27
Smuty o mojej suni
Trzymajcie ze mną kciuki za tego małego wojownika, któremu lekko w życiu nie było. Dzisiejsza noc może być jej ostatnią na tym świecie, a życie miała ciężkie. Przez pierwsze 5-6 lat swojego życia była wykorzystywana w pseudohodowli, jako inkubator kasy. Nie wiadomo do końca, ile miała miotów, ale poprzedni właściciel skurwysyn oddał ją, jak nie mogła już rodzić więcej, bo groziło jej wypadnięcie macicy. Opiekę nad nią otrzymała organizacja pomagająca psinom tego rodzaju, z której to ją wspólnie z małżonką adoptowaliśmy. Gdy do nas trafiła była w opłakanym stanie. Ledwie chodziła, bo całe życie spędziła w klatce, sutki zwisały jej do ziemi i chodząc, ciągnęły się za nią, miała przepuklinę, problemy z oddychaniem, była wystraszona i nieufna. Pierwszymi krokami była sterylizacja, pozszywanie przepuklin i naprawa podniebienia, żeby się biedaczka nie udusiła. Potem to już długotrwała praca, aby w końcu nam zaufała. Prawie rok minął, zanim zaczęła sama obracać się na grzbiet i dawać brzuszek do głaskania, wtedy też już bardziej przypominała psa i nie było z nią większych problemów przez następne 5 lat, aż dotąd. Kilka dni temu zawieźliśmy ją do weterynarza, bo nie podobał nam się jej wzdęty brzuszek i ostatnia utrata wagi. Na USG okazało się, że całą jamę brzuszną ma wypełnioną jakimś płynem- prawdopodobnie guz, ale trudno stwierdzić. RTG nie pokazało dużo więcej i trzeba było pieska otworzyć. Dziś miała operację, a obraz szkód w jej małym ciałku zadziwił wszystkich. Oprócz guza na śledzionie pękło jej jelito ślepe (odpowiednik naszego wyrostka chyba), przez co zawartość dostała się do otrzewnej, powodując jej zapalenie. Dodatkowo do wszystkiego przykleiła się trzustka, która też uległa ostremu zapaleniu. Całość udało się jakoś połatać i ją wybudzić. Teraz sunia walczy o życie, a ja pluję sobie w brodę, że nie pobiegliśmy z nią na USG już pierwszego dnia tego wzdęcia, może spustoszenie nie byłoby tak rozległe. Przez cały ten czas (jakieś dwa tygodnie) ani nie piszczała, ani nie było widać, że ją coś boli. Biegała po placu z innymi i szczekała, na cholera wie co, jak zwykle. Ja przy zapaleniu dróg żółciowych i trzustki wyłem z bólu, a ona? Nic... Teraz pochrapuje obok mnie, a ja zastanawiam się, czy rano będę jeszcze to jej pochrapywanie słyszał, a nawet jeśli będzie na tyle silna, że przetrwa, to czeka nas jeszcze długa walka z zapaleniem trzustki i z rakiem, który miejmy nadzieję, nie da przerzutów. Płyn poszedł do badań i za 4-5 dni dowiemy się, czy mimo jej wytrwałości nie czeka ją jednak uśpienie.
0.14092707633972