18
Cześć ponownie!
Pewnie pamietacie moje ostatnie posty o zdradzie...
Postanowiliśmy zakończyć ten związek. Ona chciała drugą szansę na początku, późnej stwierdziła, że jednak to wszystko przemyślała i że to jednak nie miałoby sensu. Po rozmowie w parku spędziliśmy jeszcze trochę czasu w oczekiwaniu na jej autobus i przyznaję, że to był naprawdę miło spędzony czas... jak na początku naszej znajomości 3 lata temu...

Jeżeli chodzi o związek to jak już pisałem- kłóciliśmy się bardzo często. Ona była bardzo wybuchowa- ciągłe pretensje o to, że coś zrobiłem, albo czegoś nie zrobiłem. Masa różnic w światopoglądzie...

Gdzieś w głębi duszy mówiłem sobie, że jeżeli nie zmieni podejścia to będzie ciężko w przyszłości. Nie chciałem osiwieć w wieku 30 lat. Wiedziałem, że gdy kiedyś przyjdzie do wychowania dzieci i opiekowania się domem to po prostu nie będziemy mieli czasu jeszcze na ciągłe kłótnie i niestety- nie poradzimy sobie.

W głębi duszy chciałem wybudować związek ponownie od samego początku, a jeżeli byłoby tak samo to zakończyć go.

Mówiłem jej o tym. Uważała to za ultimatum- "nie kłóć się ze mną to Ci się oświadczę"

Rozstaliśmy się i naprawdę nie rozumiem swojego podejścia. Widzę, że jestem na nią zły, czuję się zdradzony i oszukany, czuję się z tym faktem paskudnie siedzac sam w mieszkaniu, ale próbuje ją usprawiedliwiać jak tylko mogę, znowu jej ufać, przyzwyczaić się do tego wszystkiego, szukać kontaktu z nią. Zastanawiam się co robi i z kim spędza czas...

Byłem kiedyś w toksycznym związku. Po zakończeniu byłem po prostu szczęśliwy, że to już koniec.
Tutaj ciągle pojawiają się obawy, niepewności czy to była dobra decyzja, co można było inaczej zrobić...
Czy to normalne? Czy to faktycznie była miłość i warto było zaryzykować z drugą szansą czy to jedynie chwilowe uczucie, które wynika z przyzwyczajenia?

Dzięki Dzidki za wszystko. Pamiętajcie, że dobro wraca.
0.063647031784058