoś nie zdziwiłbym się, gdyby coś było na rzeczy). Kiedy przyszedł na miejsce i zrozumiał co zrobił, ten zaczął się bać, że wybuchnie z tego afera, która postawi go przed plutonem egzekucyjnym, dlatego zdecydował się zatrzeć pozostałe ślady, mordując innych chłopców przy użyciu czegoś cichszego niż broń palna. Ten oficer następnie ukrywał ciała w jakimś miejscu, a jak sprawa zaczynała obumierać po kilku latach, to zakopał ich na terenach, które były już przeszukiwane setki razy, bo był przekonany, że nikt już dalej nie będzie tam szukał. Oczywiście, istnieje teoria, że to wszystko sprawka jakiegoś szeregowego, który na samowolce wparował do strzelnicy, ale wariant z oficerem wydaje mi się bardziej prawdopodobny, bo tłumaczy w zasadzie wszystko. Taki oficer miałby na tyle wielkie wpływy, że łatwiej byłoby dla niego tuszować prawdę, oraz łatwiej przekonałby agencję wywiadowczą, aby monitorowali rozwój sprawy.
Chłopcom odprawiono prawowity pogrzeb 26 marca 2004 roku, 13 lat od ich zaginięcia co do dnia. Ich szczątki skremowano, a rodzice rozsypali je w pobliskiej rzece, aby powędrowały do Oceanu Spokojnego.
Prawnik rodzin zamordowanych, Kang Ji-won, wysunął 3 pozwy przeciwko policji, domagając się odszkodowań za niekompetencje mundurowych. Wszystkie 3 zostały oddalone przez sąd.
Funkcjonariusze Policji powiedzieli, że nie byli w stanie znaleźć innych dowodów na miejscu zbrodni, co oznacza, że całe zajście najprawdopodobniej nigdy nie zostanie rozwiązane. Wszystko wydawało się stracone, kiedy w 2006 roku sprawa się przedawniła, jednak w 2015 roku Korea Południowa zniosła przedawnienie przy morderstwach, co oznacza, że jeśli kiedyś znajdą się nowe dowody, to można wszcząć śledztwo na nowo… A czy faktycznie na to są jakiekolwiek szanse to już inna sprawa.
Prawnik rodzin zamordowanych, Kang Ji-won, wysunął 3 pozwy przeciwko policji, domagając się odszkodowań za niekompetencje mundurowych. Wszystkie 3 zostały oddalone przez sąd.
Funkcjonariusze Policji powiedzieli, że nie byli w stanie znaleźć innych dowodów na miejscu zbrodni, co oznacza, że całe zajście najprawdopodobniej nigdy nie zostanie rozwiązane. Wszystko wydawało się stracone, kiedy w 2006 roku sprawa się przedawniła, jednak w 2015 roku Korea Południowa zniosła przedawnienie przy morderstwach, co oznacza, że jeśli kiedyś znajdą się nowe dowody, to można wszcząć śledztwo na nowo… A czy faktycznie na to są jakiekolwiek szanse to już inna sprawa.
Pytanie
2 m
24
179
13
31
Kontynuujemy tydzień azjatycki wracając do Korei Południowej, a dokładniej do Busanu, drugiego co do wielkości miasta w tym kraju. Przy czym myślę, że niektórzy z was słyszeli o tej sprawie, ponieważ jest ona raczej świeża, bo z 2023 roku.
Ta babka powyżej to Jung Yoo-jung. Gdyby stereotypowy piwniczak jakimś cudem zapłodnił stereotypową Julkę, to właśnie ona byłaby efektem końcowym – siedziała całymi dniami w domu przed komputerem, przyjaciół nie miała (nawet takich online), z nikim nie gadała, nic, dosłownie kisi się. Co na to jej rodzice? Cóż… Nie było ich w jej życiu. To też nie było tak, że zginęli tragicznie, nie, dosłownie obydwoje porzucili ją – matka zostawiła ją, jak miała raptem rok, a jej ojciec spierdolił, kiedy ta miała sześć lat. Opiekę nad nią przejął jej dziadek, chociaż po pewnym czasie to obydwoje dbali o siebie nawzajem, bo jakby nie było, to był starszy człowiek. W każdym razie – była bezrobotna, próbowała się dostać na jakieś studia, ale też coś nie wyszło, a to oznaczało, że miała sporo wolnego czasu. No i właśnie wtedy wyrobiła sobie hobby – oglądanie seriali i filmów kryminalnych oraz czytanie/oglądanie dokumentów o prawdziwych sprawach, słuchanie podcastów, cały pakiet. W szczególności była zauroczona jednym filmem o nazwie „Bezradny” (po angielsku „Helpless”, a po koreańsku to „Hoa-cha”), w którym był motyw tego, jak jedna kobieta zabija inną, po czym przybiera jej tożsamość. Tak lubiła ten film, że oglądała go co najmniej raz dziennie. Nie jestem co prawda psychologiem, ale trochę się zastanawiam, czy nie wynikało to z tego, że sama chciała właśnie stać się innym człowiekiem, bo jej własne życie jej nie odpowiadało. W każdym razie całe to hobby przerodziło się w istną fascynację, a po tym w obsesję. No i w pewnym momencie zrodziła się u niej aspiracja – chciała zostać… Seryjną Morderczynią.
…Nie ukrywam, jeśli oglądanie/czytanie takich treści czyni z ludzi chorych pojebów, którzy sami chcą stać się seryjniakami, to ja się zaczynam głupio zastanawiać, czy robienie odcinków CSI to dobry pomysł…
W każdym razie – umyślała sobie, że zostanie zmorą Korei Południowej. Nawet stworzyła sobie kryptonim – „Suka z Busanu”. Pomyślała, że jak zabije całkowicie przypadkową osobę, kogoś zupełnie niepowiązanego z nią, to nikt jej nie namierzy. Naoglądała się jeszcze więcej kryminałów, nasłuchała jeszcze więcej podcastów, no i po tym naczytała o jeszcze większej ilości spraw, po czym chciała odwalić zbrodnię idealną. No i jak sobie umyślała, tak nie zrobiła, bo zjebała absolutnie wszystko, co można było zjebać.
Jej mistrzowskim planem było podszywanie się pod matkę, która chciała wykupić korepetycje swojej córce, po czym przebrałaby się za takową córkę, bo w jej wieku to mogłaby jeszcze udawać, że chodzi do szkoły średniej. No i jak zacierała swoje ślady? Kurwa nijak. Normalnie pisała ze swojego maila, którego używała na co dzień. Nie maskowała IP, nie pisała z jakiejś kafejki, nawet nie połasiła się o stworzenie fake konta, nie, normalnie ze swojego pisała.
…Nie ukrywam, jeśli oglądanie/czytanie takich treści czyni z ludzi chorych pojebów, którzy sami chcą stać się seryjniakami, to ja się zaczynam głupio zastanawiać, czy robienie odcinków CSI to dobry pomysł…
W każdym razie – umyślała sobie, że zostanie zmorą Korei Południowej. Nawet stworzyła sobie kryptonim – „Suka z Busanu”. Pomyślała, że jak zabije całkowicie przypadkową osobę, kogoś zupełnie niepowiązanego z nią, to nikt jej nie namierzy. Naoglądała się jeszcze więcej kryminałów, nasłuchała jeszcze więcej podcastów, no i po tym naczytała o jeszcze większej ilości spraw, po czym chciała odwalić zbrodnię idealną. No i jak sobie umyślała, tak nie zrobiła, bo zjebała absolutnie wszystko, co można było zjebać.
Jej mistrzowskim planem było podszywanie się pod matkę, która chciała wykupić korepetycje swojej córce, po czym przebrałaby się za takową córkę, bo w jej wieku to mogłaby jeszcze udawać, że chodzi do szkoły średniej. No i jak zacierała swoje ślady? Kurwa nijak. Normalnie pisała ze swojego maila, którego używała na co dzień. Nie maskowała IP, nie pisała z jakiejś kafejki, nawet nie połasiła się o stworzenie fake konta, nie, normalnie ze swojego pisała.
Cały ten plan miał wyglądać tak, że zapytałaby się korepetytorki, czy mieszka sama, bo córka wolałaby uczyć się na miejscu u niej w domu. Skontaktowała się z ponad pięćdziesięcioma korepetytorkami w ten sposób. Niestety, w końcu jedna zgodziła się na wizytę. Przy czym imię tej korepetytorki nie zostało ujawnione publicznie z jakichś przyczyn.
23 maja, 2023 roku, Jung przyszła do apartamentu tej korepetytorki, zamieniła z nią parę słów, po czym zapytała się, czy może skorzystać z toalety. W rzeczywistości to była wymówka, aby upewnić się, czy faktycznie ta Bogu ducha winna kobieta żyje sama. W mieszkaniu nie było nikogo innego, więc zdecydowała się na drugą część planu – wyciągnęła nóż kuchenny, który ukryła gdzieś w swoich ubraniach, po czym rzuciła się na korepetytorkę. Ofiara próbowała się bronić, ale na niewiele się to zdało. Jung dźgała ją długo po tym, jak przestała oddychać. Łącznie na ciele było ponad 100 ran kłutych.
Następnie, Jung podpierdoliła ofierze ubrania, portfel, telefon i dowód osobisty, po czym… Poszła do supermarketu, gdzie kupiła worki na śmieci, rzeczy do czyszczenia, no i jeszcze kilka ostrych narzędzi. Skąd to wiadomo? Została nagrana przez pierdyliard kamer. Na pytanie czemu nie wzięła ze sobą tego wszystkiego w pierwszej kolejności nie ma odpowiedzi. Może myślała, że korepetytorka będzie to miała na miejscu, może nie chciała wpaść przy jakimś przeszukaniu czy chuj wie czym… A może była idiotką i zwyczajnie o tym nie pomyślała, to też jest opcja.
W każdym razie – Jung poćwiartowała ciało korepetytorki, wpakowała szczątki do wora, wyczyściła mieszkanie, a następnie… Wróciła do swojego domu, aby zabrać z pokoju walizkę. Po tym znowu zapierdala na miejsce zbrodni (co widać na zdjęciu powyżej). Ogółem, cały ten proces czyszczenia i pakowania zwłok zabrał jej jakieś 6 godzin, przy czym 3 razy musiała maszerować w tę i nazad z miejsca zbrodni do mieszkania i z powrotem… Ja pierdole…
No dobra, już czyszczenie miejsca zbrodni skończone. Jung wpakowała ciało do walizki, po czym zdecydowała się na… Zatrzymanie taksówki… Po czym wpakowała walizkę do bagażnika sama, pomimo oferty pomocy od taksówkarza. Następnie kazała mu jechać do parku w Yangsan, oddalonego od Busanu o jakieś 26 kilometrów. Podczas drogi, nie odezwała się słowem ani razu. Dojechali na miejsce, miejsce nieopodal rzeki Nakdong. Zapłaciła kasą, wyjęła walizkę, po czym poszła w siną dal. No i wiecie… Taksówkarz nie był debilem z ujemnym IQ. Cicha babka ma kurewsko ciężką walizkę, którą przenosi w środku nocy w okolice rzeki… On już wiedział, że coś jest kurewsko nie tak. Zamiast odjechać, on krążył sobie po okolicy, aż tu nagle widzi znowu Jung – dalej z walizką, ale teraz jakaś ta walizka lżejsza była… Jung znowu zatrzymała taksówkę, przy czym chyba nie zdawała sobie sprawy, że to był ten sam koleś, co ją wiózł w jedną stronę. Podała mu adres jej domu, po czym ją tam zawiózł. Znowu mu zapłaciła, polazła… A jak tylko taksówkarz oddalił się dostatecznie daleko, zadzwonił na policję, tłumacząc dyspozytorowi co się właśnie stało, podając tym samym obydwa adresy.
Policjanci dosyć szybko zapukali pod drzwi domu Jung, przebadali walizkę Jung, dzięki czemu zauważyli krew w środku. Zadali jej pytanie, skąd to się tam wzięło… No i wiecie, ja słyszałem wiele debilnych wymówek podawanych podczas zeznań. Ale seria następujących wymówek jest chyba najgłupszą, jaką kiedykolwiek słyszałem. Otóż Jung powiedziała funkcjonariuszom, że… Ma okres, więc coś chyba musiało pokapać tam właśnie z tego powodu.
23 maja, 2023 roku, Jung przyszła do apartamentu tej korepetytorki, zamieniła z nią parę słów, po czym zapytała się, czy może skorzystać z toalety. W rzeczywistości to była wymówka, aby upewnić się, czy faktycznie ta Bogu ducha winna kobieta żyje sama. W mieszkaniu nie było nikogo innego, więc zdecydowała się na drugą część planu – wyciągnęła nóż kuchenny, który ukryła gdzieś w swoich ubraniach, po czym rzuciła się na korepetytorkę. Ofiara próbowała się bronić, ale na niewiele się to zdało. Jung dźgała ją długo po tym, jak przestała oddychać. Łącznie na ciele było ponad 100 ran kłutych.
Następnie, Jung podpierdoliła ofierze ubrania, portfel, telefon i dowód osobisty, po czym… Poszła do supermarketu, gdzie kupiła worki na śmieci, rzeczy do czyszczenia, no i jeszcze kilka ostrych narzędzi. Skąd to wiadomo? Została nagrana przez pierdyliard kamer. Na pytanie czemu nie wzięła ze sobą tego wszystkiego w pierwszej kolejności nie ma odpowiedzi. Może myślała, że korepetytorka będzie to miała na miejscu, może nie chciała wpaść przy jakimś przeszukaniu czy chuj wie czym… A może była idiotką i zwyczajnie o tym nie pomyślała, to też jest opcja.
W każdym razie – Jung poćwiartowała ciało korepetytorki, wpakowała szczątki do wora, wyczyściła mieszkanie, a następnie… Wróciła do swojego domu, aby zabrać z pokoju walizkę. Po tym znowu zapierdala na miejsce zbrodni (co widać na zdjęciu powyżej). Ogółem, cały ten proces czyszczenia i pakowania zwłok zabrał jej jakieś 6 godzin, przy czym 3 razy musiała maszerować w tę i nazad z miejsca zbrodni do mieszkania i z powrotem… Ja pierdole…
No dobra, już czyszczenie miejsca zbrodni skończone. Jung wpakowała ciało do walizki, po czym zdecydowała się na… Zatrzymanie taksówki… Po czym wpakowała walizkę do bagażnika sama, pomimo oferty pomocy od taksówkarza. Następnie kazała mu jechać do parku w Yangsan, oddalonego od Busanu o jakieś 26 kilometrów. Podczas drogi, nie odezwała się słowem ani razu. Dojechali na miejsce, miejsce nieopodal rzeki Nakdong. Zapłaciła kasą, wyjęła walizkę, po czym poszła w siną dal. No i wiecie… Taksówkarz nie był debilem z ujemnym IQ. Cicha babka ma kurewsko ciężką walizkę, którą przenosi w środku nocy w okolice rzeki… On już wiedział, że coś jest kurewsko nie tak. Zamiast odjechać, on krążył sobie po okolicy, aż tu nagle widzi znowu Jung – dalej z walizką, ale teraz jakaś ta walizka lżejsza była… Jung znowu zatrzymała taksówkę, przy czym chyba nie zdawała sobie sprawy, że to był ten sam koleś, co ją wiózł w jedną stronę. Podała mu adres jej domu, po czym ją tam zawiózł. Znowu mu zapłaciła, polazła… A jak tylko taksówkarz oddalił się dostatecznie daleko, zadzwonił na policję, tłumacząc dyspozytorowi co się właśnie stało, podając tym samym obydwa adresy.
Policjanci dosyć szybko zapukali pod drzwi domu Jung, przebadali walizkę Jung, dzięki czemu zauważyli krew w środku. Zadali jej pytanie, skąd to się tam wzięło… No i wiecie, ja słyszałem wiele debilnych wymówek podawanych podczas zeznań. Ale seria następujących wymówek jest chyba najgłupszą, jaką kiedykolwiek słyszałem. Otóż Jung powiedziała funkcjonariuszom, że… Ma okres, więc coś chyba musiało pokapać tam właśnie z tego powodu.
…Nie uwierzyli jej co prawda, ale chcąc się upewnić, zabrali ją na badania do szpitala ku jej zdziwieniu. Tam, po badaniach, doktor powiedział, że to nie jest jeszcze ta część cyklu. Co więcej, badania wykazały, że krew z walizki nie należała do Jung. No i wtedy podała kolejną wymówkę. Powiedziała… Powiedziała, że właśnie urodziła dziecko, ale nie chciała się zajmować niemowlakiem, więc wpakowała go do walizki i zostawiła gdzieś w lesie.
Ja… Proszę, niech mi ktoś kurwa wytłumaczy, dlaczego ktokolwiek pomyślałby, że taka wymówka jest jakkolwiek racjonalna? Proszę. Czy ona naprawdę miała aż tak zryty beret, że myślała, że takie coś nie zalicza się jako morderstwo? Że niby uniknie przez to jakiekolwiek kary?
W każdym razie – zrobili jej jeszcze inne badania, po czym wyszło, że nie rodziła niedawno, więc to też bujda. W międzyczasie natomiast, funkcjonariusze przeczesujący park w Yangsan znaleźli szczątki kobiety w wysokiej trawie. Jung została zabrana na komisariat. No i zamiast poprosić o adwokata… Zdecydowała się dalej podawać idiotyczne wymówki. Tym razem od razu podała imię ofiary, tłumacząc, że umówiła się z nią na lekcje angielskiego. Kiedy przybyła, zobaczyła, że drzwi są otwarte. Weszła do środka, po czym zobaczyła ciało korepetytorki na podłodze. Wtedy to drzwi się za nią zamknęły – okazało się, że morderca, niezidentyfikowany mężczyzna, dalej był na miejscu. No i ten niezidentyfikowany morderca powiedział, że jeśli pomoże mu ukryć zwłoki, to nie dość, że pozwoli jej żyć, to jeszcze pozwoli jej przybrać tożsamość tej korepetytorki.
W każdym razie – zrobili jej jeszcze inne badania, po czym wyszło, że nie rodziła niedawno, więc to też bujda. W międzyczasie natomiast, funkcjonariusze przeczesujący park w Yangsan znaleźli szczątki kobiety w wysokiej trawie. Jung została zabrana na komisariat. No i zamiast poprosić o adwokata… Zdecydowała się dalej podawać idiotyczne wymówki. Tym razem od razu podała imię ofiary, tłumacząc, że umówiła się z nią na lekcje angielskiego. Kiedy przybyła, zobaczyła, że drzwi są otwarte. Weszła do środka, po czym zobaczyła ciało korepetytorki na podłodze. Wtedy to drzwi się za nią zamknęły – okazało się, że morderca, niezidentyfikowany mężczyzna, dalej był na miejscu. No i ten niezidentyfikowany morderca powiedział, że jeśli pomoże mu ukryć zwłoki, to nie dość, że pozwoli jej żyć, to jeszcze pozwoli jej przybrać tożsamość tej korepetytorki.
Funkcjonariusze… No, kurwa, powiedzieli jej wprost – ta opowieść nie ma sensu. No i już czwarty raz się ta dziewczyna tłumaczy – mówiła, że branie korepetycji w jej wieku to obciach, więc chciała się przedstawić jako znacznie młodsza dziewczyna. Kiedy przyszła na korepetycję, to o coś się pokłóciła z korepetytorką, że niby ten program nauczania jest jakiś dojebany, no i bojąc się o swoje życie, Jung ją zabiła w samoobronie.
Śledczy poddali się. Zadzwonili po jej dziadka, powiedzieli mu, co się stało, no i błagali, żeby z nią porozmawiał na komisariacie, bo mieli już dość słuchania tych głupot. Dzidek oczywiście był załamany – początkowo nie chciał wierzyć, że jego wnuczka dopuściłaby się tak haniebnego czynu, ale po przedstawieniu dowodów, nie było wątpliwości, że to Jung jest sprawcą.
Usiadł w pokoju przesłuchań, no i ze łzami w oczach zapytał się jej wprost – dlaczego to zrobiła. Nie wiem, czy to z powodu szacunku do dziadka, czy może zdała już sobie sprawę z tego, że nie wybrnie, ale Jung zdecydowała się powiedzieć prawdę – po prostu uwielbiała wszystko związane z kryminałami, po czym zaczęło ją ciekawić, jak to jest kogoś zabić. Dlatego zdecydowała się zabić kobietę, która nic jej nigdy nie zrobiła, której w ogóle nie znała – ciekawość. Ciekawość, oraz według argumentacji niektórych psychologów, zazdrość. Zazdrość o to, że ta kobieta miała czelność mieć lepsze życie.
Usiadł w pokoju przesłuchań, no i ze łzami w oczach zapytał się jej wprost – dlaczego to zrobiła. Nie wiem, czy to z powodu szacunku do dziadka, czy może zdała już sobie sprawę z tego, że nie wybrnie, ale Jung zdecydowała się powiedzieć prawdę – po prostu uwielbiała wszystko związane z kryminałami, po czym zaczęło ją ciekawić, jak to jest kogoś zabić. Dlatego zdecydowała się zabić kobietę, która nic jej nigdy nie zrobiła, której w ogóle nie znała – ciekawość. Ciekawość, oraz według argumentacji niektórych psychologów, zazdrość. Zazdrość o to, że ta kobieta miała czelność mieć lepsze życie.
Zanim Jung trafiła przed sąd, to psycholodzy zrobili jej taki test, który miał za zadanie stwierdzić, czy była psychopatką (PCL-R). 20 pytań, łącznie 40 punktów. W Korei Południowej każdy, kto zdobędzie więcej, niż 25 punktów jest uznawany za prawdziwego psychopatę… Jung zdobyła 28. Oczywiście dokładność takich testów jest cały czas debatowana, ale zawsze warto o tym wspomnieć.
Sprawą zainteresowały się tabloidy, dziennikarze i inne tego typu sępy. Bombardowali jej dziadka pytaniami. Właśnie dlatego wiadomo, że dziadek obwinia siebie, że w ogóle do tego doszło, że nie wychował jej poprawnie, że zawiódł ją…
W sądzie Jung prosiła o łaskę, tłumacząc się, że w czasie morderstwa coś jej odjebało, że miała halucynacje, chuj wie co. Prokurator natomiast stwierdził, że kłamie, głównie poprzez jej planowanie oraz czyny. Właśnie dlatego prokurator chciał, aby Jung została skazana na śmierć. Pod koniec rozprawy co prawda uznano ją za winną, ale uniknęła kary śmierci, bo zamiast tego sędzia skazał ją na dożywocie.
Obstawiam, że Jung raczej szybko zostałaby znaleziona przy ilości śladów, jakie po sobie zostawiła w postaci nagrań i drogi mailowej, co nie zmienia faktu, że dzięki temu taksówkarzowi, została ujęta niemalże natychmiastowo, dzięki czemu nikt inny nie stracił życia. No i mogliście zauważyć, że nie podałem imienia tego taksówkarza. Jest to otóż celowe, ponieważ ten facet chciał pozostać anonimowy, odmawiając wywiadów oraz nagród. Tłumaczył to… Strachem. Ten taksówkarz boi się, że Jung jakimś cudem wyjdzie z więzienia któregoś dnia, po czym będzie się mścić… Ona, albo jakiś naśladowca lub jebnięty spermiarz.
Swoją drogą — czytając o tej sprawie, patrząc na przebieg wydarzeń oraz na zachowanie Jung, przypomniało mi to sprawę Marka Twitchella — pisałem już o nim w przeszłości, to był ten koleś, który chciał zostać seryjnym mordercą po tym, jak naoglądał się Dextera. Zarówno Jung, jak i Twitchell byli zainspirowani fikcją, obydwoje mieli popierdolone aspirację… No i obydwoje byli skończonymi debilami, jeśli chodzi o całe planowanie i wykonanie zadania. Co więcej, ani Jung, ani Twitchell nie mieli żadnych wyrzutów sumienia względem tego, co zrobili. Nie wpadli w panikę, bo zdali sobie sprawę z tego, że właśnie zabrali komuś życie – nie, oni mieli na to zupełnie wywalone. No i tak się teraz głupio zastanawiam, gdzie jest wspólny nominator... A może zwyczajnie nie ma i szukam tylko na siłę.
Sprawą zainteresowały się tabloidy, dziennikarze i inne tego typu sępy. Bombardowali jej dziadka pytaniami. Właśnie dlatego wiadomo, że dziadek obwinia siebie, że w ogóle do tego doszło, że nie wychował jej poprawnie, że zawiódł ją…
W sądzie Jung prosiła o łaskę, tłumacząc się, że w czasie morderstwa coś jej odjebało, że miała halucynacje, chuj wie co. Prokurator natomiast stwierdził, że kłamie, głównie poprzez jej planowanie oraz czyny. Właśnie dlatego prokurator chciał, aby Jung została skazana na śmierć. Pod koniec rozprawy co prawda uznano ją za winną, ale uniknęła kary śmierci, bo zamiast tego sędzia skazał ją na dożywocie.
Obstawiam, że Jung raczej szybko zostałaby znaleziona przy ilości śladów, jakie po sobie zostawiła w postaci nagrań i drogi mailowej, co nie zmienia faktu, że dzięki temu taksówkarzowi, została ujęta niemalże natychmiastowo, dzięki czemu nikt inny nie stracił życia. No i mogliście zauważyć, że nie podałem imienia tego taksówkarza. Jest to otóż celowe, ponieważ ten facet chciał pozostać anonimowy, odmawiając wywiadów oraz nagród. Tłumaczył to… Strachem. Ten taksówkarz boi się, że Jung jakimś cudem wyjdzie z więzienia któregoś dnia, po czym będzie się mścić… Ona, albo jakiś naśladowca lub jebnięty spermiarz.
Swoją drogą — czytając o tej sprawie, patrząc na przebieg wydarzeń oraz na zachowanie Jung, przypomniało mi to sprawę Marka Twitchella — pisałem już o nim w przeszłości, to był ten koleś, który chciał zostać seryjnym mordercą po tym, jak naoglądał się Dextera. Zarówno Jung, jak i Twitchell byli zainspirowani fikcją, obydwoje mieli popierdolone aspirację… No i obydwoje byli skończonymi debilami, jeśli chodzi o całe planowanie i wykonanie zadania. Co więcej, ani Jung, ani Twitchell nie mieli żadnych wyrzutów sumienia względem tego, co zrobili. Nie wpadli w panikę, bo zdali sobie sprawę z tego, że właśnie zabrali komuś życie – nie, oni mieli na to zupełnie wywalone. No i tak się teraz głupio zastanawiam, gdzie jest wspólny nominator... A może zwyczajnie nie ma i szukam tylko na siłę.
66
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
55