3
...No dobrze, pospałem trochę, ale jednak tam czeka jakieś 10 GB materiału, który prosi się o obróbkę. Jak to się robi? W necie jest mnóstwo darmowych programów, które w tym pomagają, ale ja postawiłem na program zrobiony wyłącznie do tego celu. Jest to PixInsight – bawię się nim od ponad roku, przeorałem mnóstwo poradników, a i tak zapewne dopiero przeczytałem przedmowę. Jest to potężny program, ale może nie o tym.
Od czego zaczynamy? Z tych wszystkich zdjęć, które generalnie wyglądają tak samo, trzeba „skleić” jedno wielkie super zdjęcie w procesie zwanym stackowaniem. Wrzucam wszystkie swoje pliki: light – czyli główny materiał, oraz klatki kalibracyjne, ustawiam parametry i klikam RUN. W zależności od ilości zdjęć i szybkości procesora, taki stack może trwać od godziny po całą noc. Ale ja jestem też zapalonym graczem, więc w puszce siedzi dość mocny sprzęt. Stack leci, a ja mam czas na kawę, wyjście z psami i może jeszcze pół godzinki na pospanie.
Stack gotowy. I to jest ten moment, na który się czeka, pierwsze spojrzenie – co tam się udało zebrać, jakiej jakości jest materiał, czy czasu było dość, a może jednak za mało, czy ostrość była dobra, czy Księżyc nie zmasakrował za bardzo zdjęcia, bo był np. blisko pełni. Wrzucam zdjęcie do programu i klikam magiczny przycisk STF (Screen Transfer Function) – to taki automatyczny podgląd zdjęcia. Na nim można zobaczyć, czy to wszystko było warte zachodu.
Może warto też wytłumaczyć, co tak naprawdę trzeba zrobić, żeby to zdjęcie wyglądało. Trzeba wyciągnąć wszystkie zawarte dane z punktu czerni, bo na początku zdjęcie jest po prostu czarne i nic na nim nie widać, może oprócz najjaśniejszych gwiazd. Zaczynamy od wyrównania gradientów, bo może być tak, że np. z lewej była latarnia, albo tuż obok kadru świeciła jasna gwiazda, albo światło Księżyca biło od prawej. Co dalej? Dalej trzeba skalibrować kolor. Bo kolor przez to, że np. używam takiego czy innego filtra, jest a to cały zielony, a to cały niebieski albo w ogóle sraki. I jest takie narzędzie SPCC (Spectrophotometric Color Calibration) – do tego narzędzia mam podpiętą bazę danych, chyba z 40 GB danych spektroskopowych gwiazd, czytaj duuuuużo. I program wiedząc, co jest na zdjęciu, bo podczas stackowania rozpoznaje gwiazdy i wie, która to która, ustawia balans bieli. Więc mamy kolor.
Od czego zaczynamy? Z tych wszystkich zdjęć, które generalnie wyglądają tak samo, trzeba „skleić” jedno wielkie super zdjęcie w procesie zwanym stackowaniem. Wrzucam wszystkie swoje pliki: light – czyli główny materiał, oraz klatki kalibracyjne, ustawiam parametry i klikam RUN. W zależności od ilości zdjęć i szybkości procesora, taki stack może trwać od godziny po całą noc. Ale ja jestem też zapalonym graczem, więc w puszce siedzi dość mocny sprzęt. Stack leci, a ja mam czas na kawę, wyjście z psami i może jeszcze pół godzinki na pospanie.
Stack gotowy. I to jest ten moment, na który się czeka, pierwsze spojrzenie – co tam się udało zebrać, jakiej jakości jest materiał, czy czasu było dość, a może jednak za mało, czy ostrość była dobra, czy Księżyc nie zmasakrował za bardzo zdjęcia, bo był np. blisko pełni. Wrzucam zdjęcie do programu i klikam magiczny przycisk STF (Screen Transfer Function) – to taki automatyczny podgląd zdjęcia. Na nim można zobaczyć, czy to wszystko było warte zachodu.
Może warto też wytłumaczyć, co tak naprawdę trzeba zrobić, żeby to zdjęcie wyglądało. Trzeba wyciągnąć wszystkie zawarte dane z punktu czerni, bo na początku zdjęcie jest po prostu czarne i nic na nim nie widać, może oprócz najjaśniejszych gwiazd. Zaczynamy od wyrównania gradientów, bo może być tak, że np. z lewej była latarnia, albo tuż obok kadru świeciła jasna gwiazda, albo światło Księżyca biło od prawej. Co dalej? Dalej trzeba skalibrować kolor. Bo kolor przez to, że np. używam takiego czy innego filtra, jest a to cały zielony, a to cały niebieski albo w ogóle sraki. I jest takie narzędzie SPCC (Spectrophotometric Color Calibration) – do tego narzędzia mam podpiętą bazę danych, chyba z 40 GB danych spektroskopowych gwiazd, czytaj duuuuużo. I program wiedząc, co jest na zdjęciu, bo podczas stackowania rozpoznaje gwiazdy i wie, która to która, ustawia balans bieli. Więc mamy kolor.
Następny krok to poprawienie krzywizny pola kadru. Mimo że używam wypłaszczacza, to i tak w narożnikach gwiazdy są lekko rozjechane, trzeba to skorygować. W moim przypadku zajmuje się tym narzędzie RC-Astro BlurXTerminator – strasznie magiczne gówienko (płatne). Potem wyostrzamy detal i redukujemy gwiazdy, robi to to samo narzędzie. Następnie zajmuję się redukcją szumu. Tak, robiłem darki, robiłem biasy, matryca miała -10 stopni, ale materiału mam np. 7 h, a obiekt był bardzo słaby, więc stosunek SNR (Signal-to-Noise Ratio) nie wypadł najlepiej. Przy 20 h to co innego, ale 7 h to taki wstępniak. No to jedziemy z kolejnym narzędziem: RC-Astro NoiseXTerminator. Uzyskujemy zdjęcie ze zredukowanym szumem.
Na koniec używam RC-Astro StarXTerminator, żeby stworzyć dwie osobne warstwy. Jak on to robi, że wycina gwiazdy – nie mam pojęcia, ale no dobrze to robi. Powstaje warstwa Stars i Starless. Na tym, jak to mówię, kończy się etap przygotowywania zdjęcia do obróbki. Trochę to trwa, bo to duże pliki są, po 2 GB, i procesor ma co mielić, ale ja trochę oszukałem system i podpiąłem moją kartę graficzną pod PixInsight. Teraz to ona wzięła to na siebie, więc idzie to... no, dobrze to idzie. Bo z 15–40 min na proces zrobiło się 30 sekund. Bajka.
Co teraz mamy? Mamy czarne zdjęcie samego obiektu, czyli np. galaktyki, i samo zdjęcie gwiazd. I teraz zaczyna się rzeźba. Ja najczęściej używam narzędzia GHS (Generalized Hyperbolic Stretch) do rozciągnięcia fotki. Rozciągnięcia, czyli przesunięcia danych z punktu czerni do punktu bieli. Trzeba to robić świadomie i ostrożnie, nie można przesadzić, bo jak chcesz wydobyć pył, który ledwo wyróżnia się od tła, to spalisz przy okazji galaktykę, która stanie się białą plamą. Trzeba robić to krok po kroku, używać masek, bawić się krzywymi i wieloma narzędziami, których działanie jeszcze trzeba przy okazji rozumieć.
Jak już się to uda, to można powalczyć o nasycenie koloru. Przy galaktyce M81, którą ostatnio fociłem, wiem, że w ramionach jest dużo młodych niebieskich gwiazd, więc trochę dajmy tam tego błękitu, ale obok mamy M82 z wodorowymi jetami, które świecą na czerwono. Z tymi kolorami też jest sporo zabawy, bo to ma wyglądać naturalnie. Przynajmniej ja mam taką filozofię. Jak już kolor siedzi, dokonujemy ostatnich szlifów. Trochę lokalny kontrast w strukturach, lekko wyostrzyć, dać trochę czerni tam, gdzie ona jest, a przeszła w szarość podczas rozciągania. I tak to leci, bez śniadania, z 4. kawą nagle robi się 13:00. Ok, powiedzmy, że to mamy. Teraz gwiazdy. Nie można ich traktować po macoszemu, one nadają zdjęciu charakteru, ale obróbka jest krótsza i łatwiejsza. Trochę rozciągnąć, nasycić kolor i generalnie jest. Wklejamy gwiazdy z powrotem na zdjęcie i... i eee, nie, coś nie tak. Od nowa. I tak o to po 6–7 próbie, o godzinie 22:00, po zjedzeniu jakiejś parówki zawiniętej w 2 plastry sera, mam swoje zdjęcie, które wrzucam na jbzd i słyszę, że wkleiłem zdjęcie z NASA, każdy tak może :)
Na koniec używam RC-Astro StarXTerminator, żeby stworzyć dwie osobne warstwy. Jak on to robi, że wycina gwiazdy – nie mam pojęcia, ale no dobrze to robi. Powstaje warstwa Stars i Starless. Na tym, jak to mówię, kończy się etap przygotowywania zdjęcia do obróbki. Trochę to trwa, bo to duże pliki są, po 2 GB, i procesor ma co mielić, ale ja trochę oszukałem system i podpiąłem moją kartę graficzną pod PixInsight. Teraz to ona wzięła to na siebie, więc idzie to... no, dobrze to idzie. Bo z 15–40 min na proces zrobiło się 30 sekund. Bajka.
Co teraz mamy? Mamy czarne zdjęcie samego obiektu, czyli np. galaktyki, i samo zdjęcie gwiazd. I teraz zaczyna się rzeźba. Ja najczęściej używam narzędzia GHS (Generalized Hyperbolic Stretch) do rozciągnięcia fotki. Rozciągnięcia, czyli przesunięcia danych z punktu czerni do punktu bieli. Trzeba to robić świadomie i ostrożnie, nie można przesadzić, bo jak chcesz wydobyć pył, który ledwo wyróżnia się od tła, to spalisz przy okazji galaktykę, która stanie się białą plamą. Trzeba robić to krok po kroku, używać masek, bawić się krzywymi i wieloma narzędziami, których działanie jeszcze trzeba przy okazji rozumieć.
Jak już się to uda, to można powalczyć o nasycenie koloru. Przy galaktyce M81, którą ostatnio fociłem, wiem, że w ramionach jest dużo młodych niebieskich gwiazd, więc trochę dajmy tam tego błękitu, ale obok mamy M82 z wodorowymi jetami, które świecą na czerwono. Z tymi kolorami też jest sporo zabawy, bo to ma wyglądać naturalnie. Przynajmniej ja mam taką filozofię. Jak już kolor siedzi, dokonujemy ostatnich szlifów. Trochę lokalny kontrast w strukturach, lekko wyostrzyć, dać trochę czerni tam, gdzie ona jest, a przeszła w szarość podczas rozciągania. I tak to leci, bez śniadania, z 4. kawą nagle robi się 13:00. Ok, powiedzmy, że to mamy. Teraz gwiazdy. Nie można ich traktować po macoszemu, one nadają zdjęciu charakteru, ale obróbka jest krótsza i łatwiejsza. Trochę rozciągnąć, nasycić kolor i generalnie jest. Wklejamy gwiazdy z powrotem na zdjęcie i... i eee, nie, coś nie tak. Od nowa. I tak o to po 6–7 próbie, o godzinie 22:00, po zjedzeniu jakiejś parówki zawiniętej w 2 plastry sera, mam swoje zdjęcie, które wrzucam na jbzd i słyszę, że wkleiłem zdjęcie z NASA, każdy tak może :)